Osoby czytające wydania polityki

„Polityka” - prezent, który cieszy cały rok.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Kultura

Narodziny narodu. W Karlowych Warach wygrało mocne kino rumuńskie

„Nie obchodzi mnie, jeśli zapiszemy się w historii jako barbarzyńcy” „Nie obchodzi mnie, jeśli zapiszemy się w historii jako barbarzyńcy” mat. pr.
Zwycięzcą 53. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Karlowych Warach został Rumun Radu Jude. „Nie obchodzi mnie, jeśli zapiszemy się w historii jako barbarzyńcy” to film, który powinno się obejrzeć w całej Europie natychmiast.

Kino rumuńskie nie przestaje zadziwiać, choć wydawało się, że wszystko, co najważniejsze, zostało w nim już powiedziane. Do tej pory, rozliczając przeszłość, instynktownie sięgano do epoki Ceaușescu, którą obwiniano o całe zło współczesności. W głośnym, nagrodzonym na Berlinale „Aferim!” Radu Jude przypominał, jak wyglądały pańszczyźniane stosunki na Wołoszczyźnie w XIX w. Tolerowano wtedy rasizm, chwalono antysemityzm, niezawodną metodą na trzymanie w ryzach głupich, niewykształconych wieśniaków był prymitywny system wymierzania kar batem i prowokowania pogromów przez stawiających się ponad prawem posiadaczy ziemskich. W tamtym filmie mówiło się też o sprawnie działającym systemie niewolnictwa na terenie Europy Wschodniej, którego ofiarami padali głównie Cyganie, co budziło niedowierzanie i szok.

Radu Jude przypomina niewygodne fakty z historii

W „Nie obchodzi mnie, jeśli zapiszemy się w historii jako barbarzyńcy” reżyser posuwa się znacznie dalej. Odsłania jeszcze więcej. Sięga po zupełnie zapomniany epizod II wojny światowej: wkroczenia rumuńskich wojsk do Odessy i obalenia w tym mieście rządów bolszewików pod koniec października 1941 r. Rumuni niemal do końca okupacji stali wiernie po stronie Hitlera. Co gorsza, wspierali i gorliwie uczestniczyli w Holokauście. W sumie zabili ok. 380 tys. Żydów, w tym 18,5 tys. Żydów odeskich. Liczby te przytacza Hannah Arendt w słynnym reportażu „Eichmann w Jerozolimie. Rzecz o banalności zła”, niestety dziś mało kto chce o tych faktach pamiętać.

W filmie głośno się o nich dyskutuje. Mało tego, padają prowokujące porównania do masowych mordów dokonywanych współcześnie przez ekstremistów np. w Nigerii i Mali (Boko Haram) czy na terenach północnego Iraku i w Syrii (Państwo Islamskie). Najdziwniejsze wydaje się to, że ludzie prędzej niż później o tych wszystkich masakrach zapominają. A im dalej w głąb dziejów, tym ta pamięć staje się coraz bardziej wybiórcza i niepełna. Nie sięgając daleko wstecz: tak się właśnie stało np. z brutalnym stłumieniem przez wojska Cesarstwa Niemieckiego powstania afrykańskich ludów Herero i Namaqua, uznawane przez historyków za pierwsze ludobójstwo XX w.

Film, którzy budzi sumienia

Radu Jude z bolesną szczerością rekonstruuje udział Rumunów w odeskiej zbrodni, zupełnie świadomie wpisując swój film w aktualną debatę nad europejską tożsamością budowaną na historycznych kłamstwach i przemilczeniach. Po co rozdrapywać rany? Przecież inne narody dawno wstały z kolan, wypierając się swoich win. Czy przyznanie się do zła przywróci komuś życie? Nie lepiej przyjąć pozycję ofiary i opowiadać o heroicznej śmierci narodowych bohaterów?

Przez długi okres komunizmu ludobójstwo dokonane przez Rumunów było tematem tabu. Byliśmy wtedy sojusznikami Rosji. Propaganda budowała fałszywą świadomość, nie pozwalała mówić prawdy – mówił na konferencji prasowej reżyser, precyzując, że jego celem nie było oskarżenie całego narodu. – Ta wiedza powinna być ogólnie dostępna. Bo tylko wtedy, gdy patrzymy na siebie jak na sprawców, budzi się w nas sumienie.

Narodziny narodu na stosach trupów i kłamstw

„Nie obchodzi mnie, jeśli zapiszemy się w historii jako barbarzyńcy” pyta, czym jest prawda historyczna i jakie są mechanizmy tworzenia pamięci narodowej. Nie jest to film bez wad. Zbyt dużo w nim publicystyki. Słownej retoryki. A za mało psychologii w maistreamowym znaczeniu. Niemniej ogląda się go z rosnącym zainteresowaniem, wręcz zazdrością. Jude miał odwagę powiedzieć to, o czym inni boją się pomyśleć. O narodzinach narodu na stosach trupów i kłamstw.

Inni nagrodzeni w Karlowych Warach

Pozostałe nagrody przyznane przez karlowarskie jury nie są już tak paląco aktualne i nie wywołują aż tak wielkich emocji. Uhonorowano kino wrażliwe, inteligentne, poświęcone głównie tematyce rodzinnej, dotykające trudnych relacji między rodzicami a dziećmi. „Sueño Florianópolis” Argentynki Any Katz (Nagroda Specjalna Jury i aktorska dla Mercedes Morán) to pozornie lekki, wakacyjny melodramat o urlopie spędzonym na brazylijskiej plaży w towarzystwie nieznajomych. Szybko się okazuje, że reżyserkę interesuje jednak dojrzała miłość ludzi, którzy są już w zaawansowanym wieku, lecz wciąż marzą o rozpoczęciu nowego, idealnego związku. Wymiana partnerów, pryskające niczym morska piana złudzenia, wieczna iluzja szczęścia, które okazuje się dziecięcym mirażem.

Bardzo dobre wrażenie pozostawił także rosyjski dramat społeczno-psychologiczny „Skoczek” Ivana I. Tverdovskiego (Wyróżnienie Specjalne Jury) o nastolatku wychowującym się od urodzenia w sierocińcu, którego w końcu odbiera jego młoda, niedojrzała emocjonalnie matka. Patologiczną relację syn–matka podszytą wzajemną erotyczną fascynacją można potraktować jako metaforę wyzysku i cynicznych relacji obowiązujących w zdemoralizowanym świecie, gdzie wartości zastąpił przymus posiadania i bogacenia się.

Polacy w Karlowych Warach. Bez nagród, ale...

Polacy, choć wyjechali bez nagród, zaprezentowali się bardzo dobrze. Pokazywany w głównym konkursie „Atak paniki” Pawła Maślony zebrał przyzwoite recenzje. Z punktu widzenia producenta miarą sukcesu ważniejsze są jednak podpisane umowy dystrybucyjne. Film został sprzedany m.in. do Grecji, Litwy, Islandii oraz wschodnioeuropejskiej filii HBO. Toczą się też rozmowy w sprawie remake′ów w kilku krajach.

W realizacji „Kawek na drodze” – baśni utrzymanej w lekko surrealistycznym klimacie o próbie zmierzenia się przez nastolatków z dorosłym życiem – Słoweńca Olmo Omerzu (nagroda za reżyserię) miała swój udział Natalia Grzegorzek, producentka z Koskino, muzykę skomponował Paweł Szamburski, a polskim koproducentem filmu jest DI Factory odpowiedzialne za całość postprodukcji obrazu. „Kawki na drodze” będzie można zobaczyć na Transatlantyku w Łodzi już 17 lipca, gdzie film zakwalifikowano do sekcji konkursowej Nowe Kino.

W sekcji East of the West, prezentującej debiuty i drugie filmy zrealizowane przez reżyserów z Europy Środkowej i Wschodniej, pokazaliśmy „53 wojny” Ewy Bukowskiej, udaną ekranizację książki „Miłość z kamienia. Życie z korespondentem wojennym” Grażyny Jagielskiej z kolejną świetną kreacją Magdaleny Popławskiej oraz improwizowane kino drogi „Via Carpatia” Klary Kochańskiej i Kaspra Bajona – nie do końca czytelną próbę ustosunkowania się do problemu nielegalnej imigracji w Europie.

Tak czy inaczej – było o czym pomyśleć.

Reklama

Czytaj także

null
Wydania specjalne

Czego uczy nas pokolenie „zetek”

Łączą nas podobne potrzeby, wystarczy jedynie się wzajemnie wysłuchać – postuluje prof. Tomasz Sobierajski.

Grażyna Morek
09.02.2024
Reklama