Recenzja gry: „Marvel’s Guardians of the Galaxy”
To największa niespodzianka roku.
To największa niespodzianka roku.
Podobieństwo tytułu „Back 4 Blood” do słynnej gry sieciowej „Left 4 Dead” (2008 r.), w której zespół czworga graczy stawiał czoło hordom zombie, nie jest przypadkowe.
Obudzić się w hiperwieżowcu na Woli, w Warszawie z XXII w. i przekonać się, że 14-metrowe mikroapartamenty nie stały się obowiązującym standardem – co za ulga!
Już Agatha Christie wiedziała, że nie ma lepszego miejsca na scenerię wyrafinowanych seryjnych zbrodni niż odcięta od świata wyspa.
W zależności od punktu widzenia „Humankind” to szklanka do połowy pełna.
Gra skrzy się dowcipnymi dialogami, bawi piętrowymi aluzjami, zaskakuje, trzyma tempo. Schafer znów w formie.
Rzadkiej urody gra obyczajowa o szukaniu swego miejsca w świecie.
Miłośnicy takich wyzwań będą zachwyceni.
Bohater, wkraczając w portal, przenosi się dwa tysiące lat wstecz, pół roku po spaleniu przez Nerona Rzymu.
Koloryt całej grze nadaje właściwy lokalnej kulturze liryzm złamany nostalgią.
Potyczki z wszelkim złem tego świata z czasem zaczynają nużyć.
Zawężone pole widzenia i silne poczucie uczestnictwa podbijają puls.
Kosmosie, drżyj!
Jest dynamicznie, efektownie i zabawnie, choć niezbyt oryginalnie.
Miłośnicy gatunku będą zachwyceni.
Zrealizowany na nowo, znów opowiada tę samą historię.
Świat po wojnie atomowej jest groźny.
Tylko dla koneserów turówek.
Sugestywna i przerażająca wizja świata niczym z tytułowych sennych koszmarów to znów najmocniejsza strona kreacji Szwedów z Tarsier Studios.
Oryginalne, przemyślane wyzwanie Marcina Borkowskiego, autora jednej z pierwszych polskich gier komputerowych „Puszka Pandory” (1986 r.), wieloletniego szefa magazynu „Top Secret”.