Kraj

Nadciąga burza o okręty. MON ogłosi „morską transakcję stulecia”?

Nadciąga burza o okręty. MON ogłosi „morską transakcję stulecia”?

Według szacunków MON z ubiegłego roku transakcja miałaby pochłonąć nawet 2 mld zł. Według szacunków MON z ubiegłego roku transakcja miałaby pochłonąć nawet 2 mld zł. Janusz Walczak / Forum
Chodzi o zakup 30-letnich fregat z Australii. Będzie o nie awantura, ale chyba niepotrzebna, bo to tzw. mniejsze zło.

Ministerstwo obrony na temat kontraktu oficjalnie cały czas milczy, ale tzw. kuluary huczą o nim od kilku tygodni: Polska ma odkupić od rządu Australii trzy fregaty rakietowe typu Adelajda, służące od ok. 30 lat w australijskiej marynarce wojennej. Australia rozbudowuje swoją flotę – głównie obawiając się rosnącej potęgi Chin – i w ciągu kilku lat wprowadzi okręty nowsze i większe, a starych chciałaby się z zyskiem pozbyć.

Z sześciu wyprodukowanych Adelajd dwie zostały wcześniej zatopione jako wraki-atrakcje dla nurków, a jedna trafiła po prostu na złom. Czwarta czeka na decyzję, co z nią zrobić, a dwie są cały czas w służbie. Według nieoficjalnych informacji Polska miałaby nabyć dwa czynne okręty, a z trzeciego uczynić pływający magazyn części zamiennych. O kosztach niczego oficjalnie dowiedzieć się nie można – w ramach nowej polityki MON wszystko jest tajne, dopóki nic nie jest jawne, ale najprawdopodobniej będzie to najdroższy zakup dla marynarki wojennej w XXI w. Nawet jeśli liczyć wszystkie koszty budowy najdroższego do tej pory okrętu Ślązak.

Czytaj także: Ludziom Mariusza Błaszczaka brakuje kompetencji

Według szacunków MON z ubiegłego roku transakcja miałaby pochłonąć nawet 2 mld zł. Nie jest jednak jasne, czy ten koszt obejmowałby same okręty czy również ich uzbrojenie, remont lub ewentualną przebudowę pod polskie potrzeby. Jeśli byłaby to cena wyłącznie okrętów, to do tej sumy trzeba dorzucić równowartość 100–200 mln dol. za zapas pocisków rakietowych różnego typu, które trzeba będzie kupić z USA – a może i z Norwegii. Bo pomysłów na wyposażenie, doposażenie i modernizację leciwych okrętów jest tyle, ilu liczących się graczy na lobbingowym rynku zbrojeniowym. Ale zacznijmy od platformy – co to jest ta Adelajda?

Adelajda, czyli co?

To kuzynka poczciwego OHaPa, czyli bodaj najpopularniejszego na Zachodzie okrętu tej klasy. Fregat Oliver Hazard Perry wyprodukowano w sumie ok. 70. Dwie z nich na początku XXI w. Polska otrzymała w darze od USA. Do dziś, nosząc imię polsko-amerykańskich bohaterów narodowych Tadeusza Kościuszki i Kazimierza Pułaskiego, są trzonem naszej floty, mimo że liczą sobie już 40 lat. Adelajdy, które planujemy kupić, są mniej więcej o dekadę młodsze i różnią się na plus od naszych OHP-ów uzbrojeniem, wyposażeniem elektronicznym i generalnie nowoczesnością – zostały bowiem zmodernizowane w pierwszej dekadzie XXI w.

Polski rząd zainteresował się nimi wiosną 2017 r., czyli już za rządów PiS. Gdyby doszło do transakcji, można by powiedzieć, że to jeden z nielicznych dużych kontraktów obronnych zapoczątkowanych i zakończonych przez obecną władzę. A może nawet jedyny. Do tej pory bowiem rządy PiS kończyły umowami część postępowań trwających od lat, a czasami nie kończyły, jak ze śmigłowcami Caracal, lub postępowania zawieszały – jak na okręty nawodne. Największą „zbrojeniową” umową zaczętą i zakończoną w czasie rządów PiS był zakup „samolotów dla VIP-ów”. Cudzysłów jest zasadny choćby z tego względu, że formalnie należące do wojskowej floty powietrznej samoloty zostały uznane przez NIK za zakup umniejszający polskie wydatki obronne. Ale wróćmy do okrętów.

Fregaty zamiast korwet

Nowe jednostki dla zabiedzonej przez ostatnie trzy dekady marynarki wojennej miały być drugim co do ważności i kosztów obszarem tzw. Planu Modernizacji Technicznej Sił Zbrojnych. Plan w jego ostatniej wersji został uruchomiony w 2013 r. i obejmował dekadę. Trzonem morskiej części były trzy okręty podwodne, koniecznie z pociskami manewrującymi odpalanymi spod wody, i w sumie 10 bojowych okrętów nawodnych: trzy niszczyciele min, trzy patrolowce, trzy korwety obrony wybrzeża oraz budowany od 2001 r. patrolowiec, który kiedyś miał być nowoczesną wielozadaniową korwetą – Ślązak.

