Kraj

Artykuł 7, Europa i Targowica

Politycy PiS nie przyjmują do wiadomości, że Polska jest w UE

Unia Europejska Unia Europejska Nicolas Raymond / Flickr CC by 2.0
Nawet jeśli Unia Europejska nie nałoży na Polskę sankcji, reputacja naszego kraju już znacznie ucierpiała, a może być jeszcze gorzej.

Egzamin z prawa międzynarodowego zdawałem kilkadziesiąt lat temu. Dobrze jednak pamiętam dwie zasady. Po pierwsze, państwo jako podmiot prawa międzynarodowego jest wiązane swoją wolą i tylko nią. Po drugie, ograniczenia zasady pierwszej wynikają z podjętych zobowiązań, ważnych w obliczu prawa międzynarodowego. Spornym było i jest, czy owe zobowiązania obejmują także zwyczaj międzynarodowy.

Niektóre niuanse tłumaczono przykładem Ligi Narodów (LN). Chociaż LN powstała z inicjatywy USA, państwo to nie wstąpiło do tej organizacji z uwagi na zasadę „Ameryka dla Amerykanów”. Z LN wystąpiły m.in. Japonia, Niemcy i Włochy, wszystkie po to, by swej polityki nie krępować zobowiązaniami wypływającymi z członkostwa. Związek Radziecki został wykluczony po inwazji na Finlandię w 1940 roku. ONZ zastąpiła LN. Działa podobnie jak jej poprzedniczka, chociaż ma większe kompetencje, np. w materii interwencji w przypadku niektórych konfliktów. Na razie żadne państwo członkowskie nie zostało wykluczone z ONZ.

Unia Europejska jest zupełnie nowym typem organizacji międzynarodowej. Ma osobowość prawną i działa na podstawie traktatu o jej funkcjonowaniu, ratyfikowanego przez państwa członkowskie. Oto początek art. 7, uruchomionego przez Radę Europy wobec Polski:

„1. Na uzasadniony wniosek jednej trzeciej Państw Członkowskich, Parlamentu Europejskiego lub Komisji Europejskiej Rada, stanowiąc większością czterech piątych swych członków po uzyskaniu zgody Parlamentu Europejskiego, może stwierdzić istnienie wyraźnego ryzyka poważnego naruszenia przez Państwo Członkowskie wartości, o których mowa w artykule 2. Przed dokonaniem takiego stwierdzenia Rada wysłuchuje dane Państwo Członkowskie i, stanowiąc zgodnie z tą samą procedurą, może skierować do niego zalecenia. Rada regularnie bada, czy powody dokonania takiego stwierdzenia pozostają aktualne.

2. Rada Europejska, stanowiąc jednomyślnie na wniosek jednej trzeciej Państw Członkowskich lub Komisji Europejskiej i po uzyskaniu zgody Parlamentu Europejskiego, może stwierdzić, po wezwaniu Państwa Członkowskiego do przedstawienia swoich uwag, poważne i stałe naruszenie przez to Państwo Członkowskie wartości, o których mowa w artykule 2”.

Dalsze punkty stwierdzają możliwe następstwa uruchomienia procedury, o której mowa, przy czym osobliwie ważny jest punkt: „Obowiązki, które ciążą na tym Państwie Członkowskim na mocy Traktatów, pozostają w każdym wypadku wiążące dla tego Państwa”.

Polska jest w UE, traktatów przestrzegać musi

Ponieważ Rzeczpospolita Polska podpisała i ratyfikowała wspomniany traktat, kompetencja stosownych organów unijnych do procedowania art. 7 wobec RP jest bezsporna. A zatem wszystkie dywagacje, że uruchomienie art. 7 jest wtrącaniem się w wewnętrzne sprawy polskie, są zwyczajnie bezprzedmiotowe i przypominają tłumaczenia władz PRL, dlaczego taka lub inna konwencja nie jest przez nie podpisana. Polska może oczywiście wystąpić z UE, ale dopóki tego nie uczyni, ma respektować zobowiązania traktatowe. Jasne, że kraj, wobec którego zastosowano art. 7, nie musi godzić się z oceną dokonaną przez instytucje europejskie i ma prawo do przedstawiania swoich racji, gdyż nic nie przesądza a priori o tym, że racje dla uruchomienia artykułu 7 są trafne. Niemniej ostateczny głos należy w tym wypadku do UE, przynajmniej do momentu pozostania inkryminowanego państwa we Wspólnocie.

Niektórzy politycy polscy rozumieją i zapowiadają, że będą tłumaczyć polskie racje na forum europejskim i ich bronić. To jest racjonalne stanowisko, niezależnie od tego, czy te poczynania zostaną zakończone sukcesem. Można zrozumieć ostrą retorykę tych zapowiedzi, bo tak zawsze było w stosunkach międzynarodowych. Jak to będzie w praktyce, zobaczymy.

Łaska Orbána na pstrym koniu jeździ

Rokowania nie są zbyt zachęcające. Pan Duda porównuje status sędziów w Polsce i USA, zapominając, że tam są nieusuwalni, a także że w Polsce nie obowiązuje konstytucja amerykańska. Standardowy argument jest taki, że (cały czas chodzi o sędziów) polskie prawodawstwo nie różni się, poza szczegółami, od reguł obowiązujących w innych (czy większości) krajów europejskich. Specjaliści wykazali jednak, że tak nie jest, nie mówiąc już o treści polskiej ustawy zasadniczej. Sprawa dotyczy zresztą nie tylko sądów, ale respektowania wartości określonych w prawie unijnym.

Są jednak tacy oficjele, którzy zdają się w ogóle nie rozumieć, w czym rzecz. Oto wysoki urzędnik państwowy (nie odnotowałem nazwiska) opowiada w radiu, że spór dotyczy tego, czy UE ma być jednym państwem czy Europą ojczyzn. Ten ekspert zapewne nie wie, że terminy „Europa jako jedno państwo” i „Europa ojczyzn” nie należą do słownika prawa europejskiego, ale są elementem mniej lub bardziej sentymentalnych debat.

Traktaty europejskie nie mówią ani o europejskim monopaństwie, ani o federacji ojczyzn, ale dość jasno ustanawiają prawa i obowiązki państw członkowskich oraz formalne drogi ich egzekwowania. Pan Małecki, podsekretarz stanu w MSZ, opowiada, że Komisja Europejska nic nam nie może zrobić. Ten znawca akurat ma rację, tyle że KE nie zamiaru nic robić Polsce, bo już uruchomiła stosowną procedurę. Kolejne kroki należą już do innych organów, a to, czy dalsze kroki przeciwko Polsce zyskają wystarczające poparcie w Radzie Europy czy Parlamencie Europejskim, jest sprawą otwartą.

Pan Czarnecki, wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego, gromko oświadcza, że nic nam nie zrobią, i jest pewien, że p. Orbán obroni Polskę, aczkolwiek jakoś nie konotuje, że samo uruchomienie art. 7 jest obciachem, by użyć młodzieżowego slangu, a łaska Orbána może pojechać na pstrym koniu. Mój wielki faworyt, p. (nie byle) Jaki, znalazł proste wyjaśnienie sytuacji i wyjawił, że KE zareagowała na to, że „Polska zaczyna być państwem podmiotowym, przestaje być kolonią, z której można wyprowadzać pieniądze. Budujemy centralne porty lotnicze, odbudowujemy handel, żeglugę”, przy czym wskazał, że chodzi o żeglugę bodaj w pobliżu Kędzierzyna-Koźla. Tedy nie chodzi o praworządność, ale o interesy – skonkludował p. Jaki swoją nie byle jaką tyradę.

Niech nas Unia pocałuję w...

TVP nie pozostała w tyle. Słynne paski informowały, że p. Timmermans przeszkadza, aby Polacy reformowali swój kraj. Dwie wypowiedzi zasługują na specjalną uwagę. Pan Ziemkiewicz, znany z diagnoz, nader celnych i ubranych we właściwe formy, dał następujący głos: „Ale co się tak trzęsiemy nad tą Unią? Wzięliśmy już, co było​ tam do wzięcia, więcej nie będzie i czas wypierdzielać, jak sami ułatwiają...”. Ot, proste, żołnierskie słowa jednego z filarów programu „W tyle wizji” (TVP Info), zapewne powstałe w tyle głowy (lub zgoła gdzie indziej).

A p. Janecki, inna wielka gwiazda prawicowej publicystyki, przedstawiający się jako fizyk kwantowy, filozof, historyk sztuki, dziennikarz, 400-metrowiec, sceptyk (można dostać zawrotu głowy od tych wielorakich specjalności), dyskretnie nawija: „Ważne oświadczenie polityczne: Szanowna Komisjo Europejska, Szanowny Panie Przewodniczący Fransie Timmermansie – pocałujcie nas w dupę”. Nowy Tuwim nam się narodził, ale znacznie mniej oryginalny, a na dodatek gadający prozą, pewnie kwantową.

Wyjaśnienie à la (nie byle) Jaki znalazło istotne uzupełnienie w postaci wskazania na donosicielstwo tzw. totalnej opozycji, czyli Targowicy bis. Celuje w tym p. Saryusz-Wolski. Ten jegomość, który ubrdał sobie, że ma szanse na objęcie stanowiska przewodniczącego Rady Europy, od swego walnego sukcesu w postaci wyniku 1:27 ostatnio ujawnił: „To ona [totalna opozycja] tę akcję wymusiła. Donosili, błagali, żebrali, nadzorowali. Użyli też Tuska. Działali jak współczesna Targowica”.

Wygląda na to, że p. Saryusz-Wolski wszystko to słyszał na własne uszy i widział na własne oczy. Nasuwa się myśl Leca: „Najwierniej podtrzymują mity – najmici”. Nie wiem, czy, a jeśli tak, to jaką gratyfikację ma otrzymać p. Saryusz-Wolski za swoje awanse na rzecz dobrej zmiany. Niewykluczone, że otrzyma posadę ambasadora w San Escobar. Nie można jednak wykluczyć, że zostanie ministrem spraw zagranicznych w wyniku zmian w rządzie zapowiadanych na okres po 6 stycznia 2018 roku. Nominacja ta na pewno wzmocni reputację Polski na świecie.

Na razie p. Saryusz-Wolski zapewnił, że Czechy nie poprą sankcji wobec Polski. Odpowiedziano mu, że oparł się na wypowiedzi z września i wyrwanej z kontekstu. Chyba jednak warto by nakręcić serial o przygodach dobrego Wolaka Saryusza, ciągle mylącego Polskę z Wolską. Scenariusz mógłby napisać sam p. Marcin Wolski, zapewne przygotowujący, gdzieś z tyłu wizji, kolejną szopkę sylwestrową.

Brudy prać we własnym domu

Wyżej napisałem o mitach. W samej rzeczy opowiadanie o donosicielstwie jest jawnym nieporozumieniem. Parlament Europejski jest wybierany w powszechnej elekcji, a eurodeputowani reprezentują nie tylko kraj, którego są obywatelami, ale także całą UE. Skoro mówią publicznie poza parlamentem – słusznie lub niesłusznie, ale to inna sprawa – że władze polskie nie przestrzegają ustawy zasadniczej obowiązującej w RP, nie widać powodu, aby milczeli w tej sprawie na forum europejskim, bo inaczej naruszaliby swoje obowiązki wypływające ze sprawowania mandatu.

To, że mają przy tym rozmaite dylematy, jest widoczne po sposobie głosowania, wstrzymującego się lub nie. Zarzut donosicielstwa przypomina mentalność pani Dulskiej, że brudy należy prać we własnym domu. Być może promotorzy dobrej zmiany tak właśnie uważają, ale to ich sprawa. Sami zresztą organizowali wysłuchania publiczne w Brukseli przeciwko ówczesnym władzom polskim, ale o ile pamiętam, nikt im wtedy nie stawiał zarzutu donosicielstwa.

Wygląda na to, że tropiciele spisku opozycji przeciw Polsce na serio wierzą, iż nikt by się nie dowiedział o takich lub innych faktach motywującej akcję KE, gdyby nie Tusk i inni „targowiczanie”. Bo nie ma korespondentów zagranicznych, ambasad zapewne sporządzających tygodniowe lub nawet dzienne raporty dla swoich rządów, bo nikt nie czyta polskiej prasy, nie ogląda telewizji, nie słucha radia itd. Gdyby nie wiadome donosicielstwo, tajemnicą byłyby poczynania dobrej zmiany wobec Trybunału Konstytucyjnego, cykliczne demonstracje, transparenty niesione w trakcie rozmaitych marszów, niewidoczne tylko dla p. Błaszczaka, nazywanie sędziów bucami, odwoływanie Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego przed upływem kadencji (dodanie nowej izby SN nie jest zmianą ustroju sądów ani zmianą okręgów sądowych), przypadki (czyste i tylko losowe) wszczynania postępowań przeciw sędziom (np. Kraków, Police), straszenia dziennikarzy przez Żandarmerię Wojskową i wiele innych przykładów naruszania prawa.

Tłumaczenie, że to „wina Tuska” lub „przez 8 lat był tak samo lub jeszcze gorzej”, jest naiwne, bo przypomina przysłowiowe „a u was biją Murzynów”. Jeszcze raz powtarzam: nawet jeśli nie będzie sankcji (oby ich nie było, gdyż rząd i tak się wyżywi, co zapowiedziała p. Mazurek, oczywiście swoimi słowami), reputacja Polski już znacznie ucierpiała, a może być jeszcze gorzej. Unia Europejska na pewno entuzjastycznie przyjmie prawdziwie historiozoficzne stwierdzenie p. Błaszczaka, że komunizm skończył się w Polsce 20 grudnia 2017 roku. Nie spodziewała się takiej gratki, że przyjęła do swego grona państwo komunistyczne. Jasne, że wyjściem z tej niezbyt komfortowej sytuacji jest uznanie słów p. Błaszczaka za marny dowcip. I tak zapewne się stanie.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

O Niemcach, którzy z konieczności zostali Polakami

Książka naszego redakcyjnego kolegi Piotra Pytlakowskiego „Ich matki, nasi ojcowie”, której fragment publikujemy, opowiada o losach niemieckich dzieci mieszkających na ziemiach, które po II wojnie światowej przypadły Polsce.

Piotr Pytlakowski
15.09.2020
Reklama