Kraj

Determinizm ustawodawczy

Determinizm ustawodawczy

O co biega dobrej zmianie w tak pospiesznym trybie procedowania nad ustawami sądowymi?

Determinizm to taki pogląd, że stan początkowy danego układu określa (determinuje) jego stan końcowy. Można tę koncepcję zastosować do procesu prawodawczego w obecnym polskim parlamencie. Otóż jeśli za stan początkowy uznać inicjację procedowania danej ustawy, wyznacza to dalsze jej losy. Dzięki temu można przewidzieć stan końcowy. Przykładów dostarczają obrady sejmowej komisji sprawiedliwości i praw człowieka oraz senackiej komisji praw człowieka, praworządności i petycji na temat ustawy o Sądzie Najwyższym (SN).

Debata w pierwszej była krótka i jednostronna (głosy opozycji polegały tylko na składaniu wniosków, następnie odrzucanych). Debata w gronie senatorskim była długa (bodaj 15 godzin) i wielostronna (zabierało głos wielu mówców). Obie zakończyły się tak samo, to znaczy zarekomendowaniem ustawy do jej uchwalenia, odpowiednio przez Sejm i Senat. Wszystkie głosowania kończyły się podobnymi wynikami liczbowymi, zgodnymi z arytmetyką wyznaczającą strukturę danego gremium. Jeśli chodzi o głosowania w Sejmie, ich szczegóły były różne z uwagi na nieprzewidywalne zachowania posłów z klubu Kukiz’15, ale to nie miało wpływu na końcowy wynik. Głosowania w Senacie, przynajmniej te, które śledziłem, kończyły się wynikiem 54 do 22, natomiast ostatnie 56 do 25 przy jednym wstrzymującym.

Trzeba skończyć z bałaganem

Trzeba jednak lojalnie zauważyć, że determinizm ustawodawczy w polskim parlamencie nie jest skrajny (czyli mechanistyczny, jak powiadają niektórzy filozofowie). Wprawdzie widoczne są prawidłowości, ale zdarzają się odstępstwa od nich, np. wspomniane już zachowanie się posłów z Kukiz’15 lub wniesienie poprawek przez jednego z senatorów PiS. To drugie wprawdzie opóźniło nadejście przewidywanego skutku, ale nie uchyliło samej prawidłowości. Chciałoby się rzec za Fryderykiem Engelsem, że konieczność toruje sobie przez przypadki. Raz ma lżej, innym razem nieco pod górkę, ale summa summarum i dialektycznie wychodzi na swoje. Za czasów krwawego i antydemokratycznego reżimu p. Tuska bywało inaczej, bo niejeden raz przyjmowano prawodawcze postulaty opozycji. Dobra zmiana uznała, że trzeba skończyć z tym bałaganem i zbudować stabilny ład ustawodawczy. Przypomina się myśl Leca, że chaos to ten ład świata, który zburzono przy jego stworzeniu.

Niektóre bardziej szczegółowe spostrzeżenia na temat funkcjonowania determinizmu ustawodawczego przedstawię na podstawie przebiegu senackiej debaty o SN. Pan Mamątow, senator sprawozdawca, odpowiadał na pytania swoich kolegów z Senatu. Na pytania, czy w trakcie dyskusji w stosownej komisji senackiej ktoś poruszył taką a taką sprawę merytoryczną, jak maszyna odpowiadał, że to nie było przedmiotem obrad. Tak samo zareagował na większość pytań, np. na kwestię, czy mógłby wskazać przynajmniej jeden przepis rozważanej ustawy, który pomoże przyspieszyć rozstrzyganie spraw (to, że sądy działają zbyt wolno, jest bodaj najczęściej wskazywaną bolączką ich pracy).

Ujawnił jednak, że na posiedzeniu, któremu przewodniczył, nie padło ani jedno pytanie ze strony jakiegoś senatora PiS. Natomiast w tym fragmencie debaty plenarnej, który oglądałem, padło jedno z tego grona dotyczące tego, kto otwierał okna i czy byli to senatorowie PO, związane z tym, p. Mamątow wcześniej skarżył się, że być może to lub owo przeoczył, bo czegoś nie dosłyszał z powodu hałasu zza okien. Senator sprawozdawca nie podjął wyraźnie sugerowanego wątku o niecnych poczynaniach opozycji (co było nawet zaskakujące) i zdawkowo odpowiadając, że demokracja nie wyklucza wznoszenia okrzyków okazujących niezadowolenie.

Jakoś to będzie

Senatorowie PiS ostentacyjnie demonstrowali brak zainteresowania tym, co mówią ich koledzy z opozycji. Rozmawiali przez telefon, coś tam czytali pod stołem czy oglądali tablety. W trakcie zadawania pytań p. Mamątowowi większość senatorów PiS wyszła z sali, a sytuacja nie zmieniła się, gdy zaczął odpowiadać p. Warchoł, wiceminister sprawiedliwości. Wygłosił mowę rozwijającą teorię państwa, mniej natomiast dbał o merytoryczną stronę odpowiedzi na zadawane mu pytania. Na kilka pytań dotyczących szczegółów, np. co się stanie ze sprawami już będącymi na wokandzie SN, odpowiedział, że jakoś to będzie. Pan Warchoł manipulował też faktami, np. w sprawie powoływania sędziów w innych krajach.

A gdy mu to wykazano, stwierdził, że rzetelność naukowa każe mu przyznać rację oponentowi. Następnie zabrał głos przedstawiciel SN, a po nim Rzecznik Praw Obywatelskich. Z powodu innych zajęć przerwałem oglądanie tego budującego widowiska, ale przypuszczam, że atmosfera na sali obrad Senatu RP nie zmieniła się. Nie mogę więc napisać, jak p. Warchoł zareagował na zarzut ze strony przedstawiciela SN, że dane statystyczne podane przez wiceministra w sprawie kasacji w tym sądzie są nieprawdziwe. Nie wiem, czy p. Warchoł jeszcze raz skorzystał ze swej ujmującej rzetelności naukowej czy nie. I tak nie spowodowałoby to jakiejkolwiek zmiany na deterministycznej drodze do uchwalenia omawianej ustawy.

Ministerialny projekt poselski

Jeden z senatorów PO zapytał, dlaczego w debacie na tak ważny temat nie uczestniczy minister sprawiedliwości. Pan Warchoł odpowiedział, że wprawdzie go nie ma, ale śledzi dyskusję. Ów senator wyraził zadowolone z tego, że jest śledzony przez prokuratora generalnego, ale nie rozwijał tej sprawy. Pan Ziobro musiał uważnie śledzić posiedzenie Senatu, ponieważ pojawił się na sali obrad. Wygłosił długi referat. Obficie, jak to ma w zwyczaju, wspomagany gestykulacją ręczną.

Wystąpienie miało charakter teoretyczny, mniej praktyczny. Rzucało się w oczy, także w wypadku p. Warchoła, że obaj panowie znacznie lepiej znają projekt dyskutowanej ustawy niż sprawozdawcy (sejmowy i senacki). Co do znajomości rozważanych materii przez posłów, którzy złożyli projekt, sprawa nie jest jasna. Trudno było to sprawdzić, ponieważ na posiedzeniach obu komisji nie było wnioskodawców. Tak czy inaczej minister i jego zastępca solennie zapewniali, że projekt złożyli posłowie, chociaż ministerstwo współuczestniczyło w formułowaniu uzasadnienia ustawy o SN. Pan Warchoł powiedział nawet, że jest dumny, iż w uzasadnieniu zacytowane jego pracę. Nazwisko p. Dudy (Antoni), posła PiS i stryja p. Dudy (prezydenta), widnieje wśród sygnatariuszy projektu ustawy o SN. Wszelako p. Duda (Antoni) najpierw oświadczył, że nic takiego nie podpisał, a potem – że coś podpisał, ale nie pamięta co. To dodatkowo świadczy o tym, że projekt był poselski.

Ustawa o Sądzie Najwyższy zawiera byki

Przytoczone fakty wyraźnie wskazują na to, że większości parlamentarnej wcale nie szło o jakąkolwiek poważną debatę o ustawie o SN, ale o jak najszybsze uchwalenie tych aktów prawnych. Termin wybrano tak, aby zminimalizować protesty. To akurat nie bardzo się udało. Złożenie projektu jako poselskiego umożliwiło ominięcie konsultacji społecznych, co się stało i wydatnie przyspieszyło działania deterministycznych prawidłowości ustawodawczych. Dalej ograniczono debatę w Sejmie i kompletnie zignorowano ekspertyzy (wszystkie negatywne), tak aby projekt jak najszybciej, tj. w przeciągu paru godzin, przekazywać do kolejnych czytań.

Debata w Senacie nie była już tak istotna, gdyż i tak mogła być zakończona w ciągu jednej doby. Senatorowie PiS zignorowali propozycję poprawki swego kolegi, bo gdyby ją przyjęli, projekt ustawy musiałby wrócić do Sejmu, a to było wykluczone przez prawidła determinizmu ustawodawczego. Zignorowali również zastrzeżenia senackiego biura legislacyjnego. Wszystko wskazuje na to, że ustawa o SN zawiera zwyczajne byki, np. różne liczby sędziów gdzieś tam wybieranych i koliduje z ustawą o Krajowej Radzie Sądownictwa (KRS). W tej sytuacji totalny brak zainteresowania posłów i senatorów skądinąd kluczową kwestią, jaką jest możliwość zracjonalizowania pracy sądów rozwiązaniami uchwalanych właśnie ustaw o sądownictwie, po prostu wspierał działanie determinizmu ustawodawczego. Sprawa gwarancji niezawisłości sędziów została rozwiązana oświadczeniem (pro futuro) p. Karczewskiego, że sądy będą niezawisłe.

Cóż, p. Karczewski od dawna jest znany z tego, że ma rację, gdy mówi, bo mówi. Pan Cymański, poseł (partia Solidarna Polska), stwierdził, że sam Zbyszek Ziobro, któremu ufa, zapewnił go, że sądy nie zostaną upolitycznione. Obrona niezawisłości sędziów przez PiS polega chyba na tym byciu zmylonym przez „nie”.

O co biega dobrej zmianie

Wiele osób pokładało nadzieje w tym, że p. Duda zawetuje ustawy. Zawetował dwie. Faktem jest, że p. Duda wyszedł przed szereg dobrej zmiany i zaproponował, aby członkowie KRS byli wybierani rzez Sejm większością 3/5 głosów oraz aby przyznać prezydentowi RP większe kompetencje w sprawie przenoszenia sędziów obecnego SN w stan spoczynku.

Wygląda też na to, że p. Duda nie tyle interesował się konstytucyjnością ustawy o SN, ile tylko owymi 3/5. A sprawa wygląda tak. Posłów jest 460. 3/5 – to 276. PiS ma 234 posłów, Kukiz’15 – 32. Razem jest ich 266. Gdy dodać koła Wolnych i Solidarnych, Republikanów i niezrzeszonych – mamy 278 głów. PiS i Kukiz’15 mogą liczyć na 277 głosów. W szczegółach może to wyglądać plus minus 1/2, ale wygląda na to, że 3/5 nie będzie trudne do uzyskania przez obóz rządzący. To właśnie środowisko Kukiz’15 wysunęło pomysł kwalifikowanej większości przy wyborze KRS i wygląda na to, że obiecało współpracę z PiS.

O co biega dobrej zmianie w tak pospiesznym trybie procedowania nad ustawami sądowymi? Argumenty krytyczne wskazują, że chyba nie o zracjonalizowanie działalności sądów, skoro, wedle argumentów krytycznych, nic w tych ustawach tego nie dotyczy. Pomijając personalia – np. możność nominowania p. Pawłowicz zostanie I Prezesem Sądu Najwyższego, zablokowanie kasacji w sprawie p. Kamińskiego lub wyrzucenie paru sędziów, którzy nie orzekali tak jak trzeba, np. rozstrzygając sprawy odpowiedzialności lekarskiej – ogólnym celem jest podporządkowanie wymiaru sprawiedliwości potrzebom bieżącym polityki.

Wszak Sąd Najwyższy orzeka w sprawie prawomocności wyborów, a trzej jego sędziowie są członkami Państwowej Komisji Wyborczej. Wprawdzie kolega p. Tadka Cymańskiego zapewnia, że nie chodzi o czystkę w PKW, chyba że w uzasadnionych przypadkach. Czy te oczy mogą kłamać? Wykluczone, chyba że nastąpią uzasadnione okoliczności. Pardon, wtedy nie kłamią, ale wyrażają wolę suwerena. Ja wtedy, gdy p. Ziobro zapewniał, że ustawa o SN będzie dyskutowana na posiedzeniu komisji sejmowej. I nie pomylił się, gdyż p. Piotrowicz (przewodniczący dyskutującego gremium) i, jak ktoś słusznie zauważył, znany działacz opozycji demokratycznej w latach 80., sprawił, że dyskusja była (patrz wyżej) krótka, jednostronna i owocna (z punktu widzenia determinizmu ustawodawczego).

PS Wedle badań socjologicznych (CBOS) sprzed niespełna roku sądom ufało 45 proc. Polaków, a rządowi 38 proc., telewizji 38 proc., prasie 30 proc., parlamentowi 30 proc., a partiom politycznym 20 proc. W marcu 2017 r. sądy odnotowały (też wedle CBOS) spadek do 36 proc., ale pozostałe wymienione instytucje dalej były gorzej oceniane. Paradoks polega na tym, że reformatorzy sądów są gorzej oceniani niż to, co reformują. Spadek z 45 do 36 proc. jest w jakiejś mierze efektem propagandowego ostrzału przygotowującego grunt dla ustaw sądowych. O tym za tydzień.

Reklama

Czytaj także

Pomocnik Historyczny

Kobiety u władzy w Bizancjum

Zostanie cesarską małżonką, wejście w rolę bazylisy, było zapewne największym marzeniem przynajmniej niektórych mieszkanek Bizancjum, a w pewnych okresach łakomym kąskiem dla wielu dobrze urodzonych niewiast spoza niego.

Mirosław J. Leszka
12.03.2019
Reklama