Nowa ustawa o TK uchwalona, konstytucja wędruje więc do kosza

Parlament PiS nie chce Konstytucji RP
Panie Prezydencie, to naprawdę ostatnia już szansa na ocalenie twarzy!
Sejm RP/Flickr CC by 2.0

Uznanie przegłosowanej przez większość parlamentarną ustawy o Trybunale Konstytucyjnym za obowiązującą oznaczać będzie, że Konstytucja RP powędruje do kosza jak nic nieznaczący świstek papieru.

I nie chodzi nawet o niekonstytucyjność poszczególnych rozwiązań, które mają być wprowadzone, ani też o to, że ustawa sankcjonuje ewidentne złamanie prawa w postaci niezaprzysiężenia przez prezydenta prawidłowo wybranych sędziów oraz nieopublikowania przez premier wyroku Trybunału z 9 marca.

Rzecz jest poważniejsza: ustawa chce bowiem uczynić z Trybunału organ zupełnie fasadowy. Cóż to bowiem za sąd – a Trybunał jest sądem przecież – którego władzę można sparaliżować choćby prostymi sztuczkami proceduralnymi: czy to rękami uległych sędziów (bo weto czterech z nich mogłoby na długo blokować wydanie wyroku), czy Prokuratora Generalnego, od niedawna znowu partyjnego (wystarczy, żeby nie przychodził na rozprawy, a trzeba by je było odraczać).

Oznacza to nie tylko pozbawienie obywateli prawa do sądu, ale też – co gorsza – czyni nic niewartą samą Konstytucję RP. By sięgnąć po oczywistą analogię: cóż znaczyłby najlepszy nawet kodeks karny, jeśli nie byłoby niezależnego sądu egzekwującego jego postanowienia? Bez sądu wszak bandyci mogą grasować, ile wlezie.

Wniosek jest prosty: PiS od początku chce zastąpić demokrację konstytucyjną prostacką demokracją większości. Przypomnieć jednak znowu warto, że owa demokracja większości – uznająca mityczny „naród” za suwerena wszechmocnego i niczym, żadnymi zasadami, nieskrępowanego – doprowadziła do największych zbrodni XX w. I że właśnie aby zapobiec powtórce z tragicznej historii, na Zachodzie po II wojnie światowej powstała idea demokracji konstytucyjnej. Takiej, w której nawet demokratycznie wybrany parlament (a więc i nominujący go suweren) nie może robić wszystkiego, co zechce: musi bowiem przestrzegać regulacji i praw zawartych w konstytucji właśnie. A strzegą tego specjalne sądy, zwane konstytucyjnymi. To dzięki tej konstrukcji przez ponad pół wieku kontynent (ale też choćby Stany Zjednoczone, gdzie obowiązuje podobne rozwiązanie) ustrzegł się tragedii.

Teraz partia mająca większość w parlamencie chce znowu sięgnąć po rozwiązania skompromitowane, więcej: potwornie groźne. Wola przeforsowania swojego zdania i ideologii, buta i populizm biorą górę nad odpowiedzialnością.

PS1 Normalnie w takich przypadkach należałoby zaapelować o reakcję do prezydenta. Może on przecież przed podpisaniem ustawy – wobec tylu wątpliwości zgłaszanych nie tylko przez opozycję, ale i najpoważniejsze gremia prawnicze – poprosić o zbadanie jej rozwiązań przez Trybunał Konstytucyjny. Tak powinna postąpić głowa państwa, jeśli kierowałaby się odpowiedzialnością za kraj, złożoną przysięgą i zwykłą przyzwoitością (a w przypadku Andrzeja Dudy znaczenie powinny mieć także wiedza i szacunek dla zasad ustroju parlamentarnego i poprawności legislacyjnej wyniesione ze studiów na, także moim, Wydziale Prawa UJ). Panie Prezydencie, to naprawdę ostatnia już szansa na ocalenie twarzy!

PS2 Stefan Kisielewski w czasach PRL zatytułował cykl swoich felietonów: „Wołanie na puszczy”... 

PS3 Nie rozumiem jednego: dlaczego posłowie opozycji, gardłujący słusznie, że ustawa to koniec konstytucji, głosują za kosmetycznymi w sumie w niej poprawkami Senatu? I to w sytuacji, gdy marszałek odebrał im głos! W polityce gesty są czasem jednak ważne: można wyjść z sali albo choć na znak protestu przeciwko złowróżebnemu kabaretowi (znowu nasuwa się analogia do słynnego filmu) wstrzymać od głosu – wzorem Stanisława Stommy w głosowaniu nad wprowadzającymi kierowniczą rolę wiodącej partii zmianami w konstytucji PRL.

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj