Kraj

Trzy kwestie, które pomogą zrozumieć zamieszanie z odstrzałem dzików

Demonstracja STOP rzezi dzików Demonstracja STOP rzezi dzików Adam Stępień / Agencja Gazeta
Gorącej dyskusji o dzikach towarzyszy narastający chaos. Sprzyja mu to, że spór toczy się hermetycznym językiem i to wziętym z kilku słowników: myśliwskiego, rolniczego, weterynaryjnego i biologicznego.

Nie pomaga wrażenie rozproszonej odpowiedzialności. Problemem zajmują się ministrowie rolnictwa i środowiska oraz podległe im agendy, w tym Lasy Państwowe i Polski Związek Łowiecki. Skądinąd rząd PiS tę mętną wodę zamaszyście bełcze, postępuje tak regularnie w przypadku konieczności zarządzenia wrażliwą społecznie kwestią związaną ze środowiskiem naturalnym. Klasycznym przykładem tej metody jest jego postawa w Puszczy Białowieskiej.

Jednocześnie wiąże się kwestię odstrzału z Komisją Europejską, podrzuca zagraniczne przykłady. Nie bez znaczenia są interesy. I przyrody (bo dzik odgrywa w niej ważną rolę), i zagranicznej branży trzody chlewnej, która liczy na potknięcie polskich hodowców. Chciałaby, żeby to w Polsce afrykański pomór świń wyhamował swój marsz na Zachód, niezależnie od rodzaju i drastyczności metody przyjętej przez polskie władze.

Przyglądamy się trzem kwestiom w nadziei, że pomoże to rozeznać się w sytuacji.

Czytaj także: Czy protesty przeciw rzezi dzików mają dla PiS znaczenie?

1. Ile jest dzików w Polsce

Nikt nie wie dokładnie. Porządne liczenie dzików na obszarze całego kraju byłoby operacją wykonalną, niemniej wymagałaby ona profesjonalnej metodologii i zaangażowania dużej liczby osób, by spenetrowały wszystkie miejsca, gdzie dziki żyją. Bo te przebywają nie tylko w lasach. Wynik i tak byłby obarczony sporym błędem.

Minister rolnictwa Jan Krzysztof Ardanowski przyznał w niedawnym wywiadzie dla Radia Wnet, że dostępne mu dane są wybitnie nieprecyzyjne. Przywołał szacunki mówiące o tym, że dzików może być od 200 tys. do pół miliona, „a może jeszcze więcej”. Zwolennicy odstrzału przytaczają dane o liczbie zabitych zwierząt w minionych latach. Bywały sezony łowieckie, gdy zabijano więcej niż 200 tys. i dziki mają się nieźle. Więc licytacja trwa.

Tzw. obrońcy dzików, mający duże wsparcie naukowców, zwracają uwagę, że odstrzał prowadzony w najbliższych tygodniach ma za zadanie doprowadzić do wybicia dzików niemal do nogi. W lipcu zeszłego roku Rządowy Zespół Zarządzania Kryzysowego zarekomendował, aby na wschód od Wisły pozostało 0,1 dzika na km kw. Postulował też „maksymalne” zmniejszenie liczby dzików przy głównych szlakach komunikacyjnych. Docelowy wskaźnik dla terenów na Zachód od Wisły to 0,5 dzika na km kw.

Czytaj także: Weterynarze mają dość

2. Strzelanie do loch

W sierpniu zeszłego roku minister środowiska zmienił rozporządzenie o okresach polowań, pozwolił, by dziki zabijać przez cały rok. Bez względu na wiek, płeć i sytuację rodzinną, np. obecność młodych przy starszych dzikach. Co więcej, sekretarz stanu w resorcie środowiska Małgorzata Golińska wprost domaga się od myśliwych, aby strzelali właśnie do samic. Głównie dlatego, że za chwilę będą rodzić się małe dziki.

W minionych latach lochy podlegały okresom ochronnym, można było na nie polować od 1 września do 15 stycznia. Ale po pojawieniu się w Polsce ASF poprzedni rząd zrobił wyjątki. W grudniu 2014 r. minister środowiska w rządzie PO-PSL pozwolił na całoroczny odstrzał loch w województwie podlaskim (tam ASF wystąpił najpierw) i znacznie skrócił okresy ochronne dla reszty kraju. Rozporządzenie obowiązywało do końca 2016 r.

W puszczach Podlasia dziki stały się jednymi z najrzadszych dużych zwierząt, łatwiej spotkać np. łosia, ale zabieg ten nie zatrzymał pochodu ASF. Co wskazuje, że za zachorowania świń w gospodarstwach odpowiedzialny jest tzw. czynnik ludzki, zwłaszcza niewystarczające zabezpieczenie hodowli przed przeniesieniem wirusa z dzików na świnie. Dowodem, że tzw. bioasekuracja działa, jest fakt, że od września nie stwierdzono ognisk choroby w chlewach, mimo że przybywa przypadków zarażonych dzików w lasach, na polach i łąkach.

Czytaj także: Minister rolnictwa zachęca do odstrzałów, ASF idzie dalej

Niemcy i Unia Europejska

Zarówno zwolennicy „depopulacji” dzików, jak i przeciwnicy zabijania przywołują przykład niemiecki. Funkcjonujący w mediach społecznościowych profil Nasze Lasy, przedstawiający się jako „alternatywa do zakrojonej na szeroką skalę propagandy Lasów Państwowych”, pisze, że w Niemczech w obecnym sezonie zabito ponad 800 tys. dzików, ok. 40 proc. więcej niż zwykle, ale w Niemczech dzików jest znacznie więcej. Szacunki (wiemy, jak do nich podchodzić) mówią o populacji 3–5 mln. Choć według polskiego ministra rolnictwa dzików w Niemczech jest „bardzo mało”.

Nasze Lasy stwierdzają również, że nie ma żadnego stanowiska Komisji Europejskiej wychwalającego polskie władze za odstrzał dzików – „jest tylko wypowiedź anonimowego urzędnika KE, zacytowana przez dziennikarkę RMF”.

Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Społeczeństwo

Dr Joanna Wardzała o pokoleniu 20-latków odrzucających konsumpcyjny styl życia rodziców

Rozmowa z dr Joanną Wardzałą, socjolożką i badaczką zachowań konsumpcyjnych, o tym, dlaczego dzisiaj młodzi ludzie nie chcą kupować i gromadzić dóbr.

Joanna Podgórska
12.11.2019
Reklama