Nadciąga burza o okręty. MON ogłosi „morską transakcję stulecia”?
Według szacunków MON z ubiegłego roku transakcja miałaby pochłonąć nawet 2 mld zł.
Janusz Walczak/Forum

Według szacunków MON z ubiegłego roku transakcja miałaby pochłonąć nawet 2 mld zł.

Jest jeszcze jedna zaleta. Fregaty Adelajda to okręty relatywnie duże, mniej więcej dwa razy większe od nieukończonego Ślązaka, na które można załadować sporo uzbrojenia. Dla polskich marynarzy – z tego, co nieoficjalnie słychać – szczególnie ważna jest ich obrona powietrzna. Na pokładzie Adelajd są wyrzutnie pocisków przeciwlotniczych SM-2 i ESSM poza tymi przeciwokrętowymi. Niektórzy porównują więc fregatę do jednostki ogniowej Patriota i baterii rakiet przeciwlotniczych krótkiego zasięgu. Na lądzie miałaby to być nasza przyszła Narew, tylko że jej ciągle nie mamy. Taka Adelajda – na morzu – mogłaby więc bronić obszaru w promieniu do 100 km, a jeszcze byłaby w stanie bronić siebie samej. Z tego punktu widzenia to pływająca bateria przeciwlotnicza. Żadna korweta nie byłaby do tego zdolna, bo po prostu nie udźwignie takiej masy uzbrojenia.

Krytycy pomysłu fregat wskazują, że przy doskonałym uzbrojeniu rakietowym Rosji w operacjach na Bałtyku okręty tej wielkości mają znikome szanse uniknięcia trafienia salwą pocisków z morza czy brzegu. Ćwiczeń takich jednak nikt nie prowadził i dopóki nie nastąpi takie starcie, dopóty jego wynik jest zagadką.

Koszty są zagadką

A więc nic, tylko kupować. Z tym że to nie takie proste. Nie wiadomo bowiem, czy Australia odda nam okręty wraz z rakietami. Najprawdopodobniej nie. Czyli za uzbrojenie trzeba będzie dodatkowo zapłacić. Koszt jednostki ognia – zapasu rakiet na wyrzutnie – to ok. 100 mln dol. na okręt. A jeszcze w grę wchodzą różne interesy. Adelajdy dla Polski stały się w ostatnim czasie obszarem bezwzględnej gry koncernów zbrojeniowych.

Wiadomo, że na zakupie pocisków SM-2 i ESSM skorzysta amerykański Raytheon, już będący beneficjentem rekordowego kontraktu na system obrony powietrznej Wisła. Ale zamiast pocisku przeciwokrętowego Harpoon o wejście na pokład polskich Adelajd stara się norweski Kongsberg z pociskiem NSM, znanym już w Polsce z Morskiej Jednostki Rakietowej. Thales mógłby partycypować w modernizacji radaru okrętowego, a Lockheed Martin dostarczyć bazujące na pokładzie śmigłowce do zwalczania okrętów podwodnych Sea Hawk. Paleta interesów zapewne wykracza poza tę piątkę, ale ona sama wystarczy do zobrazowania, jak wielu globalnych graczy może być zainteresowanych pozornie nieistotnym zamówieniem na używane okręty dla Polski. Wszyscy będą zadowoleni. Może właśnie z tego powodu to zamówienie podobno zbliża się do końca.

Gdzie te polskie stocznie?

Skąd więc wizja zbliżającej się burzy? Bo oczywiście przejęcie używanych fregat z Australii na dłuższy czas odłoży plany budowy nowych okrętów bojowych w polskich stoczniach. Niezależnie od zburzenia narracji rządu PiS o wspieraniu narodowego przemysłu stoczniowego odetnie te firmy od transferu technologii i możliwości współpracy z globalnymi dostawcami w takim zakresie, w jakim posiadają najwięcej kompetencji – budowy kadłubów okrętów. Nie miejmy bowiem złudzeń, polski przemysł stoczniowy nie jest obecnie w stanie być integratorem systemów uzbrojenia.

Nie umie też – wbrew zapewnieniom rządu – budować okrętów podwodnych. Jeśli nie otrzyma rządowego – czyli z kieszeni podatników – wsparcia dla tworzenia zdolności budowy nowoczesnych okrętów nawodnych czy podwodnych, nie będzie mieć szans. Decyzja o pozyskaniu używanych fregat z Australii grzebie lub, w morskiej terminologii, topi nadzieje na uruchomienie programu okrętów nawodnych w perspektywie dekady, a de facto na dłużej. Czy w tym czasie nastąpi uruchomienie wielkiego programu nowych okrętów podwodnych? W to należy wątpić. Ograniczenia budżetowe mówią wprost, że nic znaczącego przed 2022 r. się nie zdarzy. A i później, gdy ruszy program Orka, na nowe fregaty Polski i tak nie będzie stać.

Brak kasy, brak sprzeciwu?

Burza o fregaty nadejdzie, ale może być ograniczona. Prezydent Andrzej Duda w czasie sierpniowej wizyty w Australii ogłosi sukces, MON się pod niego podczepi i załatwi wykonanie budżetu na modernizację. Polskie stocznie skorzystają, ale tylko na remoncie kadłubów starych okrętów z Australii. Resztę dostarczą zagraniczni dostawcy, którzy wyciszą krytykę zastoju w zakupach. Marynarze dostaną ponad 400 etatów w załogach.

Teoretycznie, a nawet w praktyce potencjał polskiej marynarki wojennej wzrośnie. Zwolennicy modernizacji pytać będą o wzrost zdolności przemysłu stoczniowego i przeskok z technologii lat minionych do przyszłości. Ale wobec braku wystarczających funduszy może trzeba się pogodzić z rzeczywistością i postawić na to, co możliwe, zamiast na to, co nierealne.

Zakup używanych okrętów zamiast budowy nowych będzie dla MON porażką tylko częściowo, bo odpowiednio wyposażone zagraniczne fregaty dysponują bezsprzecznie większą siłą ognia niż budowane w kraju korwety. I wypełnią lukę w zdolnościach morskich do czasu, kiedy budżet obronny powinien wzrosnąć na tyle, by realny był zakup nowych okrętów. Prawdziwa modernizacja zostanie opóźniona, ale rzeczywista siła marynarki wojennej w krótkim terminie się zwiększy. Gdy się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma – głosi stare przysłowie. Tym bardziej gdy tego, co by się lubiło, i tak nie ma za co kupić.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj