Rabaty na prenumeratę cyfrową Polityki

40% lub 50%

Subskrybuj
Kraj

Szara i czarna propagranda PiS

Premier Mateusz Morawiecki na wschodniej granicy. Listopad 2021 r. Premier Mateusz Morawiecki na wschodniej granicy. Listopad 2021 r. Adam Guz / Kancelaria Prezesa RM
Spora część programowych proklamacji tzw. dobrej zmiany ma charakter propagrandy (pozwalam sobie stworzyć takie pojęcie), której dobrym przykładem jest nachalne wieszczenie sukcesów, często humorystyczne czy też tragikomiczne.

„Słownik języka polskiego” wyjaśnia, że propaganda to (1) szerzenie jakichś poglądów, haseł politycznych itp. mające na celu pozyskanie zwolenników, (2) technika sterowania poglądami i zachowaniami ludzi polegająca na celowym, natarczywym, połączonym z manipulacją oddziaływaniu na zbiorowość.

Pierwsze znaczenie jest neutralne – nie ma niczego nagannego w szerzeniu takich lub innych poglądów w celu pozyskiwaniu zwolenników. Jest to niezbędna aktywność w każdej społeczności zorganizowanej w jakiś sposób, np. politycznie. Rozwój środków masowego przekazu czyni propagandę nieuniknioną. Znaczenie drugie ma już inny charakter z uwagi na obecność takich słów jak „natarczywy” lub „manipulacja”, które wyrażają oceny negatywne.

Propaganda szara i czarna

W Wikipedii czytamy: „Propaganda (od łac. prōpāgāre – rozszerzać, rozciągać, krzewić) – celowe działanie zmierzające do ukształtowania określonych poglądów i zachowań zbiorowości ludzkiej lub jednostki. Propaganda często jest kojarzona z materiałami przygotowywanymi przez władze danego kraju w celu krzewienia pozytywnych postaw, jak np. zachęcanie do wstępowania do wojska celem obrony kraju w czasie wojny. (...) W XX wieku termin propaganda często wiązał się z podejściem manipulacyjnym z uwagi na używanie jej przez totalitarne reżimy, ale historycznie propaganda jest neutralnym terminem opisowym. Propagandę można kwalifikować jako białą, szarą lub czarną: biała propaganda otwarcie ujawnia swoje źródło i zamiar; szara propaganda ma niejednoznaczne lub nieujawnione źródło i intencje; czarna propaganda jest publikowana przez wroga lub ma sprawiać wrażenie, że została stworzona przez tych, których ma zdyskredytować”.

Z potocznego punktu widzenia propaganda ma na ogół konotacje wartościujące i negatywne. Dalej: wprawdzie propagandowe poczynania w reżimach totalitarnych miały wyjątkowy charakter manipulacyjny i prawie całkowicie podpadały pod model czarnej lub szarej, to nie jest tak, że inne ustroje posługiwały się tylko białą. Rzadko, o ile kiedykolwiek, propaganda miała charakter całkowicie bezinteresowny, a w rzeczywistości mamy kontinuum jej odcieni od białej (przypadek raczej idealny) poprzez szarą do czarnej. Pozwalam sobie wprowadzić pojęcie propagrandy, tj. szerzenia poglądów przy pomocy propagandowej grandy (w potocznym sensie, a nie wskazującym na arystokratyczny tytuł hiszpański), mającej znamiona wielkiej, z reguły oszukańczej manipulacji: czarnej lub szarej w wyżej zaznaczonym sensie.

Czytaj też: Lekcja białoruska. Czy opozycja musiała przegrać to starcie z PiS?

Od rozbiorów nie mieliśmy takich sukcesów

Twierdzę, że spora część programowych proklamacji tzw. dobrej zmiany ma charakter propagrandy, której dobrym przykładem jest nachalne wieszczenie sukcesów, często humorystyczne czy też tragikomiczne. Przypomnę stary dowcip o radzieckim komunikacie na temat wyniku wyścigu automobilowego pomiędzy reprezentantem USA a reprezentantem ZSRR: „Nasz zawodnik zajął zaszczytne drugie miejsce, a Amerykanin był przedostatni”.

A oto niedawne przykłady z rodzimej łączki. Pan Kowalczyk, minister rolnictwa, oświadczył: „Na święta ceny żywności nie spadną, bo one jeszcze tak nie wzrosły. One pewnie będą rosły w następnym etapie, bo wzrastają ceny środków do produkcji rolnej”. Z drugim zdaniem można się zgodzić pod warunkiem, że nie wprowadzi się, o ile to możliwe, mechanizmów łagodzących, np. obniżki podatku VAT, ale pierwsza jest komiczna, gdyż od razu powstaje pytanie, o ile mają wzrosnąć, aby już dalej były na tym samym poziomie. Propagranda p. Kowalczyka ma na celu usprawiedliwianie postępującej drożyzny artykułów spożywczych.

Szef NBP p. Glapiński wyznał, że jest najlepszym prezesem banku centralnego na świecie, chociaż w rankingu magazynu „Global Finance” został uznany za najgorszego w UE. NBP widzi rzecz tak: „Tymczasem [polskie] banki są w doskonałej kondycji, bo ich klientów omija bezrobocie. W Polsce ani jeden bank nie upadł. Banki już odrobiły straty kryzysu. Finanse państwa są w dobrej kondycji. (...) Taki to ranking robiony przez bankierów, z poradą dla kapitału zagranicznego, gdzie można aktualnie najlepiej zarobić”.

Ten kawałek propagrandy ma poświadczyć finansowe sukcesy tzw. dobrej zmiany, ponoć, przynajmniej p. Glapiński tak zapewnił, największe, bo „utrzymaliśmy wzrost płac i wszystkie te elementy, o które rząd cały czas dbał. Płaca minimalna się podniosła niesamowicie, wyeliminowaliśmy skrajną biedę, (...) w Polsce jest wszystko, (...) 100-proc. bezpieczeństwo, typowe dla zachodniego ładu. (...) Nasze środki są już ogromne. Bez środków zagranicznych jesteśmy w stanie dokonać rozbudowy energetyki jądrowej. (...) Od czasów rozbiorów nie mieliśmy takich sukcesów”.

Krótko mówiąc, zajmujemy zasłużone pierwsze miejsce, a Zachód jest zaszczytnie przedostatni. Pan Zbyszek (pardon za poufałość) zaskarżył w tym miesiącu decyzję sądu administracyjnego o odmowie rejestracji Marszu Niepodległości jako imprezy cyklicznej. Uzasadnienie jest w samej rzeczy wielce zabawne, bo motywowane względem na „grożącą nieodwracalną szkodą przejawiającą się w uniemożliwieniu organizacji patriotycznego wydarzenia o bogatej tradycji w ważną narodową rocznicę”.

Być może chodzi o powtórzenie hasła „Śmierć lewackiej kur...”, które podwładni p. Ziobry uznali za wyrażenie poglądów w rozumieniu „konstytucyjnej zasady określonej w art. 54 Konstytucji RP i z tego też względu nie może być uznane za wypełnienie znamion czynu zabronionego”.

Czytaj też: Szóstka (prawie siódemka) Glapińskiego. Inflacja najwyższa od 20 lat

Mamy w genach gen sprzeciwu

Podane przykłady są tragikomiczne, ale bywa, że propagranda jest wręcz złowroga. Nie wiadomo, jak rozwinie się obecna pandemia i jakie skutki przyniesie, zwłaszcza w kontekście dość ograniczonych możliwości polskiej służby zdrowia. Na razie jesteśmy na 23. miejscu w Europie pod względem szczepień i wysokim w przyroście zakażeń i zgonów (oficjalne dane są zapewne nieadekwatne).

Pytanie o nowe restrykcje jest więc zasadne. Pan Niedzielski, minister zdrowia, wyjaśnia: „Nie zaostrzamy restrykcji, stawiamy na egzekucję obecnych. Niewprowadzanie restrykcji to ukłon w kierunku osób zaszczepionych, by nie ponosiły konsekwencji nieodpowiedzialnych decyzji ze strony osób niezaszczepionych”. Wtóruje mu p. Kraska (niegdyś wsławiony spłaszczaniem stożków modelujących przebieg pandemii): „Jesteśmy kulturalnie inaczej uwarunkowani, od wielu lat mamy w genach gen sprzeciwu”.

A p. Dera gdera (w imieniu p. Dudy?), że trzeba zachęcać, przekonywać, ale nie przymuszać. Znaczy, że funkcjonariusze państwowi odpowiedzialni za zdrowie i w wielu przypadkach życie swoich współobywateli godzą się ze wzrostem transmisji wirusa, coraz większej wśród młodzieży.

Stosownie do tego tacy majstrowie jak np. p. Czarnek od dłuższego czasu zapowiadają, że nie ma mowy o powszechnym wprowadzeniu zdalnego, niestacjonarnego trybu nauczania w szkołach. O co więc biega, zważywszy że dotychczasowe restrykcje nie są respektowane w bardzo wielu przypadkach? Wprowadzenie nowych musiałoby dotknąć rejony, gdzie PiS ma stosunkowo wysokie poparcie. Dalej: zdecydowanymi przeciwnikami nowych obostrzeń są konfederaci (konfederacje były jednym z największych nieszczęść I Rzeczpospolitej i najwyraźniej nadal tak jest) i inni prawicowi radykałowie, a jak pokazują ostatnie tygodnie, poparcie dla tych ugrupowań zaczyna być dla tzw. dobrej zmiany rzeczą politycznego życia i śmierci, i to z dwóch powodów. Po pierwsze, struktury głosów w Sejmie, a po drugie – rywalizacji o wyborców.

Czytaj też: PiS gra naszym zdrowiem i życiem

Trudno nie zauważyć, że p. Niedzielski i jego przełożeni stawiają doraźny zysk polityczny ponad żywotny interes społeczny. Tak trzeba traktować zapewnienia, że Boże Narodzenie nie jest zagrożone pandemią. Eksperci śmieją się z tego rodzaju prognoz – a rzecz nie w tym, kto ma rację, ponieważ okaże się to za miesiąc, ale w wymogach najzwyczajniejszej racjonalności polegającej na poważnym braniu pod uwagę najczarniejszego scenariusza.

Ten przykład karygodnego postępowania, równocześnie głupiego i cynicznie wyrachowanego, dobrze ilustruje to, że propagranda ułatwia demagokrację (termin wprowadzony w felietonie „Demagokracja, czyli władza przy pomocy demagogii”), wspomaganej tym, co kiedyś nazwałem pisią chytrością, czyli „wprowadzaniem społeczeństwa w błąd dla zrealizowania własnych celów politycznych”.

Polska dyplomacja czyni zabiegi

Dobrych przykładów triady „Propagranda–Demagokracja–Pisia chytrość dostarczają poczynania tzw. dobrej zmiany na granicy polsko-białoruskiej. Dobrozmieńcy prowadzili od początku grę polegającą na przekonywaniu, że bronimy granicy państwa, ale także rubieży UE, a czynimy to w związku z agresją reżimu Łukaszenki, wykorzystującego migrantów przywożonych na Białoruś, a po cichu wspomaganego przez Rosję.

Było łatwe do przewidzenia, że pojawią się rozmaite prowokacje ze strony białoruskiej, nawet paramilitarne czy z niesymbolicznym użyciem broni palnej, oraz kryzys humanitarny, niezależnie od tego, czy przybysze z Azji i Afryki byli kobietami w ciąży, dziećmi czy, jak trąbili propagrandziści m.in. z TVP(Dez)Info, „młodymi byczkami, modnie ubranymi, ze smartfonami w garści”.

Pomijając bardziej globalne cele Rosji (Białoruś jest tylko narzędziem), np. osaczenie Ukrainy, tzw. wojna hybrydowa miała skompromitować Polskę jako kraj niespecjalnie zdolny do obrony granicy „europejskiej”, a także uchylający się od pomocy niektórym uchodźcom. Od początku wskazywano, że akcji „Śluza” (kryptonim stosowany w białoruskich służbach specjalnych) należy się przeciwstawić przez umiędzynarodowienie problemu, np. skorzystać z pomocy Fronteksu, tj. specjalnej agencji powołanej do ochrony unijnych granic. To prawda, że nie jest to formacja typu wojskowo-policyjnego, ale ma możność organizowania wielonarodowych oddziałów efektywnie pełniących służbę nadgraniczną.

Co na to nasi „stratedzy”? Przekonywali, że angażowanie Fronteksu jest niewskazane, ponieważ świadczyłoby o tym, że sami sobie nie potrafimy poradzić. Owszem, p. Morawiecki, jak przystało na handlarza pokościelnym mieniem bezspadkowym, łaskawie zgodził się na przyjęcie pomocy finansowej, ale raczej milczał o innej. Pani Zalewska posunęła się nawet do takiej bzdury, że polska straż graniczna automatycznie składa się z funkcjonariuszy Fronteksu. W ostatnich dniach sprawa została umiędzynarodowiona, napięcie zelżało (co wcale nie znaczy, że nie wzrośnie), napływ nowych migrantów jest ograniczony, niektórzy dawni wracają do swych krajów, rozważa się także poważniejsze sankcje wobec Białorusi. Dobrozmieńcy opowiadają, że są to niewątpliwe sukcesy polskiej dyplomacji, która skłoniła Zachód do działania.

Jak zapewnia p. premier: „Oprócz naszych żołnierzy, straży granicznej i polskiej policji nieustannie pracuje polska dyplomacja. Czynimy zabiegi i prowadzimy rozmowy na najwyższych szczeblach, by rozwiązać problem nielegalnej migracji od strony systemowej i na zasadzie międzynarodowego porozumienia. Tylko na drodze współpracy wielu państw, które są ofiarami nielegalnych działań Łukaszenki, jesteśmy w stanie poradzić sobie z zagrożeniami i jednocześnie pomóc ofiarom wojny hybrydowej wrócić do swoich krajów”.

I znowu jesteśmy, ale tylko wedle propangrandzistów, zasłużenie liderem (także w przerzucaniu ciężarnych kobiet przez zasieki?), a reszta zajmuje zaszczytne drugie miejsce.

Czytaj też: Kryzys na granicy to ostatnie ostrzeżenie dla Polski

Igraszki historii i kolacje błaszczakowskie

Większość komentatorów uważa, że poczynania tzw. dobrej zmiany wobec wydarzeń na granicy polsko-białoruskiej są rezultatem niekompetencji i/lub pychy. Jeden z bezwarunkowo propisowskich internautów napisał: „Państwo polskie nie ma wyboru, musi bronić granicy i suwerenności. Granica RP to granica UE, ale jeśli oddamy obronę granic innym, to stracimy suwerenność. Kolejny raz przez igraszkę historii Polacy zostali zmuszeni do wzięcia swoich spraw w swoje ręce”.

Pan Błaszczak, gdy dowiedział się o informacjach o niedożywieniu pograniczników, za(r)aportował: „Rozmawiałem z żołnierzami z 12. Brygady Zmechanizowanej, zjadłem z nimi kolację, gdyż chciałem zweryfikować to, co można przeczytać na niektórych portalach, usłyszeć od pewnego emerytowanego generała”. Cóż, dalej mamy, choćby sami, nie oddać guzika. Były w Rosji wsie potiomkinowskie, są u nas kolacje błaszczakowskie. Jest jednak i inny motyw, typowy dla pisiej chytrości. Dobrozmieńcy trafnie zauważyli (rzadko im się zdarza, ale bywa i tak), że przygraniczna sytuacja stworzy im wygodne ramy do atakowania KE, niektórych państw zachodnich i opozycji.

Pani Szydło „zabeciała”, chyba dla zapunktowania u Jego Ekscelencji (zaczyna się gonitwa w sprawie kandydowania na fotel po p. Dudzie): „Przeznaczenie przez Komisję Europejską 700 tys. euro na pomoc dla sprowadzanych przez Białoruś migrantów jest działaniem na rzecz Łukaszenki. To gest zły i kompletnie bezmyślny, szczególnie w kontekście braku realnej pomocy KE dla setek więźniów politycznych na Białorusi”.

Ciągle słychać dobrozmienne głosy, że bezpośrednie rozmowy, np. p. Merkel z Łukaszenką, to dywersja wobec europejskiej jedności, a także białoruskiej opozycji, gdyż legitymuje go jako prawowitego prezydenta Białorusi. Wedle przecieków ze skrzynki mailowej p. Dworczyka p. Zalewska miała skierować do p. Morawieckiego pytanie, czy polscy eurodeputowani mają „bardziej akcentować nieudolność Komisji [Europejskiej]”. Wprawdzie rzecz miała dotyczyć tempa szczepień, ale ewentualna troska pytającej jejmości dobrze koresponduje z „graniczną” (faktycznie bezgraniczną) pisią chytrością.

Czytaj też: Relacja Błaszczaka znad talerza. Co je żołnierz polski na granicy?

Polacy to naród dobry, za dobry

O sabotażu (np. happeningi na granicy, plucie na mundur, kłamstwa o braku pomocy humanitarnej, donosy za granicę) opozycji wobec jedynie słusznej polityki wiadomo od dawna. Tej narracji ma służyć zakaz pracy dziennikarzy w terenie objętym stanem wyjątkowym. Jego Ekscelencja podsumował rzecz 11 listopada w dobitny sposób: „Mamy obok frontu zewnętrznego także ten wewnętrzny. Nie chodzi już tylko o polityków, chociaż to oni często za tym stoją. Chodzi także o oddziaływanie sił zewnętrznych. (...) W czasie kryzysów strzeżcie się agentów. Trzeba się strzec, trzeba ich rozpoznawać i wiedzieć, że ta bitwa, która się w tej chwili toczy, to jest bitwa przede wszystkim o świadomość. (...) Chodzi o to, by odwołując się (...) do pięknego uczucia, jakim jest empatia, doprowadzić do skruszenia naszego oporu. To się nie może udać. Polacy są dobrym narodem, czasem nawet za dobrym i zbyt łatwo wybaczającym. Ale ta dobroć to nie może być słabość. Musimy pamiętać, że to wszystko, co czynimy na granicy, jest całkowicie w zgodzie z tą zasadą, którą można wywieść z empatii: ci, którym trzeba pomóc, tę pomoc otrzymują”.

Gadka p. Kaczyńskiego o agentach i dwóch frontach do złudzenia przypomina propagrandę z lat stalinowskich. Wtedy też prawiono, jaki to dobry jest polski lud pracujący miast i wsi, jak pomaga wszystkim, którzy tego potrzebują, natomiast milczano o losie ciężarnych żon kułaków. W czasie globalizacji migranci zastąpili rodzimych wrogów klasowych, ale złowroga zapowiedź bitwy o świadomość – pozostała.

Czytaj też: Jak działa białoruska propaganda

Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Polityka przy stole. Symulator kampanii wyborczej i inne planszówki

Kogo znane na co dzień z ekranów i gazet polityczne spory nadal bardziej ekscytują, niż męczą, może sprawdzić swoich sił w ich wersji pudełkowej. Uwaga – wciągają jak prawdziwe.

Michał Klimko
25.11.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną