Powstanie w getcie to także część polskiej historii. PiS tego nie zmieni
Wszelkie próby rozdzielenia tych dwóch wydarzeń są kompletnie nieuzasadnione – mówi Mikołaj Mirowski, historyk, publicysta, prowadzący w Muzeum Powstania Warszawskiego cykl spotkań „Warszawa dwóch Powstań”.
Uroczystości 74. rocznicy powstania w warszawskim getcie pod pomnikiem Bohaterów Getta.
Agata Grzybowska/Agencja Gazeta

Uroczystości 74. rocznicy powstania w warszawskim getcie pod pomnikiem Bohaterów Getta.

Janek Rojewski: – Słyszałeś o decyzji wojewody Zdzisława Sipery, który stwierdził, że syreny służą do alarmowania, a nie upamiętniania rocznic?
Mikołaj Mirowski:
– Tak i jest to dla mnie zupełnie niezrozumiałe. Może wojewoda mógłby to jeszcze raz przemyśleć? Tym bardziej że ostatnio bardzo mądrze i roztropnie postąpił, blokując manifestację narodowców pod ambasadą Izraela.

Dlaczego pamięć o tym, że w Warszawie były dwa powstania, napotyka na takie problemy?
Powinniśmy zacząć od tego, że powstanie w getcie jest – oczywiście – częścią polskiej historii. Wszelkie próby rozdzielenia tych dwóch wydarzeń są kompletnie nieuzasadnione. To problem, który odziedziczyliśmy w spadku po Polsce Ludowej. Wtedy nie można było normalnie kultywować pamięci o powstaniu warszawskim, a władza zwłaszcza w okresie stalinowskim mocno eksponowała powstanie w getcie. Na murach ruin getta sąsiadowały plakaty: „Hańba faszystowskim pachołkom AK” i „Chwała bohaterskim obrońcom getta”. Pomnik autorstwa Natana Rapaporta stanął w Warszawie już 19 kwietnia 1948 roku, na jakiekolwiek upamiętnienie powstania z sierpnia 1944 roku trzeba było czekać znacznie dłużej.

Przez lata ta pamięć funkcjonowała na zasadzie wahadła. Świat Zachodu kultywował pamięć o powstaniu w getcie, czego przykładem może być uklęknięcie Willy’ego Brandta pod pomnikiem Bohaterów Getta w grudniu 1970 roku czy choćby niedawne (2009 rok) złożenie kwiatów w tym samym miejscu przez Joe Bidena, wiceprezydenta USA – przy całkowitym pominięciu pomnika powstania warszawskiego. W tym czasie duża część Polaków o powstaniu w getcie nie chciała pamiętać, bo to kojarzyło się z komunistami, błędnie, bo walczyli w nim i socjaliści z Bundu, i żydowska prawica syjonistyczna z Żydowskiego Związku Wojskowego.

Z dzisiejszej perspektywy ten spór wygląda trochę dziwne. W końcu podczas wojny obie społeczności miały tego samego wroga.
Tak, nie sposób nie wspomnieć choćby o Marku Edelmanie, Icchaku Cukermanie czy Kaziku Ratajzerze, którzy walczyli w obu powstaniach. Zresztą historia wspólnej sprawy polsko-żydowskiej nie ogranicza się do II wojny światowej. Podczas insurekcji kościuszkowskiej Berek Joselewicz stworzył Pułk Starozakonny i wydał wzywającą do walki odezwę w jidisz. W 1861 roku rabin Izaak Kramsztyk kazał zamknąć synagogi w Warszawie na znak solidarności z katolikami, którym carska władza pozamykała kościoły. Tego samego roku zmarł młody żydowski chłopak Michał Landy, został trafiony kulą podczas jednej z manifestacji patriotycznych, gdy akurat przejmował krzyż (!) z rąk ranionego wcześniej zakonnika.

Wielkim polskim patriotą był rabin Dow Ber Meisels, który dostarczał broń dla walczących w powstaniu listopadowym, a za swoje antyrosyjskie zachowania w przededniu powstania styczniowego osadzono go w cytadeli warszawskiej. Oczywiście, powstanie w getcie i mit warszawskiej Masady wpisują się w żydowską tradycję historyczną taką jak powstanie Machabeuszy czy Szymona Bar-Kochby, ale także – a może przede wszystkim – w romantyczną polską tradycję powstańczą.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj