Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Kraj

Złote gody Marca 1968

Polityka nieinterwencji wobec antysemityzmu ma się dobrze

Zdjęcie z wystawy „Obcy w domu. Wokół Marca ’68” Zdjęcie z wystawy „Obcy w domu. Wokół Marca ’68” Ewa Turlejska / materiały prasowe
W oficjalnych złotych godach Marca ’68 przeważa deklaratywne potępianie antysemickich wypowiedzi, ale mało się na nie reaguje.

W dyskusjach o Marcu ’68 pojawiają się niekiedy porównania z czasem obecnym. Słyszałem powiedzenie, że władza nam zafundowała marzec w lutym 2018 roku. To prymitywne porównanie. Nie jestem sympatykiem dobrej zmiany, ale nie zgadzam się na uproszczenia. To, co zamierzam napisać o wydarzeniach z 1968 roku, byłoby zdjęte przez cenzurę w PRL, większość obecnych zostałaby rozpędzona przez tajniaków lub/i ZOMO, a ich uczestnicy zapoznaliby się z ówczesnym systemem penitencjarnym.

Żyjemy jednak w innym kraju niż ten sprzed 50 lat. Warto o tym pamiętać, chociażby po to, by bronić demokracji, o ile zostanie kiedyś zagrożona w swych podstawach. To jednak nie znaczy, że ewentualne porównania są bezzasadne, nawet jeśli dotyczą tylko fragmentarycznych aspektów, np. propagandy czy antysemityzmu. Ciekawy jest też stosunek obecnych władz w ramach złotych godów wydarzeń marcowych Anno Domini 1968.

Z czym się wiązały wydarzenia marcowe z 1968 roku?

Marzec ’68 był, po pierwsze, związany z ówczesną sytuacją międzynarodową, w szczególności klęską państw arabskich w sześciodniowej wojnie przeciw Izraelowi. A ponieważ ZSRR bezwarunkowo popierał Arabów, za nim poszły inne kraje socjalistyczne, co musiało jakoś wpłynąć na sytuację Żydów pod rządami komunistów.

Po drugie, sytuacja w Polsce była szczególna o tyle, że w łonie PZPR funkcjonowały dwie frakcje, mianowicie puławska i natolińska. Natolińczycy nazywali puławian „Żydami”, a ci drudzy odwzajemniali się epitetem „Chamy”. Mówiąc mniej metaforycznie, ale i dość schematycznie, frakcja puławska składała się z działaczy pochodzenia żydowskiego, przybyłych z Armią Czerwoną w latach 1944–1945, natomiast natolińczycy rekrutowali się z komunistów działających w kraju w czasie okupacji – stąd popularna nazwa „partyzanci” (Mieczysław Moczar był główną postacią tego obozu).

Po trzecie, Gomułka wyniesiony do władzy w 1956 roku stopniowo odchodził od liberalnego (czy raczej liberalniejszego) modelu socjalizmu, jaki deklarował na początku, i coraz bardziej opowiadał się za zamordyzmem. Wedle powszechnej interpretacji wynik wojny sześciodniowej zaktywizował partyzantów do aktywnej walki o władzę, ponieważ dał pretekst do oskarżania Żydów (czyli tzw. wówczas syjonistów) o sprzyjanie Izraelowi. Walnie przyczynił się do tego sam Gomułka (w przemówieniu z czerwca 1967 roku), gdy powiadał o V kolumnie (syjonistycznej) w Polsce.

Zmuszeni do emigracji

Punktem kulminacyjnym były wydarzenia z 8 marca 1968 roku, poprzedzone zdjęciem „Dziadów” ze sceny Teatru Narodowego, a także zebraniem warszawskiego oddziału Związku Literatów Polskich, na którym protestowano przeciwko ingerencji władz w repertuar teatralny. Studenci warszawscy demonstrowali przeciwko tej decyzji i domagali się wolności i likwidacji cenzury.

Milicja, wspomagana przez ZOMO i tzw. aktyw robotniczy (nie bardzo wiadomej proweniencji), brutalnie rozpędziła manifestację. Protesty, także rozpędzone przez władze, objęły inne uczelnie warszawskie, a także zostały zorganizowane w kilku innych miastach. Od 1967 roku trwała kampania antysyjonistyczna, czyli po prostu antysemicka, prowadzona także przez media. Jej kulminacja miała miejsce właśnie w marcu, a punktem szczególnym było przemówienie Gomułki z 19 marca w Sali Kongresowej, gdzie pojawiło się legendarne hasło „Syjoniści do Syjamu”, ale znacznie ciekawsze były okrzyki „Śmielej, śmielej” i „[Niech wyjadą] jeszcze dziś”, gdy zaczął mówić o Żydach.

Gomułka poradził sobie z zakusami partyzantów w walce o władzę. Starał się wyhamować akcję przeciw Żydom, ale skutek był raczej mierny. Zwolniono z pracy tysiące ludzi w rozmaitych sektorach życia społecznego i relegowano wielu studentów. Pewnym symbolem było wyrzucenie kilku naukowców z Uniwersytetu Warszawskiego, m.in. Zygmunta Baumana, Włodzimierza Brusa, Leszka Kołakowskiego (akurat nie był Żydem, ale za to czołowym rewizjonistą) i Adama Schaffa. Wielu osobom żydowskiego pochodzenia sugerowano, pośrednio lub bezpośrednio, emigrację. Wyjechało około 15 tysięcy obywateli polskich (niektórzy skorzystali na pewno z okazji i udali się do wolnego świata), w tym wielu naukowców, pisarzy czy filmowców.

Jak rozumieć wydarzenia marcowe?

Interpretacja wydarzeń marcowych rodzi kilka problemów. Czy były one sprowokowane, a jeśli tak, to w jakim stopniu? Jaki był stosunek robotników do demonstracji studenckich? Czy antysemityzm ograniczył się do z góry sterowanej propagandy? Czy też trafił na podatny grunt społeczny? Jaki był związek studenckich protestów w Polsce z tym, co działo się na Zachodzie? Jak Praska Wiosna wpłynęła na sytuację w Polsce?

Rozważmy teraz taki oto tekścik: „Stawia się tezę o winie naszego narodu wobec Żydów. Pisze się i mówi o polskich obozach koncentracyjnych, o masowym mordowaniu Żydów przez Polaków, o naszej odpowiedzialności za martyrologię Żydów. Cynizm i zakłamanie sięgają szczytów”. Czyżby to był fragment artykułu, uzasadniający potrzebę niedawnej nowelizacji ustawy o IPN? Ależ nie, to cytat z utworu Ryszarda Gontarza opublikowanego w „Kurierze Polskim” w marcu 1968 roku, ale można by go przedrukować w tygodniku „Sieci Prawdy”.

Można znaleźć inne przykłady zadziwiającego podobieństwa propagandowego pomiędzy sformułowaniami obecnie krążącymi a tymi, które doczekały się już złotych godów. Ot, niedawne słowa p. Pawłowicz o piątej kolumnie (niekoniecznie o Żydach, ale rzecz w stylu): „V kolumna w Polsce już bez ograniczeń, czując zewnętrzne wsparcie, atakuje kłamliwie i skrajnie nienawistnie i morderczo państwo swego zamieszkania”. Na co liczyli syjoniści, aby zatrzymać narodowe odrodzenie w 1968 roku? Otóż na to, że wyprowadzą studentów poza uczelnie, a resztę załatwi zagranica, wroga Polsce, czyli na ulicę i zagranicę, jak obecna totalna opozycja. Ba, sam Gontarz (zmarły w 2017 roku) jest uważany za tzw. narodowego komunistę, a przez niektóre środowiska ultraprawicowe za polskiego patriotę i osobę wierną suwerennej Polsce. Tako toczy się światek, wprawdzie tylko fragmentarycznie, ale nie należy tego przeoczyć.

Złote gody Marca ’68 według PiS

Trudno było oczekiwać, że złote gody Marca ’68 będą obchodzone tak hucznie jak np. Dzień Żołnierzy Wyklętych i uhonorowanie Burego-Rajsa. Coś się jednak zdarzyło. Sejm przyjął specjalną uchwałę upamiętniającą rzeczone wydarzenia, a jej treść jest godna aprobaty. Planowano aklamację, ale skończyło się głosowaniem. Przeciw było trzech posłów, dwóch niezrzeszonych i jeden z Kukiz ’15, wstrzymała się jedna osoba – też z grona kukizowców.

Poseł Winnicki przedstawił zadziwiający ciąg logiczny w postaci wypowiedzi: „Chciałbym jasno powiedzieć, że jeden z mitów założycielskich III RP to Marzec ′68. Wtedy jedna frakcja PZPR walczyła z drugą. Podziały narodowościowe były tylko pretekstem. Różnicą była tylko ilość Żydów po obu stronach”, a skoro tak, to nie ma powodu, by celebrować to, co miało miejsce 50 lat temu. Został, i słusznie, wybuczany przez salę. Fakt, że uchwałę kontestowali tylko byli i obecni kukizowcy, ciekawie świadczy o charakterze tego grona i jego ideowej genezie, już wcześniej demonstrowanej karesami pp. Kukiza i Rybaka. Senat miał początkowo przyjąć własną uchwałę, ale z powodu sporów, których główną osobą był p. Żaryn, w gruncie rzeczy bliski przemyśleniom Gontarza, zdecydowano się na przyjęcie uchwały Sejmu.

Nie obyło się jednak bez reinterpretacji (w sferach rządowych) tego, co zdarzyło się w związku z Marcem ’68. Zaczął chyba p. Gliński. Stwierdził, że mieliśmy wtedy do czynienia z „ogólnopolskim ruchem społecznym przeciwko komunizmowi”. To oczywista nieprawda, gdyż nie było żadnego ogólnopolskiego ruchu społecznego przeciwko komunizmowi, ponieważ, poza nielicznymi jednostkami, nikt nie wyobrażał sobie życia w innym ustroju, a niektórzy liderzy protestów wręcz opowiadali się za tzw. socjalizmem z ludzką twarzą (podobne postulaty głoszone były w ramach Praskiej Wiosny).

Znałem bardzo dobrze kilka osób ze środowiska tzw. komandosów (grupa organizująca protesty marcowe) i wiem, jakie przyświecały im cele, zresztą odpowiadające dalszej części wypowiedzi p. Glińskiego: „Studenci (...) chcieli wolności, demokracji, chcieli walczyć z cenzurą i spontanicznie zaprotestowali w marcu przeciwko systemowi”. Pan Gliński mógł dodać, że wielu marcowych kontestatorów stało się z czasem czołowymi polskimi antykomunistami, ale to jest politycznie niezbyt poprawne z uwagi na obecne postawy niektórych z tych ludzi. Oczywiście, z dzisiejszego punktu widzenia Marzec ’68 można uznać za istotny element kształtowania się negacji komunizmu w Polsce, ale ówczesna perspektywa była inna.

„Antysemityzm narzucony przez Moskwę”

Pan Morawiecki (premier) dokonał podsumowania oficjalnej narracji w sprawie Marca ’68. Stało się to w trakcie debaty zatytułowanej „Marzec ’68. Ogólnopolski Ruch Społeczny Przeciwko Komunizmowi”. Tytuł został sformułowany przez organizatorów debaty (trudno ustalić, kto to był) w sposób najwyraźniej odpowiadający istocie wyżej wspomnianej interpretacji. Pan Morawiecki stwierdził: „Często słyszymy, że Marzec ’68 powinien być dla Polski powodem do wstydu. Dla Polaków, którzy walczyli o wolność, powinien być powodem do dumy”.

Nie wiem, jak często p. Morawiecki słyszy o wstydzie z rzeczonego powodu, gdyż wedle powszechnej opinii trzeba być dumnym z postawy protestujących, a wstydzić się za zgoła coś innego. Zdaniem p. Morawieckiego „na to, co działo się w Marcu ′68 roku, należy patrzeć przez pryzmat sytuacji, w jakiej się wtedy znajdowaliśmy. Tamto państwo nie było państwem niepodległym i suwerennym. Było państwem, które swoje decyzje i działania uzależniało od (...) od Moskwy, od ZSRR. Ta rzeczywistość, która wtedy panowała, nie może nie być brana pod uwagę. Inaczej będziemy mieli do czynienia tylko z mitologią Marca, która to część jest piękna, słuszna i prawdziwa, ale część nieprawdziwa i niepiękna. A ta część niepiękna, ale prawdziwa nie ma nic wspólnego z Polakami, którzy pragnęli wolności i o nią walczyli”.

Zdaniem p. Morawieckiego to, co wstydliwie (mitologia nieprawdziwa i niepiękna, w przeciwieństwie do walki z komunizmem – mitologii prawdziwej i pięknej), a więc nagonka antyżydowska, było czymś narzuconym z zewnątrz i realizowanym przez władzę, w istocie obcą. Podsumował ten wątek, proponując, aby wystawę „Obcy w domu” w Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN i poświęconą kampanii antysemickiej nazwać: „Swoi w okupowanym domu”. Po wystąpieniu p. Morawieckiego odbył się panel dyskusyjny. Prezentowano w nim różne opinie, ale żadna nie potwierdziła tezy, że w 1968 roku walczono z komunizmem, i tezy, że akcja antysemicka była narzucona przez Moskwę.

Relacje świadków

A jak to było z antysemityzmem? Nie ma najmniejszej wątpliwości, że tzw. antysyjonizm był propagowany instytucjonalnie i stanowił element globalnej strategii obozu radzieckiego przeciwko Izraelowi. Nie ma jednak świadectw, że ZSRR naciskał na PRL (żeby nie urazić p. Morawieckiego), aby wyrzucić Żydów z okupowanego domu. Inne okupowane miejsca jakoś nie kwapiły się z wydawaniem dokumentów podróży (bez prawa powrotu) swym żydowskim obywatelom. To jeszcze można ewentualnie wytłumaczyć specyfiką walki o władzę w PZPR.

Inaczej to jednak relacjonują świadkowie wydarzeń, zwłaszcza żydowscy. Opowiadają o obraźliwych napisach na drzwiach swych mieszkań, o obelgach przez telefon i rzucanych w bezpośrednich rozmowach, uprzejmych pytaniach typu „kiedy wyjedziecie?” lub sugestiach, często wulgarnych, „wyp…ć z Polski”. Córka mojego przyjaciela z Warszawy, mała dziewczynka niewiedząca o swym pochodzeniu, przyszła z płaczem do domu i pytała: „Tato, czy to źle być Żydówką?”. Gdy Irena Szewińska (z domu Kirszenstein) zgubiła pałeczkę w sztafecie 4x100 metrów na olimpiadzie w Meksyku (1968), pewien człowiek w tramwaju rzekł: „Ta parszywa Żydówa zrobiła to specjalnie”.

Trudno oszacować rozmiary antysemityzmu w Polsce przed 50 laty, ale bynajmniej nie był sporadyczny. Oficjalna kampania antysyjonistyczna trafiła na podatny grunt w (może wcześniej ukrytej) świadomości sporej części społeczeństwa. Promotorzy owej akcji oczywiście nie byli antysemitami, tylko właśnie antysyjonistami (określenie ukute przez propagandzistów radzieckich), a nawet zdecydowanie odżegnywali się od pierwszego, bo wtedy (jak dzisiaj) było to politycznie niepoprawne.

W interesie dobra wspólnego

Jak pisałem w jednym z poprzednich felietonów, nowelizacja ustawy o IPN uruchomiła falę wyjątkowo agresywnego antysemityzmu w internecie. Pojawiają się też jawnie antysemickie wypowiedzi ze strony niektórych polityków, np. p. Winnickiego, p. Bonkowskiego, czy dziennikarzy, np. pp. Ziemkiewicza czy Wolskiego. Częsta reakcja (np. p. Wildsteina): wprawdzie przejawy antysemityzmu są przykre i niesłuszne, ale tak naprawdę winny jest Izrael, bo sprowokował Polaków broniących swej godności. Jestem jak najdalszy od tego, aby obwiniać polską klasę obecnie rządzącą o celowe sprawstwo w nowej kampanii antysemickiej, ale mamy do czynienia z podobnymi postawami jak te znane z 1968 roku, a co więcej, są one podobnie artykułowane, zwłaszcza w sposobie wskazywania wroga.

Nie bez powodu pisze p. dr inż. Krzysztof W. Pasierbiewicz, prawdziwy patriota (tak sam się przedstawia), na swoim blogu (fragment relacji z pewnej debaty akademickiej): „Członek założyciel żydowskiego Stowarzyszenia B’nai B’rith w Rzeczypospolitej Polskiej prof. UJ Jan Woleński”. Przecież wspomina o tym nie po to, by poinformować o moim członkostwie etc., bo tego nie ukrywam, ale w nadziei, że mnie zdyskredytuje w opinii części czytelników.

W oficjalnych złotych godach Marca ’68 przeważa deklaratywne potępianie antysemickich artykulacji, natomiast jest mniej reagowania na owe postawy, chociażby przez wskazywanie ich palcem częściej niż tylko w sytuacjach drastycznych, takich jak np. spalenie kukły Żyda (po wielu perturbacjach zakończone ukaraniem przez sąd) czy ułożenie „Słownika żydowskiego” przez p. Bonkowskiego (konsekwencje partyjne). Nihil novi sub solo.

Kilkanaście lat temu odwiedził mnie znajomy filozof z Nowego Jorku, amerykański Żyd. Był wstrząśnięty widokiem Gwiazdy Dawida namalowanej farbą na murze. Napisałem do burmistrza, ale nawet nie odpowiedział. A malunek dalej trwał na murze, aż naturalnie wyblakł. W znanej miejscowości długo wisiało hasło „Mszana Dolna od Żydów wolna” i najwyraźniej cieszył wielu mieszkańców. Polityka nieinterwencji wobec antysemityzmu ma się dobrze, a edukacja na temat tego rodzaju wrogości wobec innych – raczej nie najlepiej.

Jeśli komuś nie odpowiada to, co wyżej, jako diagnoza, proponuję, aby ten felieton uważać za (skromne) ostrzeżenie, np. przed mitologią demokratycznego państwa narodowego. Łatwo może prowadzić do zniknięcia słowa „demokratycznego”, oczywiście w interesie dobra wspólnego.

Reklama
Reklama