Leszek, syn premiera
Zdolny, rzutki, towarzysko atrakcyjny – bez kompleksów i bez skrępowania. Dobrze wpisał się w swoje czasy.
Leszek Miller z synem Leszkiem. 8 października 2000 roku, Warszawa, Dom Chłopa. Sztab wyborczy Aleksandra Kwaśniewskiego.
fot. Andrzej Iwanczuk/Reporter

Leszek Miller z synem Leszkiem. 8 października 2000 roku, Warszawa, Dom Chłopa. Sztab wyborczy Aleksandra Kwaśniewskiego.

27 sierpnia 2018 r. w wieku 48 lat zmarł syn byłego premiera Leszka Millera. Prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie „doprowadzenia namową lub przez udzielenie pomocy do targnięcia się na własne życie”.

***

Artykuł ukazał się w POLITYCE w lipcu 2006 r.

Piątek 13 czerwca Leszek Miller junior spędził przed telewizorem. Obserwował sejmową batalię swego ojca o utrzymanie fotela premiera. Odetchnął z ulgą, gdy podano wyniki głosowania w Sejmie. Chociaż dla niego może lepiej by było, gdyby Miller nie był już szefem rządu. Może wtedy Junior mógłby wreszcie zostać osobą prywatną.

Gdy działacze SLD rozmawiają o Leszku Millerze juniorze, nie używają nazwiska. Mówią: Junior, Młody, On. Choć Miller junior związany jest z ich środowiskiem od lat (sam nie należy jednak do SLD), niewiele o nim wiedzą. – Kanclerz trzyma go trochę z boku. Z jednej strony Junior bywa na imprezach SLD, z drugiej – nie jest w bliskich stosunkach z nikim z Sojuszu – mówi działacz SLD, rówieśnik Millera juniora. Leszek Miller wciąż opowiada mediom o swojej wnuczce Monice, ale o synu jedynaku prawie nie wspomina.

Edward Kuczera, skarbnik SLD, jeden z najbliższych współpracowników premiera Millera w partii, jest jedną z niewielu osób, które w ogóle godzą się na temat Juniora rozmawiać. Ale i on niewiele może o nim powiedzieć: – Zdolny, rzutki, towarzysko atrakcyjny – bez kompleksów i bez skrępowania. Dobrze wpisał się w swoje czasy. Nie trzyma się stanowisk urzędniczych, chce coś robić na własną rękę.

Junior jest uważany za tubę nasłuchową premiera Millera. Ma mu powtarzać plotki zasłyszane na warszawskich i okolicznych salonach. A ojciec potem tylko te plotki weryfikuje. – Ci, którzy nie wiedzą o tym nasłuchu, podziwiają premiera za przenikliwość. Ale są też tacy, którzy doskonale zdają sobie z tego sprawę i nauczyli się ten kanał informacyjny wykorzystywać. Podrzucają Młodemu albo któremuś z jego przyjaciół to, co chcieliby, żeby dotarło do premiera – mówi poseł SLD z wieloletnim doświadczeniem w Sejmie i partii. Miller junior twierdzi, że właśnie przez to, że wie za dużo o rozmaitych interesach ludzi lewicy, słynna „grupa trzymająca władzę” przypuściła na niego nagonkę w mediach.

Kariera absolwenta SGH

Leszek Miller ukończył ekonomikę produkcji w Szkole Głównej Handlowej. Wkrótce po uzyskaniu dyplomu w lipcu 1996 r. został wiceprezesem firmy Fly&Drive – właściciela taksówek obsługujących Okęcie. Jej większościowym udziałowcem była wówczas spółka Sobiesław Zasada Centrum SA, część udziałów należała do państwowych Portów Lotniczych. Prezesem był Jerzy Siwicki, syn Floriana Siwickiego – peerelowskiego ministra obrony narodowej. Junior nie ukrywa, że pierwszą pracę dostał dzięki politycznym koneksjom. – Nie pamiętam już, kto polecił mnie wówczas Zasadzie. Prawdopodobnie był to Andrzej Pęczak, bo chyba ze znanych mi wówczas osób tylko on był blisko z Zasadą – mówi. Andrzej Pęczak, wówczas wojewoda, a potem wiceminister Skarbu Państwa, był udziałowcem jednej ze spółek Zasady, a jako minister podjął kilka decyzji prywatyzacyjnych korzystnych dla tego biznesmena.

Miller pracował we Fly&Drive tylko pół roku – potem spółka została zlikwidowana.

Pod koniec rządów poprzedniej koalicji SLD-PSL w sierpniu 1997 r. Miller został zatrudniony jako pełnomocnik do spraw kapitałowych zarządu Dolnośląskiej Spółki Inwestycyjnej KGHM Polska Miedź. Jest to jeden z dwu funduszy inwestycyjnych KGHM, zarządzających jej 37 spółkami. Sprawę opisała pięć lat temu „Gazeta Wrocławska”. Dziennikarze dotarli do umowy między DSI KGHM, z której wynikało, że Junior miał „reprezentować DSI wobec potencjalnych akcjonariuszy i prowadzić negocjacje kapitałowe”. W umowie zapisano, że „faktyczny czas pracy pełnomocnika wyznaczany jest wymiarem zadań i obowiązków bez szczególnej rejestracji i może być przez pełnomocnika organizowany samodzielnie”. Innymi słowy mógł nie pokazywać się w ogóle w siedzibie firmy, która go zatrudnia. Dostawał za to 5 tys. zł i – dodatkowo – premię uznaniową. Pełnomocnikiem był do grudnia 1997 r. Za rządów AWS-UW zmienił się zarząd DSI KGHM. Nowy prezes Ryszard Kabat mówił wówczas „Gazecie Wrocławskiej”: „Być może konsultacje pana Millera były bezcenne dla firmy, w dokumentach brak jest jakiegokolwiek śladu świadczącego o efektach pracy pełnomocnika”.

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj