Teatr

Narodowa alternatywa

Recenzja spektaklu: „Kordian”, reż. Jan Englert

Kordianów w spektaklu jest trzech, jednego z nich gra Jerzy Radziwiłowicz. Kordianów w spektaklu jest trzech, jednego z nich gra Jerzy Radziwiłowicz. Jacek Marczewski / Agencja Gazeta
Wystawiony na 250. rocznicę teatru publicznego w Polsce oraz samego Teatru Narodowego „Kordian” w reż. dyrektora Jana Englerta ma wszystkie cechy spektaklu jubileuszowego. Te dobre i te złe.

Jest odpowiednio monumentalnie i widowiskowo, na scenie pojawia się niemal cały zespół Narodowego plus posiłki, razem nawet 80 osób. W takim tłoku trudno o zapadające w pamięć role. Kordianów jest trzech (Jerzy Radziwiłowicz, Marcin Hycnar i Kamil Mrożek), sprzedajnych Wiolett chyba pięć, Laury dwie itd. Englertowi nie chodziło o dramat jednostki, ale narodu, który zarówno za czasów Słowackiego, jak i dziś jest silny jedynie w gębie i działa według jednego z dwóch scenariuszy. Reżyser zobaczył je w historiach opowiadanych Kordianowi przez starego Grzegorza, w spektaklu za ich pomocą przeciągają Kordiana, każde na swoją stronę, Szatan (Mariusz Bonaszewski) i Archanioł (Danuta Stenka), którzy prowadzą cały spektakl. To opowieści o bohaterskim panu Kazimierzu, który zgładził rosyjskiego dowódcę, wiedząc, że zapłaci za to głową, oraz o Janku, co psom szył buty. Albo rzucanie się jak kamienie na szaniec, albo konformizm i prywatność, nic pośrodku. Jak przystało na rzecz jubileuszową, w spektaklu nie brak odwołań do głośnych inscenizacji polskiej klasyki (m.in. drabina, echo „Kordiana” Hanuszkiewicza z 1970 r.). Kilka scen z inscenizacji Englerta – choćby piramida ze światła i wirtualny śnieg wirujący nad głowami widzów w scenie monologu Kordiana na Mont Blanc – z pewnością zasługuje na włączenie do tej kolekcji.

Juliusz Słowacki, Kordian, reż. Jan Englert, Teatr Narodowy w Warszawie

Polityka 49.2015 (3038) z dnia 01.12.2015; Afisz. Premiery; s. 78
Oryginalny tytuł tekstu: "Narodowa alternatywa"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Rafał Wojaczek pod gwiazdą rozpaczną

Swego czasu stał się idolem i do dziś rozbudza namiętności wśród czytelników. Spośród wielu młodo zmarłych literackich straceńców i nadwrażliwców może jeszcze Halina Poświatowska wywołuje czytelnicze emocje. Blednie za to mit Edwarda Stachury, mało kto wraca do wierszy Andrzeja Bursy czy prozy Marka Hłaski. Dlaczego jedne literackie legendy trwają, inne zdają się rozwiewać?

Mirosław Pęczak
08.12.2001
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną