Kraj

Gowin walczy o pozycję, straszy czy ostrzega?

Wicepremier, minister nauki Jarosław Gowin Wicepremier, minister nauki Jarosław Gowin Jakub Włodek / Agencja Gazeta
Nie wierzę, że PiS ma tajny plan wyprowadzenia Polski z Unii. Ale partii Jarosława Kaczyńskiego może się to przydarzyć jakoś tak niechcący. Więc w sumie na jedno wychodzi.

Dla przyszłości Polski w Unii kluczowe znaczenie będzie miało toczące się postępowanie przed Trybunałem Sprawiedliwości UE (w skrócie TSUE) w sprawie polskiej ustawy o Sądzie Najwyższym. Na początku sierpnia jeden ze składów orzekających SN zadał europejskiemu trybunałowi pięć pytań dotyczących wpływu tych rozwiązań na niezależność sędziowską. Chodzi przede wszystkim o przyspieszone wysłanie na emeryturę sędziów powyżej 65. roku życia i uzależnienie ich dalszego orzekania od zgody prezydenta. Sędziowie stwierdzili też, że w ramach zabezpieczenia stosowanie kwestionowanych przepisów powinno być zawieszone – do czasu, aż europejski trybunał wypowie się na ich temat.

Swoje postępowanie w sprawie ustawy o SN prowadzi też Komisja Europejska – może się ono zakończyć złożeniem przez Brukselę skargi do TSUE i wszczęciem kolejnego postępowania.

Czytaj także: Ludzie Ziobry, Macierewicza i Leppera kandydują do Sądu Najwyższego

Gowin: zignorować orzeczenie TSUE

Co się wydarzy, jeśli orzeczenie TSUE będzie niekorzystne dla Warszawy i podważy legalność wprowadzanych zmian w Sądzie Najwyższym? Do tej pory nawet najbardziej radykalni przedstawiciele obozu władzy nie chcieli się na ten temat wypowiadać. Zamiast mówić, woleli robić – w ostatnich dniach przyspieszyli obsadzanie miejsc sędziowskich w SN, by zdążyć z przejmowaniem sądu przed orzeczeniem europejskiego trybunału.

To dlatego wszyscy zwrócili uwagę na dzisiejszy głos wicepremiera Jarosława Gowina z tygodnika „Do Rzeczy”: „Jeżeli TSUE dopuści się precedensu i usankcjonuje zawieszenie prawa przez Sąd Najwyższy, to nasz rząd zapewne nie będzie miał innego wyjścia, jak doprowadzić do drugiego precedensu, czyli zignorować orzeczenie TSUE jako sprzeczne z traktatem lizbońskim oraz z całym duchem integracji europejskiej”.

„Mówię to z ubolewaniem jako zwolennik integracji. Unia Europejska jest śmiałym i dalekosiężnym projektem, ale może przetrwać tylko jako Europa ojczyzn” – tłumaczył Gowin i dodał: „Jeżeli Trybunał w Luksemburgu uzna się za instancję władną usankcjonować takie stanowisko grupki polskich sędziów, to będzie to paliwo dla środowisk eurosceptycznych w całej Europie. Zakwestionuje to bowiem fundamentalną dla całej UE ideę suwerenności państw narodowych”.

Czytaj także: Nowa prawica Jarosława Gowina

Unia oparta na przestrzeganiu prawa

Problem w tym, że to Jarosław Gowin dopuszcza się kwestionowania fundamentalnych zasad UE. Jego słowa to niesłychanie mocna deklaracja, płynąca zresztą z ust jednego z przywódców obozu rządzącego i wicepremiera polskiego rządu.

Owszem, każdemu krajowi Unii zdarzają się różnorakie odstępstwa od wspólnych reguł, ale jeśli głos zabiera Trybunał w Luksemburgu, jego wyroki do tej pory zawsze były szanowane. O, przepraszam, był wyjątek – rząd PiS przez krótki czas lekceważył orzeczenia TSUE w sprawie Puszczy Białowieskiej. Ale po zmianie premiera na Mateusza Morawieckiego i wyrzuceniu z rządu ministra środowiska Jana Szyszki zaprzestał tej praktyki.

Dlaczego przestrzeganie orzeczeń europejskiego trybunału jest takie ważne? UE jest projektem opartym na wspólnym prawie i jego poszanowaniu. Sądy, z trybunałem w Luksemburgu na czele, pilnują, by to prawo było przestrzegane. I nie dotyczy to tylko podstawowych zasad zapisanych w traktatach, ale przede wszystkim toczącego się na co dzień obrotu gospodarczego.

Gdyby państwa przestały respektować orzeczenia europejskiego sądu, Unia przestałaby działać jako jeden organizm i straciłaby swój praktyczny sens. Nieprzestrzeganie takich orzeczeń oznacza de facto wypowiedzenie traktatu lizbońskiego i wyjście z Unii.

Na razie PiS nie na rękę

Na plan dalszy schodzą dywagacje, skąd u Gowina takie ostre słowa, skoro do tej pory starał się być ostrożny i pozował na polityka, który łagodzi niektóre najbardziej radykalne zapędy PiS. Czy próbuje się uwiarygodnić w oczach pisowskiego elektoratu? Straszyć europejskich sędziów eskalacją sporu?

Adam Bielan, dużo bliższy Jarosławowi Kaczyńskiemu polityk prawicy, umniejsza wagę słów Gowina. „To deklaracja czysto publicystyczna, tym bardziej że premier Gowin nie odpowiada za negocjacje z Unią Europejską w tej sprawie” – powiedział w TOK FM. (Co ciekawe, Bielan formalnie jest zastępcą Gowina w Porozumieniu, kanapowej partii wicepremiera).

PiS bardzo nie na rękę byłoby ogłoszenie teraz, że może wyprowadzać Polskę z Unii. Rozpoczęła się kampania samorządowa, a jej ważnym elementem jest dyskusja wokół lokalnych inwestycji, prowadzonych przede wszystkim za unijne pieniądze. Głupio byłoby mówić: tyle zbudowaliśmy za europejskie fundusze, ale musimy z tej Unii wyjść. Tym bardziej że zdecydowana większość Polaków popiera członkostwo we Wspólnocie.

Wyjść z Unii niechcący

Część publicystów głosi tezę, że w PiS istnieje tajny plan wyprowadzenia Polski z UE. Ja nie wierzę w istnienie takiego planu. Politycy prawicy są w sprawie Europy mocno podzieleni: niektórzy są mocno antyeuropejscy i chętnie by z Unii wyszli, inni doceniają polskie członkostwo, choć przede wszystkim od materialnej strony (dużo mówi o tym np. Mateusz Morawiecki). Jarosław Kaczyński lawiruje między tymi postawami, deklarując z jednej strony, że chce w Unii pozostać, a z drugiej – że razem z Viktorem Orbánem będzie ją zmieniać na swoją modłę.

Wierzę natomiast w prawdopodobieństwo innego scenariusza – że PiS wyprowadzi Polskę z Unii jakoś tak niechcący. W toku nadchodzących kampanii wyborczych inne cele polityczne, np. zmiany w sądownictwie, mogą się okazać dla partii Jarosława Kaczyńskiego ważniejsze niż pozostawanie we wspólnocie europejskiej. I przy okazji któregoś ze sporów z Brukselą PiS zalicytuje tak wysoko, że wyjście z Unii będzie jedynym możliwym rozwiązaniem. Niestety, sprawa respektowania orzeczeń TSUE może być właśnie takim przypadkiem.

Reklama

Czytaj także

Kraj

Prof. Marcin Król: Obyśmy znów nie byli głupi

Prof. Marcin Król, historyk idei, o tym, że czeka nas koniec starego świata i nic dobrego z tego na razie nie wyjdzie.

Jacek Żakowski
01.01.2019
Reklama