Program nie wspominał o okrętach większych, oceanicznych, klasy fregat. Niestety nawet ten ograniczony plan szybko okazał się zbyt ambitny. Zrealizowanie jego zamierzeń kosztowałoby mniej więcej dwa–trzy razy tyle, ile przewidziano funduszy, i zajęło więcej czasu. Zwłaszcza że koszt priorytetowego programu obrony powietrznej okazał się dużo wyższy od założonego.

Kiedy mniej więcej w 2016 r. było już jasne, że najmniejszy z głównych rodzajów sił zbrojnych (49 okrętów w 2 flotyllach, 1 Morska Jednostka Rakietowa, 1 Brygada Lotnictwa Marynarki Wojennej) nie może liczyć na jakiekolwiek duże fundusze, zaczęły się próby poszukiwania rozwiązań alternatywnych. W lutym 2017 r. pod auspicjami BBN wydano dokument „Strategiczna Koncepcja Bezpieczeństwa Morskiego RP”, w którym bez ogródek plany pozyskania wyłącznie małych okrętów nazwano imitacją potrzebnych zdolności i postulowano pozyskanie dużych, wielozadaniowych okrętów o oceanicznej dzielności morskiej – czyli fregat. Mimo trwającego ówcześnie konfliktu między Pałacem Prezydenckim a MON Antoniego Macierewicza zapytanie do rządu Australii w sprawie fregat Adelajda skierowane zostało w kwietniu. Nie znamy dokładnie ścieżki decyzyjnej ani nazwisk osób pośredniczących, ale mniej więcej wtedy runął plan budowania lub zakupu małych okrętów, a na szersze wody wypłynęły używane fregaty, skoro na zakup nowych i tak nie było pieniędzy.

Czytaj także: Fatalny stan polskich okrętów

Do ojcostwa tego pomysłu – w wypowiedziach publicznych i mniej publicznych – przyznaje się Szymon Hatłas, członek organizacji lobbingowo-eksperckiej o dość mylącej nazwie Rada Budowy Okrętów. Mylącej, bo przecież odkupienie używanych fregat siłą rzeczy nie wpłynie na budowę okrętów w Polsce. A i sam rada na swojej internetowej stronie pisze otwarcie o „odkłamywaniu mitu nowych okrętów jako jedynego remedium na zły stan Marynarki Wojennej”. Opcja fregat zamiast korwet wydaje się zwyciężać być może dlatego, że prezydenckie BBN po dymisji Antoniego Macierewicza odzyskało wpływ na politykę obronną, w tym zbrojeniową.

Okręt duży – okręt lepszy?

I żeby było wszystko jasne – fregaty to nie jest zły pomysł. Polska jako duży i liczący się kraj NATO powinna posiadać okręty wojenne zdolne operować poza Bałtykiem i służące nie tylko obronie terytorium z morza. Powinniśmy być w stanie „obsłużyć” oba natowskie stałe zespoły morskie – okrętów uderzeniowych, a więc wyposażonych w uzbrojenie rakietowe, i okrętów przeciwminowych. Mało tego, jako kraj posiadający marynarkę wojenną musimy brać udział w operacjach na obrzeżach NATO – nie tylko antypirakich, do których wystarczą duże patrolowce, ale także antypodwodnych, do których nieodzowne są oceaniczne fregaty wyposażone w śmigłowce zwalczania okrętów podwodnych i odpowiednio nowoczesne środki wykrywania. Małe korwety typu Miecznik takich zdolności by nie zapewniały. Adelajdy, choć niemłode, przez jakiś czas mogą.

Jest jeszcze jedna zaleta. Fregaty Adelajda to okręty relatywnie duże, mniej więcej dwa razy większe od nieukończonego Ślązaka, na które można załadować sporo uzbrojenia. Dla polskich marynarzy – z tego, co nieoficjalnie słychać – szczególnie ważna jest ich obrona powietrzna. Na pokładzie Adelajd są wyrzutnie pocisków przeciwlotniczych SM-2 i ESSM poza tymi przeciwokrętowymi. Niektórzy porównują więc fregatę do jednostki ogniowej Patriota i baterii rakiet przeciwlotniczych krótkiego zasięgu. Na lądzie miałaby to być nasza przyszła Narew, tylko że jej ciągle nie mamy. Taka Adelajda – na morzu – mogłaby więc bronić obszaru w promieniu do 100 km, a jeszcze byłaby w stanie bronić siebie samej. Z tego punktu widzenia to pływająca bateria przeciwlotnicza. Żadna korweta nie byłaby do tego zdolna, bo po prostu nie udźwignie takiej masy uzbrojenia.

Krytycy pomysłu fregat wskazują, że przy doskonałym uzbrojeniu rakietowym Rosji w operacjach na Bałtyku okręty tej wielkości mają znikome szanse uniknięcia trafienia salwą pocisków z morza czy brzegu. Ćwiczeń takich jednak nikt nie prowadził i dopóki nie nastąpi takie starcie, dopóty jego wynik jest zagadką.

Koszty są zagadką

A więc nic, tylko kupować. Z tym że to nie takie proste. Nie wiadomo bowiem, czy Australia odda nam okręty wraz z rakietami. Najprawdopodobniej nie. Czyli za uzbrojenie trzeba będzie dodatkowo zapłacić. Koszt jednostki ognia – zapasu rakiet na wyrzutnie – to ok. 100 mln dol. na okręt. A jeszcze w grę wchodzą różne interesy. Adelajdy dla Polski stały się w ostatnim czasie obszarem bezwzględnej gry koncernów zbrojeniowych.

Wiadomo, że na zakupie pocisków SM-2 i ESSM skorzysta amerykański Raytheon, już będący beneficjentem rekordowego kontraktu na system obrony powietrznej Wisła. Ale zamiast pocisku przeciwokrętowego Harpoon o wejście na pokład polskich Adelajd stara się norweski Kongsberg z pociskiem NSM, znanym już w Polsce z Morskiej Jednostki Rakietowej. Thales mógłby partycypować w modernizacji radaru okrętowego, a Lockheed Martin dostarczyć bazujące na pokładzie śmigłowce do zwalczania okrętów podwodnych Sea Hawk. Paleta interesów zapewne wykracza poza tę piątkę, ale ona sama wystarczy do zobrazowania, jak wielu globalnych graczy może być zainteresowanych pozornie nieistotnym zamówieniem na używane okręty dla Polski. Wszyscy będą zadowoleni. Może właśnie z tego powodu to zamówienie podobno zbliża się do końca.

Gdzie te polskie stocznie?

Skąd więc wizja zbliżającej się burzy? Bo oczywiście przejęcie używanych fregat z Australii na dłuższy czas odłoży plany budowy nowych okrętów bojowych w polskich stoczniach. Niezależnie od zburzenia narracji rządu PiS o wspieraniu narodowego przemysłu stoczniowego odetnie te firmy od transferu technologii i możliwości współpracy z globalnymi dostawcami w takim zakresie, w jakim posiadają najwięcej kompetencji – budowy kadłubów okrętów. Nie miejmy bowiem złudzeń, polski przemysł stoczniowy nie jest obecnie w stanie być integratorem systemów uzbrojenia.

Nie umie też – wbrew zapewnieniom rządu – budować okrętów podwodnych. Jeśli nie otrzyma rządowego – czyli z kieszeni podatników – wsparcia dla tworzenia zdolności budowy nowoczesnych okrętów nawodnych czy podwodnych, nie będzie mieć szans. Decyzja o pozyskaniu używanych fregat z Australii grzebie lub, w morskiej terminologii, topi nadzieje na uruchomienie programu okrętów nawodnych w perspektywie dekady, a de facto na dłużej. Czy w tym czasie nastąpi uruchomienie wielkiego programu nowych okrętów podwodnych? W to należy wątpić. Ograniczenia budżetowe mówią wprost, że nic znaczącego przed 2022 r. się nie zdarzy. A i później, gdy ruszy program Orka, na nowe fregaty Polski i tak nie będzie stać.

Brak kasy, brak sprzeciwu?

Burza o fregaty nadejdzie, ale może być ograniczona. Prezydent Andrzej Duda w czasie sierpniowej wizyty w Australii ogłosi sukces, MON się pod niego podczepi i załatwi wykonanie budżetu na modernizację. Polskie stocznie skorzystają, ale tylko na remoncie kadłubów starych okrętów z Australii. Resztę dostarczą zagraniczni dostawcy, którzy wyciszą krytykę zastoju w zakupach. Marynarze dostaną ponad 400 etatów w załogach.

Teoretycznie, a nawet w praktyce potencjał polskiej marynarki wojennej wzrośnie. Zwolennicy modernizacji pytać będą o wzrost zdolności przemysłu stoczniowego i przeskok z technologii lat minionych do przyszłości. Ale wobec braku wystarczających funduszy może trzeba się pogodzić z rzeczywistością i postawić na to, co możliwe, zamiast na to, co nierealne.

Zakup używanych okrętów zamiast budowy nowych będzie dla MON porażką tylko częściowo, bo odpowiednio wyposażone zagraniczne fregaty dysponują bezsprzecznie większą siłą ognia niż budowane w kraju korwety. I wypełnią lukę w zdolnościach morskich do czasu, kiedy budżet obronny powinien wzrosnąć na tyle, by realny był zakup nowych okrętów. Prawdziwa modernizacja zostanie opóźniona, ale rzeczywista siła marynarki wojennej w krótkim terminie się zwiększy. Gdy się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma – głosi stare przysłowie. Tym bardziej gdy tego, co by się lubiło, i tak nie ma za co kupić.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

Rozmowa z Davidem Martelo, uczestnikiem rewolucji goździków

O portugalskiej rewolucji goździków sprzed 45 lat opowiada jej uczestnik David Martelo.

Krzysztof Kubiak, Tadeusz Zawadzki
23.04.2019
Reklama