Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Kraj

„Dziwna wojna” w PiS. Morawiecki policzył szable, Kaczyński złowrogo milczy. Skończy się rozłamem?

Jarosław Kaczyński i Mateusz Morawiecki Jarosław Kaczyński i Mateusz Morawiecki Andrzej Lange / PAP
Napięcie rosło, pojawiły się przecieki o ultimatum Kaczyńskiego, ale skończyło się wymuszoną jednością na pokaz. Mimo ostrzegawczych pomruków z otoczenia prezesa Mateusz Morawiecki założył odrębne od PiS stowarzyszenie, ale w partii włos mu z głowy nie spadł. Cisza przed burzą?

W środę wieczorem Prawo i Sprawiedliwość w rekordowym tempie pokonywało kolejne szczeble drabiny eskalacyjnej. Po nieoficjalnych informacjach, że Mateusz Morawiecki zarejestrował swoje stowarzyszenie, dziennikarze przekazali, że prezes Jarosław Kaczyński postawił partyjnym podwładnym ultimatum: kto się tam zapisze, ten może zostać zawieszony i mieć kłopoty z miejscem na listach w wyborach parlamentarnych. Otoczenie Morawieckiego te doniesienia dementowało, wskazując, że domniemane groźby to krecia propaganda „maślarzy”, czyli frakcji Przemysława Czarnka, Tobiasza Bocheńskiego i Patryka Jakiego.

Ale na to, że gniew prezesa rośnie, wskazywały oficjalne wypowiedzi osób z jego bliskiego otoczenia.

Czytaj też: Wyścig do centrum. Odstawiony do kąta Morawiecki i dołujący PSL. Czy ten flirt ma szansę?

Udział nie służy dobru partii

„Stowarzyszenie może być wykorzystane, i z całą pewnością będzie wykorzystane, jako forma dezintegracji środowiska politycznego Prawa i Sprawiedliwości” – stwierdził w Polsacie Mariusz Błaszczak. „Zdecydowana większość władz partii wyraziła swoje zaniepokojenie inicjatywą stowarzyszenia, zwłaszcza teraz, kiedy jedność jest szczególnie potrzebna. Udział w tym przedsięwzięciu nie służy dobru partii” – to już komentarz rzecznika PiS Rafała Bochenka dla Polskiej Agencji Prasowej.

Mimo tych jednoznacznych sygnałów ludzie Morawieckiego nie przestraszyli się i nie odpuścili. Najpierw sam były premier potwierdził w wypowiedzi dla Wirtualnej Polski, że stowarzyszenie powstało i nazywa się Rozwój Plus. Chwilę później swój akces do nowej organizacji zaczęli zgłaszać w mediach społecznościowych kolejni prominentni posłowie związani z Morawieckim, m.in. Michał Dworczyk i Janusz Cieszyński. Do dziennikarzy szybko trafiła też lista nazwisk polityków PiS, którzy postanowili dołączyć. Wśród nich można znaleźć: Ryszarda Terleckiego, Daniela Obajtka, Marcina Horałę, Waldemara Budę, Piotra Müllera, Łukasza Schreibera, Mirosławę Stachowiak-Różecka, Krzysztofa Szczuckiego i Agnieszkę Ścigaj.

Wraz z mobilizacją po obu stronach pojawiło się pytanie fundamentalne: co zrobi Jarosław Kaczyński? W czwartek okazało się, że nie zrobi nic. Przynajmniej na razie. Prezes PiS ograniczył się do zwołania na popołudnie spotkania z dziennikarzami, na które zagonieni zostali posłowie z obydwu rywalizujących ze sobą frakcji. Wszystko po to, aby w obrazku telewizyjnym stanęli obok siebie Czarnek z Morawieckim, symulując jedność. Następnie Kaczyński wezwał sympatyków do wpłat na biedującą finansowo partię i wszyscy rozeszli się do ciekawszych zajęć.

Prezes postanowił więc złowrogo milczeć i czekać. Uznał najwidoczniej, że około 40 posłów, którzy mimo gróźb i próśb stanęli za Morawieckim, to za duża siła, by wyciąć ich siekierą.

Mamy więc w PiS „dziwną wojnę” jak na froncie zachodnim na początku II wojny światowej. Co prawda padły pierwsze strzały, wiadomo, kto swój, a kto wróg, ale zasadniczo huk na polu bitwy ucichł, a obie armie przyczaiły się w okopach, zbierają siły i czekają na to, co będzie dalej.

Czytaj też: Sześć wojen na prawicy. Marzy im się władza, ale patrzą na siebie wilkiem. I sobie nie ufają

Bolesny szpagat PiS

Prawo i Sprawiedliwość zastygło w pozycji szpagatu, której nie powstydziliby się najwięksi mistrzowie gimnastyki sportowej. Problem w tym, że jest to pozycja nie do utrzymania w dłuższym okresie, ponieważ partyjne ścięgna tego nie wytrzymają. Ugrupowanie, które chce walczyć o odzyskanie władzy, nie może mieć dwóch równoległych narracji politycznych i dwóch zwalczających się kandydatów na premiera – jednego oficjalnego oraz jednego kandydata-cienia. Każdy rozumie, że nie jest to budowanie szerokiego obozu, a raczej ten rodzaj grania na wielu fortepianach, który wywołuje wrażenie kakofonii i chaosu.

W manifeście ideowym swojego stowarzyszenia Morawiecki pisze tak: „Naszym zadaniem jest (...) rozmawiać z ludźmi - nie tylko z tymi, którzy są z nami od lat, ale także z tymi, którzy się wahają, którzy mają pytania i oczekują konkretów. Musimy słuchać, wyciągać wnioski i pokazywać, że potrafimy działać odpowiedzialnie i skutecznie. Nie możemy dać się wypchnąć z centrum polskiej polityki. To tam rozstrzygają się dziś najważniejsze decyzje i to tam musi wybrzmiewać głos rozsądku, rozwoju i bezpieczeństwa. (…) W szerokim obozie, który chcemy budować, jest miejsce dla różnych środowisk, temperamentów i stylów działania. Każdy ma swoje metody uprawiania polityki - i to jest wartość, a nie problem”.

Piękne to słowa i całkiem atrakcyjne ramy opowieści politycznej dla centroprawicowej opozycji, ale jest z nimi drobny kłopot – Prawo i Sprawiedliwość decyzją swojego prezesa postanowiło być zupełnie inną partią: radykalną, polaryzującą, bijącą się o wyborców skrajnej prawicy.

Mateusz Morawiecki świadomie torpeduje tę strategię. Po pierwsze, skupia na sobie publiczną uwagę, zdając sobie przecież sprawę, że dla większości wyborców, którzy uciekli z PiS do Grzegorza Brauna, jest politykiem nieakceptowalnym. Po drugie, podważa pozycję Przemysława Czarnka, który zamiast być kandydatem na szefa rządu, jednoczącym całą partię i budującym wobec elektoratu swoją powagę polityczną, staje się zaledwie elementem frakcyjnej, wewnętrznej nawalanki. Po trzecie, Morawiecki doskonale wie, że ogłaszanie z medialnymi fajerwerkami stowarzyszenia chwilę po porażce Viktora Orbána to dodatkowy cios dla będącej w wizerunkowej defensywie formacji.

Jeszcze kilka lat temu wiadomo byłoby, co w tej sytuacji zrobi Jarosław Kaczyński: najpierw zakulisowo spróbuje przekonać jak największą liczbę stronników byłego premiera, by go opuścili, a następnie bezceremonialnie wyrzuci tych, którzy przekonać się nie dadzą. Dziś jednak te typowe dla lidera PiS działania wcale nie są tak pewne. I być może to najbardziej wyrazisty znak słabnącej pozycji wszechwładnego prezesa.

Reklama

Czytaj także

null
Społeczeństwo

Alergia na wiosnę. Cierpi aż 12 mln Polaków. Leczą się u naturopatów, problem jest gigantyczny

Już 12 mln Polaków zmaga się z wiosennymi alergiami. Gdy konwencjonalna medycyna oferuje lata leczenia, gabinety naturopatów obiecują odczulenie bez igieł i bólu. Dlaczego łatwiej uwierzyć w magię niż w naukę?

Paweł Walewski
31.03.2026
Reklama