Upiory całkiem świeże
"Duchy Goi" są kolejnym arcydziełem Formana. Trudno o bardziej fascynujący portret politycznego oportunisty.

Lustracja artystów i intelektualistów to temat wieczny. Co jest w nich silniejsze: oportunizm dworaków czy opór człowieka zbuntowanego, kolaboracja czy dywersja? Ich biografie jedni obwąchują jak brudną bieliznę. Inni patrzą na nie przez lupę jak na kryształ kondycji ludzkiej. Jednym z tak wnikliwie podpatrywanych artystów jest Francisco de Goya y Lucientes.

Film Formana warto oglądać po lekturze właśnie wydanej po polsku wnikliwej biografii Goi pióra australijskiego historyka sztuki Roberta Hughesa. W tej biografii jest zaiste wszystko. Ogromny talent i wielka kariera. Dramat epoki – w XVIII-wiecznej Hiszpanii słabi oświeceniowcy zmagali się z katolickim obskurantyzmem wspartym na – łagodniejszym niż w XVI–XVII w., ale jednak wciąż obecnym – terrorze inkwizycji, cenzurze i gospodarczej stagnacji. Jest gnuśność kastowego państwa i witalność południowego temperamentu. Bieda i okrucieństwo. Są polityczne wstrząsy i jest upośledzenie przez chorobę – Goya przez ponad trzydzieści lat był głuchy jak pień. A przede wszystkim znakomity dorobek artystyczny malarza, pęknięty niemal schizofrenicznie. Z jednej strony portrety królów i dworaków, upiększone – na zamówienie Kościoła – obrazy Męki Pańskiej, z drugiej natomiast brutalnie realistyczne „Kaprysy” – miedzioryty trupów ofiar inkwizycji, wojennych rzezi, rozbójniczych napadów, horroru domu wariatów i więziennych lochów, i zmory dręczące chorego artystę, zwidy senne i upiory, nawiedzające codziennie ten okrutny świat.

Hughes słusznie nazywa Goyę pierwszym reporterem wojennym naszych czasów. Nie miał aparatu fotograficznego, ale miał szkicownik, w którym na gorąco, z naturalistyczną dokładnością rysował to, co widział: skazańca zaduszonego garrotą, kobietę przykutą do pręgierza, żołnierzy francuskich gwałcących hiszpańskie kobiety, ale i Hiszpanki w okrutny sposób mordujące najeźdźców.

Kim był? Pieczeniarzem, karierowiczem, dworakiem, który brał pieniądze, od kogo się dało – Burbonów, brata Napoleona, ks. Wellingtona, czy wywrotowcem, który malował apoteozę konstytucji spisanej przez Kortezy w czasie walk partyzanckich z Francuzami, i podejrzliwie traktowanym przez inkwizycję po powrocie Burbonów? Był tym wszystkim, był oświeceniowcem i dworakiem, zawodowym malarzem żyjącym z zamówień i genialnym artystą, patriotą i humanistą, pełnym ironii, sarkazmu i egzystencjalnych lęków. Miał znakomite wyczucie dramatyzmu i – jak zauważa Hughes – wręcz filmowe spojrzenie na rzeczywistość, wiele z jego litografii z cyklu „Okropności wojny” przypomina ujęcia kamery. I pewnie także dlatego Goya tak pociąga filmowców. „Duchy Goi” ogląda się chwilami jak wizualne cytaty z jego obrazów.

Film Formana rozczarował tych, którzy pamiętają „Lot nad kukułczym gniazdem” i „Amadeusza”. Jednak zachwyca tych, którzy znają trochę nie tylko Hiszpanię, ale i totalitarne reżimy, gdzie życie toczy się ospale i ostrożnie, gdyż nikt nie wie, kogo trafi czarny los. Ten film podoba się także tym, którzy idą do kina również po to, by w filmie kostiumowym obejrzeć przypowieść o dzisiejszych czasach.

Zarówno krytycy „Duchów Goi” jak i entuzjaści mają rację. Film jest statyczny. Nie ma w nim furii zawiści jak w „Amadeuszu”, w którym wyrobnik Salieri niszczy Mozarta, podziwiając zarazem jego geniusz, w którym zmysłowa witalność prostych ludzi jest przeciwstawiona gorsetowi dworskiej etykiety, intrygom i cenzurze.

W dodatku Forman popełnia w scenariuszu szkolny błąd, w trakcie filmu zmienia bohatera. I to dwa razy. Ledwo widz nastawi się na to, że ogląda film o wielkim malarzu hiszpańskim z końca XVIII i początku XIX w., którego obrazy z wojny ma pod powiekami, kiedy okazuje się, że Goya jest tu tylko statystą, a bohaterką jest piękna dziewczyna, która dostała się w łapy inkwizycji. Wkrótce jednak okazuje się, że to film wcale nie o niej, lecz o jednym z inkwizytorów, cynicznym karierowiczu, który po załamaniu się kariery ucieka do rewolucyjnej Francji, by wrócić z wojskami Napoleona jako kolaborant okupanta.

A jednak „Duchy Goi” wciągają i zostają w pamięci, choć nie są filmem o malarstwie. Widzimy co prawda Goyę przy sztalugach, patrzymy na technikę litografii. Przyglądamy się też francuskim najeźdźcom rabującym królewską galerię malarstwa, przy czym brat Napoleona gustuje w obrazach Velázqueza. Formana interesuje epoka Goi. Sam malarz – grany przez szwedzkiego aktora Stellana Skarsgĺrda – jest wprawdzie wciąż obecny na planie, ale film śledzi jego „upiory” – osoby, które portretował w swym atelier. Jedną z nich jest brat Lorenzo (Javier Bardem), który zachęcił inkwizycję do przywrócenia zarzuconych już tortur. Świat się niebezpiecznie zmienia, we Francji oświecenie podkopało pozycję Kościoła katolickiego. Zaraz też wybuchnie rewolucja i król Francji zostanie ścięty. Do Hiszpanii przenikają bluźniercze książki Woltera, oprawione w okładki Pisma Świętego. A w Hiszpanii nadworny portrecista Goya potajemnie drukuje litografie, pokazujące rzeczywistość taką, jaka jest – brzydką i koślawą – a nie taką, jak ją pokazuje Kościół.

Jedną z pierwszych ofiar zaostrzonych prześladowań staje się piękna i bogobojna Inés, grana przez Natalie Portman. Siepacze inkwizycji dostrzegli, że w czasie zabawy w tawernie odmówiła zjedzenia wieprzowiny, i donieśli, gdzie trzeba, że uprawia „żydowskie praktyki”. Ojciec dziewczyny José Luis Gómez, zamożny kupiec, którego jeden z przodków rzeczywiście był przechrztą, szuka pomocy u Goi. Daremnie. Wielki inkwizytor (Michael Lonsdale) przyjmuje hojny datek, ale zatrzymuje dziewczynę w lochu, by nie podważyć autorytetu Kościoła. Przecież się przyznała. Była wprawdzie torturowana, ale – jak wiadomo – Bóg daje torturowanym siłę mówienia prawdy.

Tak na obiedzie w pałacu kupca z cienkim uśmiechem twierdzi brat Lorenzo. Lepiej, by tego nie mówił. Bo za chwilę sam zostanie powieszony na żyrandolu za wykręcone do tyłu ręce. Po czym, jęcząc z bólu, podpisze absurdalne wyznanie, że jest synem szympansa i orangutana zesłanym po to, by szkodzić Kościołowi. Rzadko ogląda się w kinie bardziej dobitny obraz hipokryzji katolickiej inkwizycji.

Zeznanie inkwizytora to nie tylko dowód, jak łatwo wymusić fałszywe zeznania, ale i zastaw, by Lorenzo rzeczywiście starał się wydobyć Inés z lochu. Ten wie, że to niemożliwe, ale spotyka się z dziewczyną w lochu, łudzi ją, modli się z nią, głaszcze i tuli. Piętnaście lat później okaże się, że po tych seansach urodziła dziewczynkę, którą jej natychmiast odebrano, przekazując do klasztornej ochronki.

Nawet król nie jest w stanie wyciągnąć dziewczyny z łap inkwizycji. Nie pomaga także ujawnienie absurdalnych zeznań mnicha. Jedyny skutek jest taki, że Inés zostaje przy życiu. Piętnaście lat później uwolnią ją francuskie oddziały...

Upiory Goi to postaci jego epoki, narysowanej nie tylko poprzez autentyczne kulisy Madrytu czy starannie odtworzone rekwizyty, ale poprzez cytaty obrazów Goi. Jednak „Duchy” nie są dramatem kostiumowym. Zderzając okrucieństwa inkwizycji z okrucieństwami okupacji napoleońskiej, Forman pokazuje szaleństwo wszelkiej ideologii totalitarnej. Zarówno klerykalna sprawiedliwość, jak i oświeceniowe ideały wolności, równości, braterstwa są załgane i cynicznie nadużywane. Ani inkwizycja, ani Wolter niczego ludzkości nie nauczyły – powtarzają recenzenci przesłanie filmu, który nie kończy się żadnym pojednaniem.

Niektórzy krytycy po prapremierze „Duchów Goi” sarkali, że to film nazbyt statyczny. Goya beznamiętnie snuje się po ekranie, podczas gdy w rzeczywistości był witalnym cwaniakiem, który doskonale czuł rzeczywistość. Był dworakiem i zarazem szyderczym cichym rebeliantem, który nawet w portrety dygnitarzy wpisywał ironiczne, a nawet złośliwe szczegóły, który w drugi obieg – jak to się u nas mówiło w czasach Gierka – puszczał anonimowe litografie w ekspresjonistyczny sposób pokazujące okrucieństwa inkwizycji.

Goya jako pieczeniarz kleru i arystokratów, republikańskiego ludu i Napoleona, Wellingtona i Ferdynanda II. Artysta jako lawirant z szeroko otwartymi oczyma, miękkim karkiem i zamkniętymi ustami to rzeczywiście wielki temat. Poputczyk, fellow traveller, Mitläufer i towarzysz podróży każdej totalitarnej władzy – jak się mówiło w XX w. – to materiał na wielki film, ale u Formana jest on tylko kulawym statystą, żywym okiem kamery, pozbawionym charakteru obserwatorem. I nic więcej. Trochę malarstwa, trochę polityki, trochę cierpienia i miłości to za mało na wielką historyczną przypowieść o wiecznie tym samym terrorze przy zmieniających się rządach, narzekali krytycy...

Spokojnie, odpowiadają na to entuzjaści filmu, Forman pokazuje dylematy wielu artystów XX w., którzy byli zarówno „inżynierami dusz”, jak i rewizjonistami czy dysydentami totalitarnych systemów. „Duchy” mają drugie dno, są wręcz kolejnym arcydziełem Formana. Trudno o bardziej fascynujący portret politycznego oportunisty. Ten film ma znakomicie napisany scenariusz i jest fachowo zrobiony. Na dobrą sprawę to aktualna przypowieść o naszych czasach, w których fanatyzm i cyniczna nadgorliwość prowadzą do bezgranicznych cierpień i rzezi.

Sam Forman w wywiadach dość powściągliwie przyjmuje hołdy krytyków doszukujących się w „Duchach Goi” aluzji do Busha, Iraku, Guantanamo. „To nie moje zadanie. Ja nie głoszę żadnego przesłania, nawet nie mam adresu e-mailowego...” – powiedział „Die Welt”.

To zapewne jedynie kokieteria, ponieważ Formanowi istotnie udało się coś niebywałego. Nie jest to taka feeria filmowych obrazów i muzyki jak „Amadeusz”, ale drażni i niepokoi, ponieważ upiory Goi straszą po dziś dzień. I Miloš Forman je odsłania.

WIĘCEJ:

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną