Himalaista Piotr Pustelnik o swoich niezwykłych doświadczeniach

Diabelska alternatywa
Rozmowa z Piotrem Pustelnikiem, zdobywcą Korony Himalajów, o tym, jak w górach pozostać człowiekiem i o wzniesieniach czekających na nizinach.
Piotr Pustelnik (z prawej) z Ryszardem Pawłowskim na szczycie K2, 14 lipca 1996 r.
Archiwum Piotra Pustelnika/Archiwum prywatne

Piotr Pustelnik (z prawej) z Ryszardem Pawłowskim na szczycie K2, 14 lipca 1996 r.

„Przed każdą wyprawą w Himalaje miałem głowę pełną czarnych scenariuszy. Dobrze było te strachy przepracować, żeby potem, w obliczu niebezpieczeństwa, w miarę jasno myśleć”.
Archiwum Piotra Pustelnika/Archiwum prywatne

„Przed każdą wyprawą w Himalaje miałem głowę pełną czarnych scenariuszy. Dobrze było te strachy przepracować, żeby potem, w obliczu niebezpieczeństwa, w miarę jasno myśleć”.

Piotr Pustelnik (ur. 1951 r.) – trzeci Polak (po Jerzym Kukuczce i Krzysztofie Wielickim), który zdobył Koronę Himalajów.
Wydawnictwo Literackie

Piotr Pustelnik (ur. 1951 r.) – trzeci Polak (po Jerzym Kukuczce i Krzysztofie Wielickim), który zdobył Koronę Himalajów.

Marcin Piątek: – Mówiąc „himalaista”, myślimy: twardziel, nieludzko odważny, trochę szaleniec. A Piotr Pustelnik mówi o sobie: byłem średniakiem, prześladowało mnie to.
Piotr Pustelnik: – Rzeczywiście poczucie, że nie mam jakichś ponadprzeciętnych cech, wryło mi się głęboko w umysł. Nie miałem ambicji wchodzić do historii alpinizmu, ale chciałem zostawić po sobie jakiś ślad. Myślałem jednak, że nic z tego nie będzie. Pierwszy kurs wspinaczkowy oblałem... Nawet pierwsze wejście na ośmiotysięcznik, Gaszerbrum II, nie wywołało u mnie poczucia, że to wielki wyczyn. Wydawało mi się, że robię w tych górach rzeczy niezbyt trudne, dostępne prawie każdemu alpiniście. Na ścieżkę ambitnych wejść wciągnęli mnie dopiero moi przyjaciele i towarzysze – Piotrek Morawski i Peter Hamor. Powtarzali: stary, ty naprawdę coś potrafisz, niepotrzebnie się katujesz.

Paradoks: pan, nadwrażliwiec, prześladowany przez strach przed ryzykiem, jakie czeka w górach, prze w Himalaje na wieść o śmierci bułgarskiego wspinacza Christo Prodanowa.
W góry chciałem jeździć już wcześniej. Prodanow niesamowicie mi imponował, bo miał w sobie odrobinę szaleństwa, którego mnie brakowało – wtedy, w 1984 r. na Evereście, wybrał bardzo niebezpieczną zachodnią grań, i przelicytował. Ale jego wypadek wpłynął na moje myślenie o wspinaczce – że owo szaleństwo w górach trzeba umieć hamować. Wycofywałem się zawsze, gdy ryzyko było dla mnie nieakceptowalne albo jeśli obawiałem się, że mogę wpakować się w sytuację, w której nie zachowam się tak, jak człowiekowi przystało. Miałem zasadę – nie pchać się tam, gdzie góra może powiedzieć: sprawdzam. To jest diabelska alternatywa.

O ile się da. Annapurna, 2006 r., trzeci raz próbuje pan na nią wejść. Niedaleko przed szczytem diabelska alternatywa dopada pana i Piotra Morawskiego. Musicie zdecydować: sprowadzić dopiero co poznanego wspinacza z Tybetu Luo Tse, który dostał ślepoty śnieżnej, czy iść w górę z przyjacielem Peterem Hamorem.
Nie wyobrażaliśmy sobie, że możemy zostawić niewidzącego człowieka i iść dalej. Mogliśmy przyjąć optymistyczne założenie, że wkrótce odzyska wzrok i zejdzie później sam albo z naszą pomocą, ale to było ogromne ryzyko. Podstawowa zasada w górach mówi, że w pierwszej kolejności pomaga się temu, kto cierpi.

Zasady zasadami, ale Hamor to przyjaciel. A Annapurna to góra killer. Jedna trzecia z tych, którzy próbowali ją zdobyć zginęła.
Sugerowałem Piotrowi, żeby poszedł za Peterem, a ja powolutku zejdę z Luo Tse, ale Piotr przytomnie zauważył, że jeśli tylko Luo Tse się zsunie, to go nie utrzymam i spadniemy obaj. Inna sprawa, że byłem na Luo Tse wściekły. Naraził nas wszystkich przez swoją głupotę. Oślepł, bo źle założył okulary! Można je zgubić, ale źle założyć?! Po czasie zrozumiałem, że na etapie kompletowania składu powinienem być bardziej stanowczy. Powiedzieć: nie znam cię, nic nie wiem o twoich umiejętnościach, nie chcę, żebyś z nami szedł. Nie zrobiłem tego. Wkrótce okazało się, że Luo Tse jest kiepskim wspinaczem i wymaga opieki, a Peter był z nas najmocniejszy. Założyłem więc optymistycznie, że da sobie radę.

Jak bardzo wyniszczająca jest obawa przed konsekwencjami nietrafnych decyzji?
Często w górach cierpiałem, będąc więźniem swoich wyobrażeń. Jednak tamto zdarzenie tak mną wstrząsnęło, że chciałem wycofać się z Himalajów. Ale potem uświadomiłem sobie, że nie da się przejść przez ośmiotysięczniki jak po sznurku i że trzeba zapłacić za to cenę, jaką są rysy w psychice.

Wtedy Peter zdobył szczyt. Schodząc, chciał nam pomóc, ale kazałem mu iść do bazy i tam organizować pomoc. Znów przeżywałem katusze związane z tym, że puściłem człowieka samego. Na szczęście był ze mną Piotrek, twardy i odważny, nie przyjmował do wiadomości, że możemy tam pozostać, i na szczęście, zanim osłabliśmy z głodu, Luo Tse ocknął się w namiocie i powiedział: dobra, już widzę. Gdy dotarłem do bazy, wyglądałem jak własny portret pamięciowy. Można mnie było przewiesić przez ramię, jak futro ze srebrnego lisa. Z całej tej przygody najbardziej zapamiętałem strach przed śmiercią z głodu, powolną torturą, deterioracją, na którą nic nie można poradzić. Ta myśl była paraliżująca, ale w końcu się opanowałem, bo gdy coś wydaje się nieuchronne, to trudno z tym walczyć.

Strach to w górach przyjaciel czy wróg?
Ludzie, którzy się boją, są przewidywalni. I odwrotnie. Jeśli spotykasz w górach kogoś, kto się niczego nie boi, trzeba się od niego czym prędzej oddalić, bo przebywanie w jego towarzystwie jest niebezpieczne. Na szczęście zdecydowanie więcej jest tych, którzy się boją. Najbardziej boisz się przed. W Tatrach, gdy dochodziliśmy pod ścianę i trzeba było rozłożyć sprzęt, to ja często miałem ze strachu żołądek jak kamień. Ale po pierwszych trzech krokach w górę odzyskiwałem spokój. Przed każdą wyprawą w Himalaje czytałem mroczne statystyki, dramatyczne relacje poprzedników i głowę miałem pełną czarnych scenariuszy. Gdy już się nabałem i nawyobrażałem, włączała się racjonalna analiza ryzyka. Dobrze było te strachy przepracować w głowie, żeby potem, w obliczu niebezpieczeństwa, w miarę jasno myśleć.

Nieraz był pan kierownikiem wypraw. Czy wypada, żeby kierownik się bał?
Odpowiedzialny kierownik musi się bać za siebie i za innych. Najtrudniejsze rozmowy, jakie miałem w górach, dotyczyły odwrotów. Pamiętam dwie. Jedną z R.D. Coughranem, moim amerykańskim przyjacielem, na Nanga Parbat. Miał zatrucie żołądkowe, słabł z minuty na minutę, ale parł do góry. Dobre cztery godziny, do późnej nocy, przekonywałem go, żeby się wycofał. Mogłem mu po prostu wydać rozkaz, ale to nie było w moim stylu. Ceniłem sobie jego przyjaźń i nie chciałem jej niszczyć autorytaryzmem.

Drugą taką dramatyczną rozmowę miałem z Piotrkiem Morawskim, na Annapurnie w 2006 r., gdy ja musiałem się wycofać, a on samotnie chciał zaporęczować teren i zdobyć szczyt. Błagałem go, żeby się tam nie pchał, bo uważałem to za nieakceptowalne ryzyko. On – że wszystko będzie dobrze i da sobie radę.

Jakie argumenty działają w takich sytuacjach?
Najbardziej trywialny – że góra będzie za rok. Ostra jazda po emocjach osobistych, przypominanie o domu, gdzie czeka rodzina. Prosiłem Piotra, żeby postawił się w mojej sytuacji – życia z poczuciem winy za śmierć przyjaciela. W końcu mnie posłuchał, zawrócił, ale gdyby złamał dyscyplinę, oczywiście bym mu wybaczył, bo przecież wiem, że z decyzją o odwrocie, choć jest ona często zwycięstwem rozumu, trudno się pogodzić. Dobre dwa tygodnie nie mogłem spojrzeć mu w oczy, bo czułem, że nie zdobył tej góry przeze mnie, a nie przez własne ograniczenia. Ale pozostaliśmy bliskimi przyjaciółmi aż do śmierci Piotra (zginął w 2009 r., wpadł do szczeliny pod Dhaulagiri – red.).

Czytaj także

Trendy, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną