Kultura

Fantastyka coraz bardziej kobieca

Do niedawna fantastyka była zamknięta dla kobiet. Do niedawna fantastyka była zamknięta dla kobiet. Jaredd Craig / Unsplash
Fantastyka, postrzegana jako męska (piszą i czytają mężczyźni), przechodzi olbrzymie zmiany. To do autorek coraz częściej trafiają najważniejsze nagrody i to autorki szukają nowych, oryginalnych pomysłów.

Przez ostatnie 10 lat tylko trzykrotnie się zdarzyło, żeby Nagrody im. Janusza A. Zajdla – najważniejszego fantastycznego wyróżnienia przyznawanego za powieści i opowiadania – nie otrzymała kobieta. Wśród mężczyzn wygrywa Robert M. Wegner, nagrodzony pięć razy. Tyle samo co Anna Kańtoch. Z kolei w USA w tym roku prestiżową nagrodę Hugo za powieść otrzymała Nora Jemisin (N.K. Jemisin), zgarniając już trzecią statuetkę za trzecią książkę z trylogii „Piąta pora roku”. Zdarzyło się tego wieczoru coś jeszcze niezwyklejszego: wszystkie wyróżnienia za prozę przypadły kobietom. Wyraźnie dominowały już w samych nominacjach.

To odwrócenie trendu. Do tej pory fantastyka była zamknięta dla kobiet, które – żeby zaczęto je traktować poważnie w środowisku – albo udawały mężczyzn (Andre Norton), albo ukrywały swoją płeć (C.S. Friedman). Ten ostatni zabieg do dziś jest chętnie stosowany. Przykładem wspomniana N.K. Jemisin, ale i choćby V.E. Schwab. Ciekawe, swoją drogą, kto się jeszcze na to nabiera. Pisarze niezwykle rzadko ukrywają się za inicjałami, dlatego ten zwykle od razu sugeruje kobietę.

„Kobieca” rewolucja nie dotyczy wyłącznie historii spisywanych rękami kobiet. Taki np. Peter V. Brett w popularnym „Cyklu Demonicznym” w zasadzie zrównuje obie płci zarówno pod względem siły, jak i złożoności charakterów. Z kolei Hannu Rajaniemi w fantastyczno-szpiegowskiej powieści „Summerland” nie tylko czyni kobietę główną bohaterką, ale też porusza temat równości płci, nadając tym rozważaniom rangę jednego z kluczowych wątków.

A skoro mowa o nowych, ciekawych kobiecych głosach na polu fantastyki – oto 10 autorek, które zasługują na uwagę.

Marie Brennan: „Historia naturalna smoków” i „Zwrotnik węży”

Na jednym poziomie otrzymujemy napisane ze swadą wspomnienia Lady Trent, uznanej badaczki smoków i pionierki w tej dziedzinie. Przeżywszy swe życie aktywnie i ekscytująco, spogląda wstecz, relacjonując swe przygody i opatrując je pełnymi sarkazmu komentarzami. W największej mierze są jednak te powieści historiami o kobiecie, która śmiała marzyć i miała ambicje. Jeśli przyjrzeć się opisywanym w tych książkach nieistniejącym krainom, znajdziemy – odjąwszy smoki – wiele podobieństw do naszego świata, zwłaszcza do Anglii przełomu XIX i XX w. To samo sztywne społeczeństwo, patriarchat, podział ludzi na spełniających się mężczyzn i przywiązane do domów (a raczej – kuchni i pokoi dziecięcych) kobiety. Zwłaszcza „Zwrotnik węży” jest fascynujący, bo Brennan wychodzi poza rozważania o relacjach kobiet i mężczyzn, sporo miejsca poświęcając temu, co to w ogóle znaczy być kobietą, a zwłaszcza matką.

Czytaj także: Fantastyczna fantastyka Ursuli K. Le Guin

Aleksandra Janusz: seria „Kroniki Rozdartego Świata”

Gdzieś obok Marie Brennan powinny stać powieści Aleksandry Janusz, która w „Kronikach...” idzie podobną ścieżką. Janusz do smoków dokłada jednak więcej magii, i to traktowanej jako nauka, sporo satyry na światek akademicki i o wiele więcej akcji. Subtelniej też podchodzi do kwestii damsko-męskich, rzadko odnosząc się do tematu wprost. Mamy tu przeciętnego chłopaka, który w wyniku zaskakujących wydarzeń odkrywa w sobie moc i rusza ratować świat. Klasyka. Towarzyszą mu jednak niezwykłe kobiety, inaczej niż w większości fantastyki skomplikowane, ewoluujące i z czasem przejmujące pałeczkę. Trochę jak w „Cyklu Demonicznym” Bretta. Nie ma jednak w „Kronikach...” dydaktyki, sporo za to jest humoru i akcji. Ze świecą szukać w ostatnich latach równie udanej fantastyki rozrywkowej.

Katherine Arden: „Niedźwiedź i słowik”

W tej kierowanej być może w największym stopniu do młodzieży historii przeniesiemy się w głąb starej Rusi, krainy skutej mrozem, gdzie wciąż żyją prastare istoty towarzyszące ludziom w codziennym życiu. Ile jeszcze to potrwa? Chyba niedługo – stare zwyczaje umierają, przychodzi nowa wiara, to, co kiedyś było świętością, zamienia się w zabobon. W centrum tej przemiany jest młoda bohaterka, która podąża jeszcze starymi ścieżkami. A przy tym, cóż, jest nowoczesna obyczajowo. Nie widzi powodu, dlaczego płeć miałaby stać jej na przeszkodzie w poszukiwaniu „męskich” przygód. Wątek ten zostanie rozwinięty w drugim tomie opowieści: „The Girl in the Tower”. „Niedźwiedź i słowik” to ledwie zapowiedź rozważań. Dominuje mroźna przygoda, ze sporą dawką horroru i jeszcze większą dawką słowiańskiego folkloru.

Marta Krajewska: „Idź i czekaj mrozów” i „Zaszyj oczy wilkom”

A jeśli ktoś szuka regionalnego folkloru, jeszcze lepszym wyborem będą powieści Marty Krajewskiej o mieszkańcach Wilczej Doliny. Jak wielu i wiele przed nią Krajewska sowicie faszeruje fabuły słowiańską mitologią. Jako pierwsza tak ochoczo korzysta z efektownego bestiariusza i opisuje ówczesne życie we wszystkich jego aspektach. Zwłaszcza „Idź i czekaj...” jest ciekawe, bo rozgrywająca się na przestrzeni roku fabuła zahacza o wszystkie najważniejsze święta, pokazując dawnych Słowian od bardziej codziennej strony. Przy okazji jest to jednak mieszanka horroru i romansu, w pierwszym tomie nawet z drobnymi naleciałościami kryminału. I opowieść o wyjątkowo silnej kobiecie.

Carmen Maria Machado: „Jej ciało i inne strony”

Jeden z ciekawszych nowych głosów na anglosaskim rynku fantastyki. W swoich opowiadaniach Machado jest bardzo oryginalna i jak ognia unika klasycznych ścieżek gatunku – też dlatego, że nie pisze o smokach czy rakietach, ale o kobietach i seksualności. Niepokojące to historie, bardzo „cielesne”, we fragmentach ocierające się o erotyzm, częściej jednak eksplorujące związki międzyludzkie we wszystkich ich aspektach. Raz będzie to historia małżeństwa niemal idealnego, pod którą skrywa się opowieść o nierównych relacjach między płciami, kiedy indziej postapokaliptyczna fabuła, w której liczy się nie tyle zagłada, ile historia związków głównej bohaterki. Proza odważna, nietuzinkowa.

Czytaj także: Fiction coraz bardziej science

Anna Kańtoch: „Niepełnia”

Gdybym miał porównywać do Machado jakąś polską autorkę, stawiałbym na Annę Kańtoch. Ona także wybiera własne, bardzo oryginalne ścieżki. I jest w tych wyborach często o wiele odważniejsza – nawet od autorki „Jej ciała...”. Weźmy „Niepełnię”, czyli powieść łączącą kryminał i fantastykę. Książkę zagadkę – żeby ją zrozumieć, potrzeba co najmniej powtórnej lektury (to zaleta!). Konstrukcja przypomina bowiem labirynt misternie połączonych korytarzy. To opowieść o poszukiwaniu własnej tożsamości, także płciowej. I o potrzebie bycia nieokreślonym, wyjścia poza oczekiwania społeczeństwa i szukania własnej wygody, bez konieczności wpasowywania się w naturalne dla innych ramy.

Marta Kisiel: „Toń” i „Pierwsze słowo”

Tegoroczna laureatka Nagrody im. Janusza A. Zajdla za „Szaławiłę” (ze zbioru „Pierwsze słowo”) to rzadka reprezentantka czegoś, co można nazwać fantastyką obyczajową. Niby wszystko się zgadza, są magiczne stwory i artefakty, nawiedzone domy, podróże w czasie i takie tam. Tyle że w pierwszej kolejności chodzi – niczym w polskim kinie realistycznym – o ludzi i ich interakcje, o miłość, przyjaźń, rodzinę. Gdyby odjąć fantastykę, zostałoby sporo treści. Na przykład w „Toni” – pełna napięć relacja między siostrami. Z nielicznymi wyjątkami są to opowieści mniejszej skali, bardzo bohaterocentryczne, rzadziej o ratowaniu świata, częściej o sklejaniu siebie do kupy. Często są to historie bardzo śmieszne – jak np. ta o nawiedzonym burdelu...

Agnieszka Hałas: „Olga i osty”

Ale najciekawiej fantastykę i literaturę obyczajową w ostatnich latach wymieszała Agnieszka Hałas. W „Oldze...” autorka stworzyła – co niesłychane! – opowieść, która mogłaby usatysfakcjonować obie, zazwyczaj niezachodzące na siebie grupy czytelnicze. W szerokim ujęciu jest to historia kobiety, która nie akceptuje samej siebie. Życie poskąpiło jej miłości, za to dało niezbyt przyjemną matkę. To pełna goryczy opowieść o samotności i cierpieniu – z przebłyskiem szczęścia, bladym jednak i nietrwałym. To wreszcie historia bardzo późnego dojrzewania – dojrzewania do akceptacji siebie. Hałas nie opowiada wprost. Dorzuca baśniowy wątek krainy Zaświatów, wprowadza czarodzieja, Królową Ostów i kilka innych niespodzianek.

Czytaj także: Klub Tfurców – kuźnia polskiej fantastyki

Sigríður Hagalín Björnsdóttir: „Wyspa”

Wyjątkowo mocna, ponura, wręcz bolesna opowieść o ludziach i wartościach. Islandzka pisarka przeprowadza w „Wyspie” eksperyment, zaczynając od pełnego tolerancji i szczodrego społeczeństwa, które stopniowo – w wyniku kryzysu – hoduje w sobie nienawiść i ksenofobię, warstwa po warstwie odzierając się z pozorów humanitarności i wracając do retoryki „nasze plemię” vs. „wasze plemię”. Z zaskakujących, północnych stron przybyła do nas fantastyka o niezwykłej sile rażenia, bo ograniczająca element nadnaturalny, wykorzystująca go jedynie jako katalizator do jak najbardziej realnych rozważań o współczesnym świecie i trawiących go problemach. Wnioski nie są zbyt optymistyczne.

V.E. Schwab: seria „Odcienie magii”

Jest u Schwab coś z Gaimana (gdyby pisał powieści łotrzykowskie). Sporo tu akcji, dużo popisywania się wyobraźnią, wszystko zaś rozgrywa się na przestrzeni kilku przenikających się alternatywnych Londynów – ten Szary jest nam bliski, niemagiczny, Czerwony aż kipi od czarów, Biały został magią wyniszczony, a Czarny... trawi coś, o czym nikt nie chce nawet wspominać. Mnie najbardziej w tych książkach fascynuje postać Lili, która w „Mroczniejszym odcieniu magii” startuje z pozycji przeciętnej złodziejki, a już w „Zgromadzeniu cieni” daje się poznać jako niezwykle ambitna, zaradna, ale i bezwzględna. To bohaterka o tyle niespotykana, że prawdziwie niejednoznaczna, balansująca na granicy dobra i zła, absolutnie niestereotypowo kobieca. Ciekawe uczucie: raz z kimś sympatyzować, nieraz się brzydzić jego zachowaniem, a niekiedy wręcz życzyć mu porażki. Oto definicja prozy angażującej odbiorcę.

Reklama

Czytaj także

Nauka

Suszarki do rąk są za głośne dla dzieci – alarmuje 13-letnia badaczka

Dzieci to doskonali obserwatorzy, dostrzegający często to, co umyka dorosłym. 13-letnia Nora Louise Keegan zrobiła to niedawno na łamach międzynarodowego czasopisma naukowego, pisząc o hałasie z elektrycznych suszarek do rąk.

Piotr Rzymski
12.10.2019
Reklama