Kontrakty za obecność. Ile Polska „zapłaci” USA?
Rządy nie podejmują kroków ostatecznie przesądzających o życiu i śmierci swych żołnierzy wyłącznie z altruistycznych pobudek.
st. chor. szt. Adam ROIK/Facebook

System rakietowy Patriot, śmigłowce Black Hawk, odrzutowce Gulfstream dla VIP-ów – to tylko szczyt listy zakupów obronnych, jakie Polska ma zamiar zrobić w USA albo amerykańskich firmach. To po części zadośćuczynienie za obecność tysięcy żołnierzy, którzy już są – od przyszłego roku na stałe zagoszczą w Polsce.

Bezpieczeństwo nie ma ceny. Dlatego warto za nie zapłacić czasem bardzo konkretne sumy. Jakkolwiek byśmy nie oburzali się na transakcyjne pojmowanie polityki międzynarodowej, rządy nie podejmują kroków ostatecznie przesądzających o życiu i śmierci swych żołnierzy wyłącznie z altruistycznych pobudek. Nie ma też powodu, by kraje korzystające z ochrony czy obrony oferowanej przez silniejszych sojuszników, nie czuły powinności, by jakoś się im odwdzięczyć. Poza korzystnymi dla nich decyzjami w sferze polityki i dyplomacji wchodzą tu w grę również pieniądze.

Nigdy nie ośmieliłbym się napisać, że nasz sojusz z Ameryką wyrażony jest w dolarach. Tak na pewno nie jest, a amerykańscy dyplomaci, politycy i wojskowi dali – zwłaszcza w ostatnich latach i miesiącach – liczne dowody na to, że zaangażowanie Ameryki we wschodniej Europie opiera się na wyższych wartościach. Można powiedzieć, na szczęście, bo pewnie nigdy nie bylibyśmy w stanie zrewanżować się finansowo za ćwiczenia Anakonda, rotacje Air Detachment, czołgi Abrams na drawskim poligonie czy marsze dragonów jadących z Vilseck w Bawarii przez całą Polskę do krajów nadbałtyckich. Tak się szczęśliwie składa, że nasze potrzeby w zakresie bezpieczeństwa pokrywają się z pewną sferą interesów USA i ich na serio traktowanymi zobowiązaniami wobec całego NATO. I dobrze, że Barack Obama nie myśli jak Donald Trump.

Choć wprost takie żądania padają rzadko, to jednak element finansowy jest obecny w międzynarodowej polityce bezpieczeństwa. Sojusznicy nie tylko wspierają się i szanują, ale bardzo często od siebie nawzajem kupują. To zresztą jeszcze bardziej zacieśnia więzy między nimi – bo przecież nic tak nie łączy, jak dobry interes. Dlatego obserwowany w ostatnich miesiącach w Polsce, wyraźny zwrot ku USA w polityce zbrojeniowej – przynajmniej w sferze zapowiedzi kontraktów – nie powinien dziwić.

Powinniśmy go przyjąć jako naturalną konsekwencję decyzji politycznych i wojskowych. Decyzji, które po stronie USA mają konkretny wymiar finansowy: entuzjastycznie przyjęta w Polsce Europejska Inicjatywa Wsparcia to 3,4 mld dolarów w budżecie Pentagonu na 2017 r. Przepastnym, bo sięgającym 600 mld, ale jednak to największe finansowe wsparcie Europejskiego teatru obronnego od zakończenia Zimnej Wojny.

Barack Obama zapowiedział, że to inicjatywa bezterminowa. Oczywiście, obecny prezydent odejdzie 20 stycznia, ale wojskowi nie zrezygnują łatwo z tego strumienia pieniędzy. Dowódca US Army Europe, generał Frederick „Ben” Hodges nazwał go mianem... powietrza. Większość tej sumy pochłoną inicjatywy, z których Polska skorzysta w największej mierze.

Podliczmy zatem, co Polska da Amerykanom. Nie całkiem „w zamian”, bo przecież zakupy zbrojeniowe wzmocnią nasz potencjał obronny i przemysłowy, więc wydając pieniądze podatników nie finansujemy wyłącznie firm zza oceanu. Dwa miesiące po szczycie NATO Polska wysłała do USA zapytanie ofertowe, będące de facto zamówieniem, na system rakietowy średniego zasięgu oparty na Patriotach. System mają stworzyć w sumie trzy wielkie amerykańskie firmy zbrojeniowe: Raytheon, Lockheed Martin i Northrop Grumman.

MON szacuje, że całe zamówienie może być warte 40 mld złotych – czyli z grubsza licząc – 10 mld dolarów. Płatne nie na raz i nie wprost do kieszeni koncernów. W całym koszcie życia systemu, może nawet większa część pieniędzy pozostanie w polskim przemyśle. Na początek większość na pewno przelejemy do Ameryki.

W rachunku tym powinniśmy jednak widzieć zarówno zysk dla wojska w postaci zdolności zwalczania rakiet – chyba nie podlegający wycenie – oraz to, co w kontraktach, podatkach, wypłatach i technologii zostanie w Polsce. Oczywiście, amerykańscy dostawcy zarobią i to nie mało, choć na pewno nie 10 mld dolarów. I to jedynie pod warunkiem, że sprostają polskim wyśrubowanym wymogom i zawrą umowy offsetowe – za trudne dla europejskiego potentata, jak było widać.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj