Kultura

Patriotka środka

Pisarka Elżbieta Cherezińska o historii jako literackim tworzywie

Elżbieta Cherezińska Elżbieta Cherezińska Szalek&Gudbrandsen/Etphotography.eu / Materiały prywatne
O sympatii dla Bolesława Chrobrego i szukaniu energii w naszej smutnej historii - mówi Elżbieta Cherezińska.

Odnawia pani gatunek powieści historycznej, okrzyknięto panią polskim Georgem R.R. Martinem. A nie porównywano panią z Kraszewskim?
Kinga Dunin napisała w „Gazecie Wyborczej” „Chcecie nowego Kraszewskiego? To macie. Nazywa się Elżbieta Cherezińska”. Zaś Łukasz Modelski („Twój Styl”) zwrócił uwagę, że Cherezińska, jako pierwsza od czasów Kraszewskiego wychwyciła literacki potencjał dynastii Piastowskiej, ale był dla mnie łaskawszy nazywając mnie polską Regine Pernoud. Są różne przepisy na pisanie powieści historycznej, mój brzmi raczej prosto: wycisnąć z faktografii ile się da i tchnąć w bohaterów życie. Strasznie bym chciała, żeby historia dla nas była żywym tworzywem, a my, Polacy, albo przepraszamy, albo płaczemy, albo mówimy „to nie my, to oni”. A dla mnie przeszłość to żywa materia, która fascynuje. To nasze położenie pomiędzy dwoma gigantami nie jest wcale taka złe, są momenty, jak za mojego ulubionego króla, Bolesława Chrobrego, kiedy się rozciągamy, są momenty kiedy jak w czasie II Wojny Światowej musimy się ścisnąć. Książek historycznych nie można pisać na kolanach.

Popularna w PRL – u powieść historyczna dziś niemal zniknęła, teraz tworzy się fantasy. W pani książkach tez znajdziemy smoki, ale te książki są wierne historii tak jak „Gra w kości”, w której konsultowała się pani na każdym kroku z archeologiem, bohaterom wkłada pani w usta słowa Galla Anonima, i w której są też pięknie wplecione oryginale pieśni z czasów Ottona III.
Pomiędzy „Grą w kości” a „Koroną śniegu i krwi” jest duża różnica. „Gra” jest formalna, czysta, wypreparowana z wątków dodatkowych, wierna historii, choć w pewnych elementach obrazoburcza. W tym wypadku, ten klarowny styl ma służyć opowieści, nie odrywać czytelnika od rozgrywki psychologicznej między Bolesławem a Ottonem, bowiem na kontraście bohaterów oparta jest cała historia. Owszem, ten i ów raz po raz „mówi Gallem”, ale wyłapie to tylko historyk, a czytelnikowi nie przeszkadza. Zaś pieśń ottońska była jedną z przygód tej książki. Poprosiłam Agnieszkę Budzińską-Bennett (nota bene - dwukrotnie nominowaną do Paszportów Polityki), by znalazła mi mszał z tego okresu; chciałam rozpisać relację Bolesława i Ottona po zjeździe na sekwencje mszy rezurekcyjnej, w której uczestniczą ramię w ramię. Grzebanie po archiwach zajęło trochę czasu i choć, jak Agnieszka mówiła „Nikt by się nie zorientował, gdybym podała ci śpiewy z Ułan Bator po śmierci Lenina”, i w efekcie wykorzystałyśmy z tego Antyfonarza Kwedlinburskiego zaledwie jedno zdanie, to przy okazji wypłynęła pieśń ku czci Ottona, zupełnie nieznana w Polsce. Mogłam wpleść ją w tekst i cieszyć się z tego odkrycia. Lubię upychać po książkach takie smaczki, coś co nie spowolni akcji, nie obciąży fabuły, a jednocześnie dla wtajemniczonych będzie odkryciem.

Mogłabym pisać historyczne fantasy, ale to byłoby za proste; lepiej wziąć prawdziwą historię i dorobić fantasy, które będzie wynikało z ducha tej historii – tak zrobiłam w „Koronie śniegu i krwi”. To jest fantasy oparte na ideologii średniowiecznej. Wszak to wtedy powstaje kultura rycerska wraz z jej etosem, opartym na mitologii arturiańskiej i na bestiariuszu, zwierzętach symboliczno – herbowych, które były identyfikatorem rodów i rycerzy. W mojej opowieści bestie ożywają stając się swoistym alter ego bohaterów, lecz ich powieściowy byt jest jedynie poszerzeniem emocjonalnym i mentalnym bohaterów. Nie wpływają na ich losy i nie mogą za nich nic zrobić. Średniowiecze to frapująca epoka, w której to co na wskroś pogańskie miesza się z chrześcijaństwem w sposób trudny do rozgraniczenia. Rycerz walczył z Chrystusem w sercu, ale wierzył, że herbowy smok, lew czy gryf jest rodzajem jego emanacji. Lud wierzy w smoki, choć ich nie widział i ten sam lud wierzy w cuda czynione przez świętych. Dziś trudno to sobie połączyć.

Mówiła pani na jednym ze spotkań, że Polacy lepiej znają historię Tudorów niż Piastów.
Anglicy i Francuzi mają dużo lepszy sposób na własną przeszłość. Albo lepszy PR. Wymyślają o jednej i tej samej historii dziesiątki opowieści, które wciągają czytelników/widzów na całym świecie nie dlatego, że interesują ich dzieje Anglii, ale dlatego, że to jest dobra opowieść. Często rozmawiam z historykami, którzy czytali „Królów przeklętych”, a polskiej powieści historycznej nie tknęliby, bo nie wypada. Paradoksalnie, mam wrażenie, że właśnie fantasy toruje z powrotem drogę dla powieści historycznej, bo wzbudza zainteresowanie pewnymi jej atrybutami. Jeśli wielbiciele Martina sięgną do „Gry w kości” czy „Korony” to mam nadzieję, że poczują się dobrze - jako Polacy. Często jeździmy do Skandynawii, tam spędzamy wakacje. Kiedyś w Danii zauważyłam, że co drugi biegający chłopiec ma na szyi młot Thora, który we wczesnym średniowieczu był symbolem wojownika wikinga, symbolem wolnych ludzi. Pytam go, dlaczego to nosisz, jesteś poganinem? On nie rozumie – jestem wikingiem, jestem Duńczykiem! – odpowiada z dumą. - My wikingowie podbiliśmy cały świat ! – i biegnie dalej. Jest w nim energia. Dania w swojej historii miała jeden krótki okres, kiedy zdominowała basem Morza Bałtyckiego, właśnie w epoce wikingów, ale oni tak mają skonstruowany program historii, ze kładą nacisk na ten krótki okres, a my? Rozbiory, powstania i wielka smuta.

 Pisze pani ku pokrzepieniu serc?
Odwołując się do historii Polski, nie sposób nie dotykać uczuć patriotycznych. Przy „Grze w kości” i „Koronie” pojawiło się pytanie, czy ja przypadkiem nie promuję narodowców. I to pytanie, to był dla mnie znak, że naprawdę mamy problem z naszym patriotyzmem. Jakby istniał tylko na dwóch przeciwstawnych sobie poziomach – albo bezkompromisowość narodowców i wersja „Bóg – Honor – Ojczyzna” albo patriotyzm obywatelski, identyfikowalny wyłącznie z wypełnianiem obowiązków z gatunku „sprzątam po psie, ale z flagą się nie obnoszę”. Brakuje środka. Spontanicznego, radosnego, gdy deklarując „Jestem patriotą” nie mówię tego przeciw czemuś, czy komuś. Oczywiście, zaraz usłyszę „Historia Polski jest smutna, nie ma się z czego cieszyć”. Irytuje minie , że jako naród, wciąż odczuwamy swoją historię jako zbyt ciężki bagaż, jak brzmię. Wolałabym żeby stała się praktycznym niezbędnikiem w drodze.

My pielęgnujemy mit ofiary. Ale drugiej strony świadomość mocarstwowa nie bywa zdrowa – nie zawiera w sobie poczucia winy kolonizatorów, którymi też przecież byliśmy.
Myśli pani kategoriami współczesnymi; tymczasem wspomniani wcześniej Duńczycy, bez winy kolonizatorów, budują dobre samopoczucie dzieci, które rosną na dumnych obywateli. Oczywiście dobrze byłoby bez cudzego kosztu, ale tak się nie da. Nie tak jest napisana historia świata. Może kiedyś uda się inaczej? W jakiejś pokojowej przyszłości? Ale to będzie można ocenić za kilkadziesiąt lat.

 

 

W „Koronie” rozgrywającej się w czasie rozbicie dzielnicowego sporo jest takich postaci, czy wątków, w których można widzieć problemy współczesne. Pisano, że Przemysł to idealny władca na dzisiaj.
Bo Przemysł próbuje zbudować kraj dla wszystkich, bezkonfliktowo, jest przekonany, że lepiej zdobyć mniej, ale pokojowymi metodami, niż więcej czyimś kosztem. Uwielbiam postać arcybiskupa Jakuba Świnki, choć nie wiem, czy był taki, jakim go wymyśliłam. Znam tylko jego działalność z postanowień synodalnych. Porwał się na głęboką reformę Kościoła polskiego, choć mógł cieszyć się arcybiskupią sakrą, siedzieć w Gnieźnie i tyle. To on był właściwym architektem odnowienia królestwa. Na tle innych powieściowych biskupów (Tomasza z Wrocławia, czy Pawła z Przemankowa), Świnka świeci niczym jasne światło, choć przecież był głęboko zaangażowany politycznie. Ale tamci jako żywo kojarzą się nam z niektórymi z dzisiejszych biskupów, polityków i biznesmenów, a Świnka? Gdzie jest dzisiaj jakiś Jakub Świnka? Kolejną z moich ulubionych postaci historycznych i zarazem bohaterów „Korony” jest książę krakowski Leszek Czarny. Ówcześni kronikarze wypominali mu, że suknie nosi nie takie, włosy nie takie. Żona mu na wiecu zrobiła skandal tysiąclecia, zarzucając impotencję. A on? Był jednym z najwybitniejszych wojowników piastowskich. Nie przegrał nigdy. Więc daję mu w „Koronie” głos. Piastowicz homoseksualista? A dlaczego nie? Zresztą człowiek średniowiecza miał z tym mniejszy problem, niż nam się to dzisiaj wydaje. Byleby tylko pod grzech sodomii nie podpadać, niech tam sobie panowie rycerze się po męsku przyjaźnią. Mówiąc o średniowieczu mamy w głowie zaścianek pod pręgierzem katolickim, a zapominamy, iż to epoka która trwała tysiąc lat i miała w sobie drugie tyle odcieni, adaptując wypływy kultury arabskiej i żydowskiej, przetwarzając własne, przedchrześcijańskie korzenie na mity i rozwijając się w najnowocześniejszej myśli społeczno - politycznej, jaką było wówczas chrześcijaństwo.

Z czasów średniowiecznych w najnowszym „Legionie” przeskoczyła Pani do historii współczesnej, do II Wojny Światowej i w dodatku wzięła pani na warsztat trudny temat Brygady Świętokrzyskiej wywodzącej się z ONR–u. Jedyne co łączy tę książkę z poprzednimi, to metoda budowania fikcji osnutej na prawdziwych wydarzeniach.
Wydaje mi się, że jest teraz dobry czas na przełamywanie oczywistości i stereotypów. Tak dzieje się z etosem bohatera, etosem Armii Krajowej. Pierwszą książkę napisałam z Szewachem Weissem, kolejną „Byłam sekretarką Rumkowskiego. Dziennik Etki Daum” o getcie łódzkim napisałam na podstawie prawdziwych zapisków sekretarki Rumkowskiego, teraz teoretycznie piszę o tych, którzy uchodzą za antysemitów, więc wskakuję w inną rzeczywistość. Już jakiś czas temu zrozumiałam, że każdy czyta przez siebie.

Po „Grze w kości” lewicowcy cieszyli się, że dokopałam Kościołowi, a prawicowcy doceniali, że pokazałam rolę Kościoła. A przecież pisałam tę książkę jeszcze inaczej i z zupełnie innym nastawieniem. Tylko jaki mam wpływ na prywatne życie moich książek?

W „Legionie” ważnym bohaterem jest żydowski bokser z klubu Makkabi, opiekun prostytutek, zaangażowany w podziemie, który w końcu trafia w szeregi Narodowych Sił Zbrojnych. AK także i tak pracowało: fordanserki i prostytutki dla podziemia. Zresztą, czy to nie świetny pomysł na powieść? Z główną bohaterką prostytutką – patriotką? Ale czy to możliwe? W Polsce narracja historyczna zawłaszczona jest przez powagę, albo przez antypowagę, szyderstwo. Dlaczego u nas nie powstał komiks na miarę Mausa? Brakuje nam dystansu do historii i do siebie samych. Tymczasem prawdziwa ludzka historia wymyka się zawłaszczeniom. Wśród moich bohaterów są wzorowani na prawdziwych postaciach - Leonard Zub Zdanowicz, z rodziny szlacheckiej, Akowiec, cichociemny, który poszedł do NSZ–u bo chciał działać. A z drugiej strony postać fikcyjna, Jakub lewicowiec ideowiec. Prawdziwy jest major Łokietek, jego dowódca i niestety, kanalia, ale wierzę że przy takich kanaliach byli ideowcy jak Jakub.

Skąd pomysł na taką książkę i właśnie w tym momencie, kiedy ONR znowu daje o sobie znać?
Historia marszu Brygady, przebicia się na Zachód wydała mi się scenariuszem jak z filmu Taranatino, tylko takim, który zdarzył się naprawdę. On wymyślił sobie, że żydowscy bojowcy mszczą się na nazistach, a tu mamy organizację zbrojną, która jest pod każdym względem niepoprawna (nie była częścią Armii Krajowej, czyli legalnego podziemnego wojska) i która podejmuje decyzję marszu na Zachód, żeby połączyć się z armią Andersa (wypełniając tym samym rozkaz Naczelnego Wodza, choć teoretycznie mu nie podlegała i choć tego rozkazu – wycofania młodzieży na Zachód – sama AK nie podjęła). Potem chcieli wrócić z aliantami i odbić Polskę z rąk sowieckich. Styczeń 1945. Ponad 1000 ludzi plus wozy taborowe na wąskiej drodze - to jest kolumna rozciągnięta na kilka kilometrów - i kiedy czytając relacje zobaczyłam to, jak czoło Brygady odpiera ogień broniących się Niemców, a tyły atakujących Sowietów – to nie ma lepszej ilustracji sytuacji Polski w czasie wojny! Tylko tak sytuacja się naprawdę zdarzyła, tuż przed przejściem na Pilicy. Podjęli decyzje, która zaważyła na ich powojennej legendzie – negocjujemy z Niemcami. Po wojnie dostali łatkę kolaborantów, bo wynegocjowali swoje przejście. Podczas gdy kolaborantami staliby się walcząc wspólnie z Niemcami przeciw Sowietom, a tego nie zrobili.

Ten mit współpracy podtrzymał fakt utworzenia z członków Brygady ekip skoczków szkolonych przez Niemców – to była cena, jaką zapłacili za utrzymanie statusu. Brygada Świętokrzyska była internowana w Czechach, Niemcy już dłużej nie dali się zwodzić dowódcom, którzy wymykali się tej idei fix „Ligii Antybolszewickiej”, w istocie dość rozpaczliwej próbie odwrócenia szali wojny i zażądali od Brygady wywiadowców, którzy po przeszkoleniu zostaną zrzuceni do Polski, by działać jako antysowieccy wywiadowcy. Owszem, skoczkowie byli szkoleni przez Niemców, do kraju polecieli niemieckimi samolotami. Ale każdą grupę odprowadzał ktoś z dowództwa Brygady, mówiąc wyraźnie: jeśli Niemcy wydali wam jakieś rozkazy, to one nie obowiązują. Macie tylko jeden – dotrzeć do komendy NSZ i przekazać wiadomość o naszym położeniu. I tak się stało, nie ma najmniejszych śladów na to, by skoczkowie działali na rzecz Niemiec. Wojna się skończyła, utopijnej „Ligii Antybolszewickiej” nikt nie wprowadzał w życie. A Brygada, po złożeniu daniny ze skoczków – bo tak to należy oceniać - wymknęła się Niemcom, zaatakowała od tyłu i wyzwoliła obóz koncentracyjny, kilkaset kobiet, w tym Żydówki, w barakach przygotowanych do podpalenia. A później połączyli się z wojskami generała Pattona i wspólnie wzięli do niewoli sztab XIII niemieckiej armii. Wcześniej chcieli jeszcze, w porozumieniu z czeskim ruchem oporu wyzwolić Pilzno, ale w Czesi w ostatniej chwili się wycofali, mówiąc, że wojna i tak niedługo się skończy, szkoda zachodu. Ot, praktyczny naród!

 

Pokazuje pani podziemie w czasie wojny od prawa do lewa, tych organizacji jest mnóstwo. To, do której się trafia to często przypadek.
Niemcy w pewnym momencie stwierdzają, że w podziemiu działa ok. 100 organizacji konspiracyjnych i każda ma własną bojówkę. Państwo podziemne było tak samo skłócone i podzielone jak Polska przedwojenna. Żołnierz szedł tam, gdzie było dobry dowódca. Czasem w rodzinie jeden syn w takiej partyzantce, drugi w innej. Bardzo często na ocenie powojennej zaważył wynik wojny, bo jeśli chłop pomagał partyzantce niepodległościowej, to rodzina po wojnie wspominała, że przez bandziorów zginął tata, gdyby zginał pomagając AL w PRL-u byłby bohaterem. Historię, jak wiadomo, piszą zwycięzcy. Czasem żołnierze nie wiedzieli wręcz w jakiej służą jednostce. Opisuję scenę, kiedy chłopcy Żbika, czyszczą broń, wchodzi Jaxa (szef polityczny Brygady) i mówi „Czołem oenerowcy” , a oni nic, powtarza i nic, dopiero Żbik po cichu do chłopców „Czołem eneszetowcy”. A oni „Czołem panie komendancie” - dopiero oni zrozumieli, że to o nich. Nie mieli pojęcia, że ich oddział to – w sensie politycznym - ONR.

Fenix też nie przyswaja, że jest tyle organizacji, bo po co? Ma swój świat, swoje prostytutki. Kiedy zaczęłam pracować nad tym tematem, ten temat ONR nie żył, teraz ożył, ta aktualizacja mnie samą zaskoczyła.

Dzisiejsi Oenerowcy sięgną i co znajdą? Najbardziej odpychające postaci to Jaxa i Otmar z onenerowskiego Związku Jaszczurczego. Nie ma w tej książce czarno białego obrazu.
Bo w życiu nie istnieją obrazy czarno-białe, tylko telewizor może mieć popsuty kolor, albo człowiek wadę wzroku i nie chcieć widzieć całości. Serio? Ja nie wiem, co dzisiaj znaczy „prawdziwi narodowcy”, lecz jeśli to są ci chłopcy, którzy malują swastyki na murach i wykrzykują antysemickie hasła, to pewnie mnie oskórkują. Bo opowiadam im o narodowcach z krwi i kości, jak Jaxa, założyciel Związku Jaszczurczego, który w czasie wojny pomagał żydowskiemu inżynierowi. Jaxa zapewne był antysemitą, ale po prostu uważał, że przyzwoity człowiek musi się zachowywać przyzwoicie. Ktoś mnie pytał, jak ja mogę zajmować się NSZ-em, wszak oni są źli i mają czarną legendę, tymczasem ja nie piszę, że oni są fantastyczni. Jako pisarka nie muszę niczego oceniać, mogę napisać, czego dokonali. A zrobili coś czego, nie zrobił nikt inny i odznaczyli się cechą niebywałą jak na polski romantyzm - praktycyzmem. Miałam taką refleksję, czytając dokumentację do tej książki „uważajcie kogo wykluczacie”. Każde wykluczenie społeczne może spowodować odbój, bunt. Mamy to teraz w całej Europie - mentalnie wykluczone środowiska emigrantów zbuntowały się i jednocześnie zrobili to samo nacjonaliści, buntując się wobec emigrantów.

Czy nie będzie trudno wrócić teraz do średniowiecza?
Jak wracam do średniowiecza to oddycham! Teraz czytam nową książką Przemysława Urbańczyka o „Mieszku Pierwszym Tajemniczym”, gdzie profesor znowu odwraca dotychczasową wiedzę do góry nogami twierdząc, że Mieszko musiał się ochrzcić wcześniej. Lubię, gdy do z pozoru znanej historii zada się kilka pytań, które wywrócą ją do góry nogami. To dopiero jest ciekawe! Mam kilka opowieści do napisania, najpierw tę o królu – karle, Władku Łokietku, potem o mojej ulubienicy, Świętosławie, siostrze Chrobrego, pani czterech tronów. A chciałabym jeszcze powieść o Jadwidze, dziewczynce która została królem, to dopiero jest historia!

Jak się pisze książki o średniowieczu to można wydłużać dystans, patrzeć na wojny jak na szachownice „gier o tron”. Dystans nie tylko historyczny, ale przede wszystkim emocjonalny, to coś, czego, jak mi się wydaje, nam, Polakom najbardziej trzeba. Moglibyśmy na przykład zrobić film, którego akcja rozgrywa się w XI wieku, w okolicy zjazdu gnieźnieńskiego, och, jakże podniósłby nasze samopoczucie i byłby wierny faktom. Pokazałby historię fantastycznego bohatera Bolizlausa, Bolza - Bolesława Chrobrego. Lubię tego drania. Jestem pewna, że dziewczyny zakochałaby się w Bolesławie i jego drużynnikach. Tylko do tego musielibyśmy przestać być ofiarami, a czy jesteśmy już na to gotowi?

Elżbieta Cherezińska (ur. w 1972 r.) – zadebiutowała literacką biografią Szewacha Weissa „Z jednej strony, z drugiej strony”, potem stworzyła fikcję na podstawie autentycznego dziennika „Byłam sekretarką Rumkowskiego. Dzienniki Etki Daum”, a następnie dała się poznać jako autorka czterotomowej skandynawskiej sagi „Północna droga” o wikingach. Jej kolejne dwie powieści „Gra w kości” i „Korona śniegu i krwi” były osadzone w średniowiecznej Polsce. Właśnie ukazała się jej najnowsza powieść „Legion” (Zysk i S-ka).

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Mężczyzna w związku. Jak to działa?

Jacek Masłowski o niespełnionych oczekiwaniach mężczyzn wobec kobiet oraz kobiet wobec mężczyzn.

Anna Dobrowolska
23.05.2017
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną