Ludzie i style

Ciężka choroba

Czy dieta na Jezusa i testy DNA naprawdę pomagają zrzucić wagę?

Gdyby istniała jedna dieta cud – której uparcie poszukują otyli – nie byłoby tysiąca innych. Gdyby istniała jedna dieta cud – której uparcie poszukują otyli – nie byłoby tysiąca innych. PantherMedia
Ucieczka przed kaloriami przyspiesza. Kilogramów od tego pędu się jednak nie traci, gdy nie odchudzamy się z głową.
Niezmuszanie dziecka do jedzenia, by nie wyrosło na otyłego nastolatka i dorosłego łowcę diet, trzeba by zacząć już od... dnia narodzin.Image Source/Getty Images Niezmuszanie dziecka do jedzenia, by nie wyrosło na otyłego nastolatka i dorosłego łowcę diet, trzeba by zacząć już od... dnia narodzin.

Mamy teraz w sprzedaży 311 tytułów z tego obszaru – informuje w Empiku korpulentna sprzedawczyni, posiłkując się komputerem. Obszar książek o dietach jest rzeczywiście imponująco rozległy, jakby proporcjonalnie do obwodu pasa zainteresowanych, którzy mogą wybrać między „Adios kilogramos” i „Jedz pysznie, chudnij cudnie” a książkami „Bądź fit”, „Dieta paleo” czy „Dieta Buddy”.

Wydawcy doskonale zdają sobie sprawę z rywalizacji o otyłego klienta, więc wiedzą, że tytuł przyciągnie bardziej niż autor, a nawet sama treść. Bo co komu mówi nazwisko Dona Colberta? Za to jego poradnik „Co mógł jadać Jezus?”, z podtytułem „Biblijna recepta na długowieczność – dieta, jak przeżyć 33 lata”, adresowany jest nie tylko do parafialnych gospodyń (swoją drogą trzeba być naiwnym, by skorzystać z porad, które pozwalają dożyć 33 lat i nazywają to długowiecznością).

Ale naiwnych nie brakuje. „Chrzań te diety” – okładka z taką komendą połyskuje na półce z nowościami. Dobijając tych, którzy nie po to tu przecież przyszli, by teraz zniechęcać ich do lektury. Dziennikarka Krystyna Romanowska i dietetyczka Agnieszka Piskała – autorki, które postanowiły wpędzić amatorów diet w poczucie winy – słusznie przyznają, że to słowo stało się demonem. Wzięły więc na warsztat mity dotyczące właściwego odżywiania, chcąc pozostać w kontrze do 311 innych dietetycznych podręczników, choć nawet w ich książce nie brakuje podpowiedzi niekoniecznie mających naukowe podstawy. Dlatego prof. Magdalena Olszanecka-Glinianowicz, szefowa Polskiego Towarzystwa Badań nad Otyłością, sprzeciwia się temu, by leczenie nadmiernej tuszy powierzać wyłącznie dietetykom: – Otyłość jest chorobą, więc tylko lekarz może właściwie zdiagnozować jej przyczynę oraz ocenić ryzyko powikłań. Ponadto może zaplanować całość adekwatnego leczenia.

Wyjść poza dietę

Co proponują dietetycy? Zazwyczaj odchudzające menu i trochę ruchu. – W dodatku nie ponoszą odpowiedzialności zawodowej za konsekwencje swoich działań i to jest tragiczne w aspekcie konsekwencji, jakie ponoszą pacjenci – dodaje profesor, której nie podoba się, że wiele miejsc udzielających porad działa bardziej w sferze biznesowej niż medycznej. – Chciałabym, aby dietetycy spojrzeli szerzej na swoją rolę, nie tylko jako osób układających diety. Chyba bardziej doceniam ten zawód niż oni sami.

Cały kłopot bierze się stąd, że mało kto uznaje otyłość za chorobę. Nie używamy sformułowania leczenie, tylko odchudzanie, choć zdaniem prof. Olszaneckiej-Glinianowicz kuracja odchudzająca częściej bywa szkodliwa dla zdrowia, jeśli ktoś robi to na własną rękę lub poddaje się rozmaitym modom.

Tymczasem nie można być otyłym i jednocześnie zdrowym! Angielskie słowa fat (otyły) i fit (wysportowany) różni tylko jedna litera, ale grubasy nawet na oko wyglądający kwitnąco mają w porównaniu ze szczupłymi rówieśnikami dużo wyższe ryzyko rozmaitych chorób. Jak zasugerowali dziennikarze w naukowym magazynie „New Scientist”, gdzie ukazał się raport w tej sprawie, wiadomości te są fatalne dla puszystych, ale... całkiem dobre dla społeczeństwa. Może wreszcie skłonią decydentów, by zwrócili większą uwagę na problem narastającej otyłości? Indywidualne decyzje (chcę schudnąć, więc zacznę mniej jeść i więcej się ruszać) nie wystarczają. Na jakie strategie warto więc postawić?

W książce „Chrzań te diety”, gdzie autorki miały odwagę rozprawić się z dyktatem wielu teorii budzących uśmiech ekspertów, znajdujemy też o dziwo zachętę do korzystania z testów genetycznych jako pomocnych w dziele odchudzania. Czyżby genetyka podsuwała nam gotowe recepty? Biologia z pewnością przynosi pewne podpowiedzi, dlaczego jedni tyją bardziej, a inni mniej, ale daleko jeszcze do rozwiązania problemu. Agnieszka Piskała, która we wspomnianej książce przyznaje się do korzystania w pracy z testów genetycznych, jako dietetyczka być może nie wie, że w żadnym renomowanym piśmie naukowym nie było dotąd artykułu, który by rzetelnie potwierdzał randomizowanymi badaniami fachowość tzw. genodiet. Słono kosztują, a pożytek z nich skromny.

Prof. Olszanecka-Glinianowicz komentuje: – Oczywiście krótkoterminowo, jeżeli pacjent uwierzy, że ma mu to pomóc, będą efekty, bo bardziej się zaangażuje. Ale to nie wystarcza, aby powiedzieć, że genodieta to coś opartego na dowodach naukowych.

Ale firmy prywatne oferujące tego typu testy wyrastają jak grzyby po deszczu. W reklamach wiele obiecują: co możesz jeść, ile, o jakiej porze dnia i dlaczego. Tylko nie ma ani słowa o tym, że nawet jeśli badanie uwzględni znane czynniki ryzyka genetycznego, to łącznie odpowiadają one za 5 proc. odchyleń od normy. Prof. George A. Bray z Louisiana State University – znany amerykański ekspert od otyłości, który zaczął ją leczyć już w latach 60. – powiada, że „geny ładują pistolet, a środowisko działa jak spust”. W dodatku, przypominają genetycy, nie znamy wszystkich genów mogących mieć znaczenie przy tyciu.

Mimo to polscy dietetycy dający się namówić na współpracę przy genodietach (dobry biznes!) zapewniają, że wykrycie genu otyłości FTO stanowi cenną podpowiedź w ich pracy. Ba, jest to gen faktycznie najlepiej przebadany i wiadomo o nim, że reguluje apetyt. Ale jego różne warianty wpływają nie tyle na zwiększenie spożycia pokarmu, co na to, jak ludzie gromadzą lub spalają kalorie. Wpływ na apetyt jest więc bardziej subtelny. I są rzadkie choroby, gdzie rzeczywiście występuje prosta korelacja między defektem genetycznym a tuszą – na przykład przy wrodzonym niedoborze hormonu leptyny warto wykonać badanie genetyczne, ale u innych komercyjne testy są niewiele warte. Być może w DNA mamy geny sprzyjające tyciu oraz takie, które tłumią ten proces? Wzajemnych interakcji jeszcze nie poznano, więc nazywanie modnej genetyki ostatnią deską ratunku wygląda na stanowczo przedwczesne.

Ale jest też druga strona medalu: może właśnie od zrozumienia podstaw dziedziczenia walkę z tuszą należałoby zacząć? Zbyt wielu ludzi nadal uważa, że otyłość sprowadza się do lenistwa, obżarstwa i braku silnej woli. Wystarczy rzut oka znad plażowego parawanu, by spostrzec, jak otyłość przekazywana jest w rodzinach z pokolenia na pokolenie. „Jeśli chcemy uchwycić moment, w którym apetyt zaczyna mieć wpływ na otyłość i odwrotnie, to należy się cofnąć naprawdę do początku naszego życia” – twierdzi we wspomnianym raporcie „New Scientist” Clare Llewellyn z University College w Londynie. Badania 2,4 tys. par bliźniąt pokazały, że dzieci z nadwagą wcale nie jedzą tłustszych i słodszych rzeczy. Jedzą tylko ciut więcej niż inni, za to ich rodzice odżywiają się niezdrowo – zarówno jeśli chodzi o skład diety, jak i nawyki w kuchni oraz przy stole. Zdaniem badaczki to środowisko wpływa na otyłość i w dużej mierze kształtuje nasze geny – ale mając na uwadze wpływ otoczenia, chodzi jej o to, co jemy w dzisiejszych czasach i jak.

Tulenie przez karmienie

Po pierwsze, osoby z genetycznym usposobieniem do nadwagi konsumują tyle białka i cukru, ile nie byłoby możliwe w dawnych czasach – bo artykuły spożywcze puchnące od tych składników są na wyciągnięcie ręki w restauracjach i supermarketach. Po drugie, nieelegancko jest zostawiać cokolwiek na talerzu – z tym przeświadczeniem wychowywana jest większość dzieci. Gdy dorosną, a geny predysponują je do nadwagi, nie będą potrafiły odmówić sobie ostatniego kęsa, nawet gdy w połowie obiadu poczują się syte.

Niezmuszanie dziecka do jedzenia, by nie wyrosło na otyłego nastolatka i dorosłego łowcę diet, trzeba by zacząć już od... dnia narodzin. W niektórych amerykańskich szpitalach położniczych w Pensylwanii wprowadzono dla rodziców kursy właściwego odczytywania płaczu niemowląt – aby matki potrafiły odróżnić, kiedy bobas odczuwa głód i należy podać mu pokarm, a kiedy krzyczy z innego powodu. Program szkolenia zatytułowano „czułe rodzicielstwo” (responsive parenting), i wbrew swej nazwie uczy, że karmienie nie zawsze jest właściwą reakcją na płacz. – Bo wcale nie musi oznaczać głodu – przyznaje prof. Magdalena Olszanecka-Glinianowicz. – Dziecko może potrzebować samej bliskości. Jeżeli wtedy dostaje pokarm, przestaje płakać, gdyż matka bierze je na ręce, przytula. W miarę upływu czasu żywienie kojarzy mu się z miłością i troską rodziców, co w późniejszym życiu może się przekładać na jedzenie w sytuacjach emocjonalnych.

Dietetycy mają swoje sposoby nakłaniania otyłych pacjentów do zmiany zachowań w sytuacjach stresowych. Pogadanki o zdrowym odżywianiu już nie wystarczają, gdyż klienci czują do nich wyraźny wstręt. Tu trzeba być trochę psychologiem, bo bez poprawy nastroju z otyłością walczy się trudniej. Wszak rozciągnięcie żołądka i przyjemne uczucie sytości uruchamiają kaskadę przemian biochemicznych, włączając w to układ nagrody w mózgu. „Nie można kupić szczęścia, ale możesz kupić u nas obiad – a to już coś” – reklamuje się jedna z restauracji, celnie trafiając w niezaspokojone popędy obżartuchów. Chcesz schudnąć – zamiast z obłędem liczyć kalorie, trzeba włączyć w to szare komórki.

Co ciekawe, jeden z dwóch leków wykorzystywanych obecnie przy leczeniu otyłości w Europie (w USA dopuszczono na rynek cztery; może dlatego, że co 20. Amerykanin waży już ponad 150 kg) zawiera dwie substancje czynne, które pojedynczo od wielu lat stosowane są przy terapii depresji, uzależnieniach od nikotyny i alkoholu. Nowatorskie jest więc tylko ich połączenie, które powoduje skuteczność w aspekcie wpływu na pobór pokarmu poprzez zwiększenie odczuwania sytości oraz zmniejszenie potrzeby jedzenia dla przyjemności.

Nie wychodź po sprawunki głodny. Unikaj przysmaków, kiedy pracujesz. Nie zajadaj stresu. Ugotuj mniejszą porcję ulubionej potrawy. Wyobraź sobie, że twój tłuszcz to pasożyt, i nie dokarmiaj go – podziel talerz na pół, bo jedna z połówek to posiłek dla twojego pasożyta, więc lepiej z niej zrezygnować. Jeśli masz słabość do czekolady, to kup mały baton i noś przy sobie, ale go nie otwieraj – w miarę upływu czasu, i wbrew logice!, staniesz się mniej skłonny do wybaczania sobie różnych grzeszków. Ilu dietetyków, tyle różnych sztuczek, by wpłynąć na psychikę pacjentów. – Mam żelazną zasadę, której nigdy nie łamię: nie obiecuję cudów – dobitnie stwierdza prof. Olszanecka-Glinianowicz. – Ode mnie zależy 20 proc. sukcesu w leczeniu, a 80 proc. od tego, czy pacjent będzie starał się współpracować i zgodzi się na zaproponowane leczenie.

Gdyby istniała jedna dieta cud – której uparcie poszukują otyli – nie byłoby tysiąca innych. Ale odchudzanie nie jest tak proste jak zakupy w dzisiejszej cywilizacji przesytu. Uczucie głodu trudno kontrolować, bo działa poza świadomością. Stąd jeśli chcemy dać odpór epidemii otyłości – samo indywidualne nastawienie już nie wystarczy.

Odpowiedź powinna mieć wymiar społeczny, potrzebne są decyzje quasi-polityczne: zmniejszenie porcji niezdrowych dań w restauracjach, obniżenie kaloryczności posiłków w fast foodach, większa przejrzystość znakowania żywności w sklepach.

W badaniach wiele z tych postulatów się sprawdza: zredukowane racje pokarmowe ograniczają dowóz kalorii, wyższe ceny jedzenia śmieciowego – zniechęcają konsumentów. W praktyce jest już jednak dużo trudniej, gdyż na epidemii otyłości tuczą się nie tylko autorzy diet i wydawcy poradników, ale cały przemysł spożywczy. I tak jak w przemyśle farmaceutycznym, zatrudniono w nim wielu lobbystów skutecznych w zdobywaniu przychylności polityków, dla których walka z niezdrowym żarciem jest po prostu nieopłacalna.

Tuczenie marketingiem

Burmistrz Nowego Jorku poległ w 2013 r. przy próbie wprowadzenia zakazu sprzedaży olbrzymich kubków ze słodzonymi napojami w restauracjach i fast foodach, choć niektórzy rynkowi giganci zaklinają się, że zależy im na zdrowiu dzieci, i promują małe opakowania o obniżonej kaloryczności. Owszem, kaloryczność frytek z Burger Kinga przez 50 lat spadła o 30 proc., głównie za sprawą skromniejszych rozmiarów i mniejszej ilości tłuszczu. McDonald’s swoje kurczaki McNuggets, które sprzedaje od 1983 r., od 14 lat produkuje wyłącznie z białego mięsa, a od ubiegłego roku bez sztucznych konserwantów. Tylko czy to wystarcza? Klienci wracają również po mniej zdrowe potrawy.

Już tej jesieni sieć Carrefour Polska zamierza wprowadzić nowy, dodatkowy system znakowania żywności, który w formie kolorowych piktogramów będzie informować konsumentów o wartościach odżywczych i zalecanej częstotliwości spożywania danych produktów. Ma to ułatwić wybór: co jeść bardzo często (trójkąt zielony), często (niebieski), umiarkowanie (pomarańczowy) lub sporadycznie (fioletowy). Francuscy pomysłodawcy na konferencji w warszawskim Instytucie Żywności i Żywienia przekonywali, że cała żywność dopuszczona na rynek jest zdrowa, a powinniśmy jedynie wybierać ją z różną częstotliwością.

To sprytne, bo jeśli na chipsach i frytkach pojawi się fioletowy znaczek pozwalający na sporadyczne spożycie, niewyedukowany klient i tak włoży je do koszyka. Nie zrezygnuje na rzecz zdrowszych przekąsek, więc towar tak czy siak „zejdzie” z półki. Byłoby etyczniej, gdyby handlowcy wycofali ze sprzedaży litrowe słoiki majonezu, 2,5-litrowe butelki coli, batony XXL oraz przeszło ćwierćkilogramowe (sic!) opakowania chipsów i snacków. Podczas wspomnianej konferencji tylko Andrzej Gantner, dyrektor Polskiej Federacji Producentów Żywności, wyraził obawę, czy w ślad za decyzją Carrefoura inne sieci supermarketów nie będą chciały wprowadzać własnego systemu znakowania żywności i w tym chaosie klient (również otyły) szybko się pogubi.

Zdaniem prof. Magdaleny Olszaneckiej-Glinianowicz obecne oznaczenia są już dostatecznie skomplikowane i ludzie z nich nie korzystają: – System kolorów wydaje się prostszy, tylko jakie kryteria zadecydują o zaliczeniu do nich poszczególnych produktów? Czy chipsy z buraka będą oznaczone na zielono, a ziemniaczane na fioletowo?

Trudno na razie ocenić, jak ten dodatkowy system wpłynie na zachowania konsumentów. Czy przy odchudzaniu nie będzie już potrzebne rytualne liczenie kalorii? Zdaje się, że najzdrowiej liczyć po prostu na siebie.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

Groźny spam z Afryki Zachodniej

Uwaga, powracają internetowi oszuści z Afryki Zachodniej. Próbują starych szwindli w nowej technologicznej odsłonie.

Jędrzej Winiecki
14.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną