Kraj

Odchodzi Andrzej Seremet, pierwszy i ostatni prokurator generalny

Michał Dyjuk / Reporter
Nie działał może efektownie, ale starał się systematycznie budować niezależność prokuratury. Teraz wracamy do przeszłości, do bardzo złej przeszłości.

Gdy sześć lat temu Andrzej Seremet obejmował stanowisko prokuratora generalnego, niezależnego od ministra sprawiedliwości, gdy zrywano unię personalną między ministrem i prokuratorem generalnym – nikt zapewne nie przypuszczał, że będzie pierwszym i zarazem ostatnim, który znajdzie się w takiej sytuacji.

Reforma sprzed sześciu lat budziła spore nadzieje, że uwolniona od bieżącej polityki i politycznych gier prokuratura zacznie wybijać się na niezależność i nie będzie narzędziem władzy wykonawczej, ale stanie rzeczywiście na straży praworządności. Teraz wróciliśmy do punktu wyjścia, czyli właśnie unii personalnej. I to w wykonaniu polityka, którego rządy sprawiły, że przed laty rozdział funkcji przyspieszono i przeprowadzono. To właśnie po skrajnie upolitycznionych rządach Zbigniewa Ziobry jako ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego zarazem stało się oczywiste, że muszą nastąpić zmiany, bowiem polityczne uwikłanie prokuratury, podporządkowanie jej celom ściśle politycznym – osiągnęło apogeum.

Andrzej Seremet zawdzięczał swe stanowisko w dużej mierze owemu klimatowi, który wówczas panował. Dość powszechne było przekonanie, że na czele nowej prokuratury powinien stanąć sędzia, mający niejako wpisaną w sposób postępowania niezależność. Seremet – wcześniej cieszący się bardzo dobrą opinią Sądu Apelacyjnego w Krakowie, zastępca rzecznika dyscyplinarnego tegoż sądu – znakomicie przeszedł publiczne wysłuchania kwalifikacyjne i został przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego wskazany na stanowisko prokuratora generalnego. Było to wskazanie dość oczywiste, gdyż drugim kandydatem był doświadczony prokurator Edward Zalewski, wcześniej prokurator krajowy, uchodzący za zbyt zbliżonego do PO. Bez względu na doświadczenie i przygotowanie już na starcie był u prezydenta Kaczyńskiego bez szans.

Trzeba więc od razu powiedzieć, że już na początku Andrzej Seremet miał sytuację trudną. Po pierwsze musiał się z prezydentem ułożyć w sprawie zastępców, czyli wdać jednak w politykę (to była wyjątkowo nieprzemyślana decyzja ustawodawcy). Ponadto twórcy ustawy rozdzielającej stanowiska prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości sądzili, że do walki o stanowisko pierwszego niezależnego prokuratora generalnego przystąpią prawnicze tuzy, prawnicy, prokuratorzy, a zwłaszcza sędziowie z największym dorobkiem i autorytetem. Mieliby oni zbudować nową prokuraturę, pokazać nowy styl działania, swoim autorytetem nowy urząd, wymagający zasadniczych porządków, także personalnych, chronić przed politycznymi zakusami. I to w sytuacji, gdy praktycznie wszystko było do zrobienia, przede wszystkim zaś trzeba było przygotować nową ustawę o prokuraturze, gdyż rozdzielenie funkcji miało być początkiem zmian.

Nic takiego się nie stało. Autorytety stanęły z boku i walkę ostatecznie wygrał cieszący się bardzo dobrą opinią, ale nieznany sędzia z Krakowa. Na dodatek w kilka dni po objęciu przez niego stanowiska wydarzyła się katastrofa smoleńska, sprawa wagi niezwykłej, która zaciążyła na ocenie całej kadencji prokuratora Seremeta. Sprawa ta była punktem odniesienia dla wielu jego działań. Śledztwo prowadziła wprawdzie prokuratura wojskowa, wyjątkowo nieprzygotowana zwłaszcza do kontaktów z opinią publiczną, które stały się dla zrozumienia tego postępowania kluczowe. Ogólna odpowiedzialność spadała jednak na prokuratora generalnego. To od niego oczekiwano szybkich i zdecydowanych ocen w czasie, kiedy on wykazywał się sędziowską powściągliwością.

Nie pomagało to budować autorytetu niezależnej prokuratury, zwłaszcza że opinia publiczna, podniecana właściwie od początku mnożącymi się wersjami zamachowymi, oczekiwała szybkich ocen i jednoznacznych ustaleń. Taka katastrofa nie miała prawa się przecież zdarzyć, a jednak się zdarzyła. Prokuratorowi generalnemu zarzucano, że już pierwszego dnia nie poleciał osobiście do Smoleńska – że tym samym pogrzebał szansę budowania już od samego początku swojej pozycji, że nie był dość energiczny w stawianiu wymagań prokuratorem wojskowym, że zaniedbano zupełnie politykę informacyjną. W tych zarzutach było sporo racji, ale nie one zadecydowały, że opinia publiczna nie w pełni potrafiła docenić fakt ustanowienia prokuratury niezależnej od bezpośredniego politycznego wpływu ministra sprawiedliwości. Mnożyły się podejrzenia o zbytnią polityczną uległość i o to, że w ogóle świadomość owej niezależności słabo utrwaliła się w społecznej świadomości.

Można śmiało powiedzieć, że w tej kwestii o wiele więcej błędów popełnili politycy niż prokurator generalny. Politycy z trudem przyswajali sobie sytuację, że prokuratura ma być niezależna. Prawdziwym szokiem dla posłów, niezwykle ekscytujących się debatami na temat prowadzonych konkretnych postępowań, były sytuacje, kiedy Andrzej Seremet pojawiał się w Sejmie, by powiedzieć, że przychodzi jedynie z dobrej woli, bo nie jest w żaden sposób prawnie zobligowany do stawiania się na każde wezwanie posłów. Przedstawiał więc ledwie ogólne informacje.

Stawiał się rzeczywiście w sytuacjach wyjątkowych – jak choćby wówczas, gdy przeszukiwano pokój i biura posła Jana Burego i koalicja PO–PSL stanęła właściwie na skraju rozpadu. Dyskusja na temat, kto i jak ma kontrolować prokuratora generalnego, trwała przez wszystkie lata jego urzędowania. Była też jedną z przyczyn, dlaczego nie powstała nowa ustawa o prokuraturze, która z jednej strony ustaliłaby zakres niezależności (czy nie powinien przynajmniej przedstawiać Sejmowi sprawozdania ze swej działalności, tak jak prezesi NBP czy NIK), z drugiej dała prokuratorowi generalnemu narzędzia do realnego wpływania na działalność prokuratorów.

Można po kolei wymieniać ministrów sprawiedliwości, którzy nad tą ustawą pracowali, ale w końcu żadnej nie uchwalono. Najwięcej szans miał minister Jarosław Gowin, ale szybko zajął się sprawami ideologicznymi, porzucając zasadnicze zadania.

Skutek był taki, że premier generalnie zwlekał z przyjęciem rocznego sprawozdania, co było nie tylko próbą wywierania politycznego nacisku, ale też nie budowało autorytetu prokuratury (premier Ewa Kopacz nawet odrzuciła sprawozdanie – ale nie wystąpiła do Sejmu o odwołanie Seremeta, choć to zapowiedziała). U prezydenta pracował zespół nad nowym modelem prokuratury, ale prace nie zakończyły się żadną konkluzją. Zrobiono pierwszy krok, czyli rozdzielenie funkcji, ale potem wszystko stanęło w miejscu. Nie bez winy samej prokuratury, bowiem Krajowa Rada Prokuratury, momentami ostro skonfliktowana z prokuratorem generalnym, przygotowała założenia nowego projektu, który właściwie ustanawiał nie tyle niezależność, ile wręcz niezawisłość. Tego już było politykom za wiele.

W tych niesprzyjających okolicznościach trzeba Andrzejowi Seremetowi oddać sprawiedliwość, że starał się niezależność prokuratury budować. Nie było to może efektowne, ale jednak systematyczne. Jeśli miał własne zdanie, potrafił być uparty zarówno wtedy, kiedy bronił się przed wnioskiem o uchylenie immunitetu Antoniemu Macierewiczowi (słynny spór o to, czy likwidator WSI był funkcjonariuszem publicznym), jak i wówczas, kiedy wkroczono do redakcji tygodnika „Wprost” przy okazji tak zwanej afery taśmowej, co uznano za zamach na wolność mediów, na dodatek przypisując ten zamach rządowi. Nie utrwaliło się bowiem przekonanie, że prokuratura nie działa na polityczne zlecenia i że rząd to jedno, a prokuratura to drugie. Seremet zaś powtarzał: takie jest prawo.

Trzeba sprawiedliwie oddać Andrzejowi Seremetowi to, co jest jego rzeczywistą zasługą, czyli właśnie odsunięcie w dużym stopniu prokuratury od bieżących gier politycznych (nie znaczy to, że nie było prokuratorów skłonnych do takich „robótek”, grupa „ziobrystów” utrzymała spore wpływy). Skończyły się efektowne zatrzymania przy udziale kamer, konferencje prasowe pełne insynuacji, zmniejszyła się liczba tymczasowych aresztów, rozstano się z instytucją aresztów wydobywczych. Andrzej Seremet podjął też kilka ważnych, pomijanych wcześniej tematów – jak choćby przestępstwa nienawiści, przemocy w rodzinie, zgwałceń. 

Wydaje się też, że bardzo wielu prokuratorów w czasie tych sześciu lat poczuło jednak smak politycznej niezależności. Być może sześcioletnią kadencję pierwszego niezależnego prokuratora generalnego będzie można ocenić (a tych aspektów jest wiele – jak choćby stan kadry prokuratorskiej, jej kwalifikacje, skuteczność w oskarżaniu, skrócenie czasu postępowań, inwestycje) dopiero z pewnej perspektywy czasowej, bo tak zwykle bywa. Ale wydaje się, że nie był to najgorszy czas dla prokuratury.

Ta praca zostaje teraz przerwana, podobnie jak inny ważny proces, czyli wprowadzanie w życie nowej procedury karnej, która wymagała od prokuratora zupełnie innego typu pracy. Rzetelnej, bez liczenia, że sąd wyręczając prokuratora i tak przeprowadzi postępowanie dowodowe.

Wracamy do przeszłości, do bardzo złej przeszłości. Teraz, jak zapowiadają rządzący, prokuratura ma być ramieniem władzy wykonawczej, a to jest zawsze wstęp do demoralizacji, politykierstwa i łamania kręgosłupów.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Czy wiesz, skąd pochodzi to, co nosisz?

Firmy odzieżowe (i nie tylko) lubią zapewniać, że są społecznie odpowiedzialne. Pora im powiedzieć: sprawdzam. Zwłaszcza w czasach pandemii.

Jędrzej Dudkiewicz
28.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną