Tomasz Mackiewicz: himalaista i samouk

Zawieszony
Kilkanaście lat temu wyszedł z heroiny, ale nie uważa, że zamienił jeden nałóg na drugi.
Tomasz Mackiewicz
Leszek Zych/Polityka

Tomasz Mackiewicz

Z dołu i latem Nanga Parbat wygląda przepięknie i sielankowo, ale sielanka to nie jest.
Alif Gulzar/Wikipedia

Z dołu i latem Nanga Parbat wygląda przepięknie i sielankowo, ale sielanka to nie jest.

Zdobycie Nanga Parbat zimą to będzie wielki wyczyn.
Ronald Naar/EAST NEWS

Zdobycie Nanga Parbat zimą to będzie wielki wyczyn.

Poniższy tekst ukazał się w POLITYCE Tomasz Mackiewicz już wcześniej próbował zdobyć ten szczyt. Próba nie powiodła się. Tak w listopadzie 2014 roku pisał o alpiniście Marcin Piątek w POLITYCE.

Tomasz Mackiewicz, himalaista samouk, podejmuje piątą próbę zdobycia zimą ośmiotysięcznika Nanga Parbat. Kilkanaście lat temu wyszedł z heroiny, ale nie uważa, że zamienił jeden nałóg na drugi.

Wyprawa życia to i bałagan życia. Drzwi do gościnnego pokoju małego mieszkania Tomka Mackiewicza na warszawskim Żoliborzu da się otworzyć tylko do połowy, bo podłoga zawalona jest sprzętem wspinaczkowym. Nad plecakami, śpiworami, całym ustrojstwem mającym uratować przed zamarznięciem albo odpadnięciem od ściany, piętrzą się plastikowe worki, w których Tomek poupychał ubrania dla dzieciaków z himalajskich wiosek. To odprysk zbiórki na pokrycie kosztów wyprawy, jaką zorganizował na jednym z portali crowdfundingowych. Odzew był szybki, wspinaczkowa pasja została doceniona kwotą 45 170 zł.

Reisefieber już go wzięła. Kręci się po ekwipunkowym labiryncie. 40 lat. Niewysoki, krępy, o sprężystych ruchach. Na głowie – pomarańczowo-biała czapka z daszkiem i logo Nanga Dream, czyli projektu, który drąży od pięciu lat. Z upodobania do nakryć głowy wzięły się ksywy – Czapa i Czapkins.

Siada przy stole zawalonym papierami oraz sprzętem elektronicznym, który przyda się na wyprawie, bo Tomek nosi w sobie pasję dokumentalisty, czego dowody można znaleźć w internecie. Podrywa się, prezentuje cuda współczesnej odzieży wspinaczkowej. Kurtka, która nic nie waży. Śpiwór, z gwarancją do minus 22 stopni. Lekki jak piórko. Inny – wytrzyma i minus 40. Sprawdzony w poprzednich bojach.

Jeśli chodzi o Nangę, to będzie dla Czapkinsa krok numer pięć. Oprócz K2, to jedyny niezdobyty jeszcze zimą ośmiotysięcznik. Podstawowa trudność wspinaczki o tej porze roku bierze się z położenia góry. Nanga Parbat (8126 m) strzela samotnie ponad płaskowyż. Nie ma tam sąsiednich wzniesień, które odbierałyby trochę siły szalejącym wiatrom. Wspinaczom trudno o kilkudniowe okno pogodowe. Do tego jeszcze bazę trzeba założyć tam bardzo nisko – mniej więcej na 3500 m. W porównaniu z innymi ośmiotysięcznikami, dochodzi jakieś półtora kilometra wspinaczki, w linii prostej. Tam traci się siły, które przydałyby się podczas ataku szczytowego.

Pierwsze próby Mackiewicza, w duecie z Markiem Klonowskim, to był właściwie rekonesans. Pojechali za ostatnie pieniądze, nie najlepiej wyposażeni. Totalni outsiderzy – bez wsparcia sponsorów ani ministerialnej dotacji, należnej oficjalnym wyprawom spod znaku Polskiego Związku Alpinizmu. Nie stać ich było na wynajęcie tragarzy, więc nieśli wszystko na własnych plecach. Zanim dotarli do podstawy masywu, dostali tak w kość, że postanowili wracać.

Próba numer trzy, w tym samym składzie, to już był sukces. Marek wprawdzie wycofał się z powodu złego samopoczucia po kilkunastu dniach wspinaczki, ale Tomek dotarł do wysokości 7400 m – najwyżej od polskiej ekspedycji z 1997 r. pod dowództwem Andrzeja Zawady.

To wtedy wielcy rodzimego himalaizmu po raz pierwszy spojrzeli na niego z uznaniem. Gdy przed pierwszą wyprawą Marek z Tomkiem napisali maila do Polskiego Związku Alpinizmu z informacją o swoich planach oraz prośbą o odpowiedź na kilka szczegółowych pytań dotyczących warunków na miejscu, jak również kwestii technicznych i taktycznych, nie potraktowano ich poważnie. – To było w tym samym czasie, gdy Artur Hajzer wskrzeszał ideę Lodowych Wojowników pod oficjalnym szyldem Polskiego Himalaizmu Zimowego. Najwidoczniej nie podobało mu się, że ktoś może mieć podobny plan i do tego działa zupełnie poza oficjalnym systemem. Trochę się z nas podśmiewali, co było całkiem zrozumiałe, bo w porównaniu z nimi nie mieliśmy żadnego doświadczenia – przyznaje Mackiewicz, który na jedną z wypraw zaopatrzył się w liny w sklepie rolniczym. Akurat była promocja – 30 gr za metr. Kupił prawie dwa kilometry tych lin. Na poręczówki nadawały się w sam raz.

Taktyka na przeczekanie

Nangę zimą można wziąć tylko cierpliwością i twardością. Trzeba dużych umiejętności wspinaczkowych i końskiego zdrowia. Najlepsza taktyka: na przeczekanie. Mackiewicz z Klonowskim tak próbowali. Zakładali obozy pośrednie, rąbali w śniegu i lodzie jamy, w których czekali, aż ustanie huragan i gdy tylko pogoda się poprawiała, podchodzili wyżej. Długie przebywanie na wysokości jednak kruszy największych twardzieli. A Czapkins znosił to zadziwiająco dobrze – gdy wyczuwał, że jest na granicy halucynacji, odkopywał wejście do jamy, dotleniał się, łykając rzadkie powietrze, i wtedy robaki, które obłaziły go w omamach, znikały. Najdłużej w jednej norze kiblował pięć dni. Jeszcze wyruszył w górę, ale poddał się, gdy skończyły mu się zapasy jedzenia i nadchodziło załamanie pogody.

Krzysztof Wielicki, zdobywca Korony Himalajów: – Szacunek środowiska do Tomka rósł proporcjonalnie do jego postępów na tej górze. Dotrzeć zimą na wysokość 7400 m to duża rzecz. Pokazał, że jest twardy. Widzę w nim ten rys charakterystyczny dla wspinaczy z mojego pokolenia – myśmy walczyli do końca, bo nie było pewności, kiedy znów tu wrócimy. Z Tomkiem jest podobnie.

Twardy charakter dostał od życia. Dzieciństwo spędził w Działoszynie – miasteczku położonym mniej więcej w połowie drogi między Radomskiem a Częstochową. Wychowywali go dziadkowie, rodzice byli w ciągłych rozjazdach za chlebem. W 1990 r. wyjechał do szkoły średniej w Częstochowie. Miasto wydawało mu się szorstkie i nieprzyjazne, nie mógł go oswoić, ciągnęło go w otwarte przestrzenie. Próbował wspinaczki, chodził po jaskiniach w pobliskiej Jurze. Podobało mu się, ale nie zdążył się wciągnąć, bo w ramach oswajania nowego miejsca na ziemi ktoś życzliwy podsunął Tomkowi heroinę. Częstochowa dała się lubić.

Na trzy lata wypisał się z rzeczywistości. Żył na ulicy, ostro ćpał. Z dna wydobyła go siostra – zmusiła do podjęcia terapii w ośrodku Monaru na Mazurach. Przetrwał detoks. Pierwszy przebłysk powrotu do normalności miał po kilku tygodniach. – Pewnego dnia zobaczyłem motyla. Kolorowego motyla. To był mały szok, bo od jakiegoś czasu świat był dla mnie czarno-biały. Oczywiście to mogło być urojenie, ale pamiętam, że wtedy po raz pierwszy pomyślałem, że wychodzę na prostą – wspomina.

Po trzech miesiącach poczuł się wyleczony, rygor wewnętrznego życia ośrodka zaczął go uwierać na tyle, że za wszelką cenę chciał się stamtąd wreszcie wyrwać. – Wszyscy naokoło przekonywali mnie, żebym nie wychodził, ale ja wyczuwałem w tym podstęp, to towarzystwo zalatywało mi jakąś sektą, więc się uparłem i w końcu mnie wypuścili.

W Częstochowie stare szlaki przyciągały jak niewidzialny magnes. Kumple czekali. Znów kompot, znów zjazdy na samo dno. Opamiętał się na tyle wcześnie, że zdążył jeszcze wrócić do Monaru. Błagał, by dali mu jeszcze jedną szansę. Udało się, ale cena była słona. Na własnej skórze poczuł, czym są owe legendarne monarowskie dociążenia. Najpierw glajfa, czyli szpetna fryzura tępymi nożyczkami, z którą wyglądało się jak nieboskie stworzenie. Potem trudny status nowicjusza, wbitego w drelich, na samym dnie ośrodkowej hierarchii.

Przez dwa lata przeszedł przez wszystkie role. Przynieś-wynieś-pozamiataj, ogrodnik, świniarz, piecowy, kierownik kuchni, kierownik domu, egzekutor. Spotkania społeczności, na których brano pod lupę wywiązywanie się z przydzielonych im zadań. To był moment szczerości do bólu – jak ktoś się obijał albo robił na odwal się, można mu to było wywalić w twarz, łącznie z bluzgami, zarezerwowanymi specjalnie na tę okazję, bo poza posiadówkami w społeczności przeklinanie było zakazane. Miał to znieść z godnością, wyciągnąć wnioski, zahartować się. Kolejne dociążenie.

Z Mazur w góry

Po wyjściu z Monaru zakotwiczył na Mazurach na dłużej. Zbudował mały jacht, pływał po jeziorach. Bez patentu – uznał, że papierek nie jest mu potrzebny, bo opanował sztukę żeglowania metodą prób i błędów. Potem zjeździł stopem pół świata, na kilka miesięcy zakotwiczył w Indiach – uczył angielskiego trędowate dzieci, którymi opiekuje się tam siostra Helena Pyz. – Wtedy poczułem też przedsmak Himalajów. Wspinałem się po niższych szczytach i z daleka patrzyłem na ośmiotysięczniki – wspomina.

Pierwszym poważnym doświadczeniem wysokogórskim Mackiewicza był trawers masywu Mount Logan, najwyższego szczytu Kanady (5959 m), w 2008 r. Wyprawę wymyślił poznany przez Tomka w Irlandii Marek Klonowski, który kilka lat wcześniej, jako pierwszy Polak, dokonał solowego trawersu McKinleya, a jakiś czas później porwał się na zimową ekspedycję na Logana, jednak po kilkunastu dniach zawrócił z powodu kłopotów ze sprzętem i nieludzkich warunków – huraganowego wiatru i temperatury spadającej do minus 40 stopni.

Marek Klonowski: – Opowiadałem Czapie o Loganie, a on na to, że jeśli mam zamiar tam wrócić wiosną, to chętnie by się ze mną zabrał. Pół roku spędził w Indiach na rowerze. Nie przerażał go brak pieniędzy, perspektywa niedojadania. Świetnie nadawał się na towarzysza tak ciężkiej wyprawy.

Na Loganie spędzili sześć tygodni. Pokonali na piechotę ponad 250 km. Działo się.

Marek wpadł do lodowej szczeliny. Zabrakło im jedzenia, ale spotkani pod szczytem kanadyjscy wspinacze wskazali im depozyt z żywnością pozostawiony przez którąś z poprzednich wypraw. Błądzili w lodowym labiryncie. Ostatni odcinek drogi powrotnej to był spływ górską rzeką. Ponton się wywrócił, ale kolejny raz przetrwali.

Klonowski: – Ta wyprawa to była megaprzygoda. Mieliśmy kupę szczęścia, bo robiliśmy tam masę głupich i ryzykownych rzeczy. Żywcowanie, czyli wspinaczka bez asekuracji. Przeskakiwanie przez szczeliny wydawało nam się zabawne i dziwnie pociągające. Obaj mieliśmy daleko posuniętą skłonność do ryzyka. Dlatego się tak dobrze rozumieliśmy.

Droga Messnera

Marek zgłosił ich wyczyn do podróżniczej nagrody Kolosy w kategorii Wyczyn 2008 r. Tomek nie zdawał sobie sprawy, że taki plebiscyt istnieje. Zwyciężyli. Potem ich drogi się rozdzieliły – Tomek samotnie wszedł na Khan Tengri (7010 m), Marek podróżował. Połączyła ich Nanga Dream.

Marek Klonowski w dalszym ciągu jest w Irlandii. Chwilowo siedzi na zasiłku, otwiera własną działalność, angażuje w projekty społeczne, m.in. z udziałem Greenpeace. Opiekuje się dwójką małych synów. Minionej zimy po raz pierwszy poczuł, że nie nadąża za ambicjami Tomka, że ich wizja wspólnego wspinania się rozjechała.

Nazwałem tę akcję: Nanga Dream, Justice for all. Czyli: sprawiedliwość dla wszystkich. Chcieliśmy pokazać, że marzenia, czyli w tym przypadku Himalaje, są dla każdego, a nie tylko dla elity skupionej w klubach wysokogórskich. Chodziło też o to, by przybliżyć skrawek tamtego surowego świata, tubylców, którzy żyją tam bez prądu, bez bieżącej wody, i wyrwać ludzi tutaj z ich samozadowolenia, z kultu składanego korporacjom. Od ostatniej wyprawy nie rozmawiałem z Czapą, ale wygląda na to, że teraz dla niego celem numer jeden jest szczyt.

Marka zabolał jeden z wywiadów, którego Tomek udzielił po powrocie. Powiedział w nim: wracam na Nangę tylko z kimś, komu mogę zaufać, a najlepiej sam. Dodawał też, że ubiegłoroczna wyprawa to było nieporozumienie: pojechali w sześciu – okazało się, że więcej ludzi to wprawdzie większe możliwości, ale też sprzeczne cele i pomysły, napięcia wywołane przez osobowościowe różnice nie do przezwyciężenia. – Gdy dotarliśmy na miejsce, każdy z uczestników nagrał oświadczenie, że jest tu na własną odpowiedzialność i ryzyko bierze na siebie. A potem dwaj koledzy spadli z lawiną, którą podcięli przez swoje chore ambicje. Cudem z tego wyszli. Akcja ratunkowa to był płacz i zgrzytanie zębów. Co z tego, że nagrywając te oświadczenia, zwolnili mnie z odpowiedzialności, skoro ja bym sobie sam nigdy nie wybaczył tego, że nie udało mi się ich powstrzymać przed wyjściem? – relacjonuje Tomek.

Tegoroczny plan zakłada wspólną wspinaczkę z Włochem Daniele Nardim i Francuzką Elisabeth Revol – oboje mają już zimowe doświadczenie na Nandze. Nie znają się z Tomkiem, skumali się przez internet. Uzgodnili, że na miejscu wspólnie założą obóz, wynajmą kucharza i z bliska ocenią, na ile realne jest wejście na szczyt drogą, którą wcześniej sobie upatrzyli – względnie krótką, ale jednocześnie niebezpieczną, najeżoną serakami, czyli lodowymi głazami wielkości tira, które w każdej chwili mogą się oberwać i pociągnąć za sobą lawinę.

Marek Klonowski: – Jeśli to droga Messnera, jest cholernie ryzykowna. Byliśmy świadkami kilku lawin, które tamtędy schodziły. Podmuch jednej z nich nas sięgnął, mimo że wchodziliśmy inną drogą. Jacek Teler, himalaista i przewodnik, obecny na ubiegłorocznej wyprawie: – Z Czapą nie nadawaliśmy na tych samych falach, ale jedno muszę mu oddać: ma w sobie naturalne wyczucie własnych ograniczeń i potrafi przenieść ten instynkt na górę, na najbliższy zakręt, na pogodę. Na taki dar trzeba harować na kilkunastu wyprawach, a i tak większość wspinaczy, których znam, ma to wyuczone. U Czapy to czysta intuicja. Może to doświadczenie życia na ulicy? – zastanawia się Teler. I dodaje: – Jeśli do tego instynktu Tomek dodał dobre przygotowanie, czyli postawił szlaban balangom, może zajść naprawdę wysoko.

Świat, który wciąga

Tomek mówi, że jest już zmęczony pięcioletnim zawieszeniem między dwoma światami. Jest Warszawa, gdzie w wynajętym mieszkaniu żyje z drugą żoną Anią i dwójką dzieci (ma jeszcze dwoje z pierwszego małżeństwa). To życie to jest w ostatnich dwóch latach stres, nerwy i brak perspektyw. Po założonej przez Tomka firmie, która zajmowała się stawianiem masztów na potrzeby przyszłych farm wiatrowych, zostały długi – jakieś przepisy nie weszły w życie, główny kontrahent Tomka wycofał się z Polski i było po biznesie. Ale od dobrych znajomych Czapkinsa można usłyszeć, że myślenie kategoriami vatów, kontraktów, relacji z klientem to jest zupełnie nie jego bajka. Tomek przyznaje: – Skoro większość energii jest skupiona na tym, co tam, w górach, to brakuje jej, żeby poukładać sprawy na miejscu.

Bo ten drugi świat, odległy o kilka tysięcy kilometrów, wciąga go coraz bardziej. Tam jest wiara w to, że zbierane przez cztery lata doświadczenie wreszcie się opłaci. Poczucie, że tej góry można się nauczyć. Są przestrzenie, które dostarczają metafizycznych doznań, zwłaszcza po wyrwaniu się z warszawskiego betonu. Silne bodźce, których Tomek potrzebuje, chociaż nie uważa, że ma to jakiś związek z dawnym uzależnieniem. Dzieciaki w łachmanach z himalajskich wiosek Lattabo i Syr czekające na prezenty i kolejny panel słoneczny, który da trochę prądu, żeby mogły wieczorem odrobić lekcje. Są Abdul i Rachmad, których Tomek nauczył obsługiwać Windows i oddał trochę swojego sprzętu do wspinaczki, a oni podczas poprzedniej wyprawy pomagali wyciągać chłopaków z lawiny. Zapraszali Tomka, żeby kiedyś przyjechał z Anią i z dzieciakami. Tomek mówi, że bardzo chciałby zabrać tam swoich bliskich i poznać z ludźmi, za którymi tęsknił Stachura – wciąż mających w sobie dużo człowieka.

Zbierając materiały do tekstu, korzystałem z wywiadów z Tomkiem Mackiewiczem opublikowanych na portalu off.sport.pl.

Czytaj także

Trendy, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj