Żyd, wieczny Polak
Podwójna tożsamość to problem, z którym żyje każdy Polak pochodzenia żydowskiego, a zwłaszcza piszący po polsku twórca – mówił przed laty POLITYCE Arnold Mostowicz.
Arnold Mostowicz (1914–2002)
Małgorzata Kujawka/Agencja Gazeta

Arnold Mostowicz (1914–2002)

Rodzina jego ojca pochodziła z Krośniewic pod Kutnem, ze środowiska chasydów.
Grzegorz Press/Polityka

Rodzina jego ojca pochodziła z Krośniewic pod Kutnem, ze środowiska chasydów.

Artykuł ukazał się w tygodniku POLITYKA w kwietniu 2001 r. Arnold Mostowicz zmarł 3 lutego 2002 r.

– Istnieje coś takiego jak polsko-żydowska wyjątkowość, która sprawia, że odpowiedź na pytanie: kim jestem, w różnych momentach historii brzmi inaczej – mówi Arnold Mostowicz, lekarz łódzkiego getta, dziennikarz, pisarz nazywany polskim Dänikenem, a dziś prezes Stowarzyszenia Żydów-Kombatantów. Wojna wybuchała dla niego dwa razy: bo Hitler wypowiedział ją Polsce, bo wypowiedział ją Żydom. Polska na przemian to akceptowała jego patriotyzm, to wypominała obcość.

– Ta podwójna tożsamość to problem, z którym żyje każdy Polak pochodzenia żydowskiego, a zwłaszcza piszący po polsku twórca – mówi Arnold Mostowicz. – Tego nie ma nigdzie indziej na świecie. Proust nie zastanawiał się, czy jest Żydem, czy Francuzem. Zmagał się z tym Tuwim, który całe życie uważał się za Polaka, pisywał nawet antysemickie wierszyki, by w czasie okupacji stworzyć apel: My, Żydzi polscy. Albo Artur Szyk, miniaturzysta i ilustrator związany ze środowiskiem Piłsudskiego. Na wieść, że we Lwowie legioniści dokonali pogromu Żydów, zrezygnował z polskiego obywatelstwa, by przyjąć je na powrót, gdy bolszewicy w 1920 r. napadli na Polskę. Ja ani na chwilę nie przestałem czuć się Polakiem, a jednocześnie nigdy nie negowałem swojego pochodzenia. Może czasem zbyt słabo je podkreślałem.

Arnold Mostowicz urodził się w Łodzi w 1914 r. Rodzina jego ojca pochodziła z Krośniewic pod Kutnem, ze środowiska chasydów. Dziadek całe życie studiował Talmud. Rodzinę utrzymywała babcia prowadząc mały kramik z warzywami. Ojciec Mostowicza, najmłodszy z ośmiorga rodzeństwa, jak wielu ze swojego pokolenia próbował wyrwać się z ciasnego świata sztetl – małych, biednych żydowskich miasteczek nasiąkniętych religijną ortodoksją. Do Łodzi – ówczesnej ziemi obiecanej – poszedł pieszo. Zaczynał jako chłopiec na posyłki u znanego łódzkiego kupca Zachariasza Warszawskiego. Potem awansował na subiekta. Jak bohater pozytywistycznej nowelki, mieszkając na zapleczu magazynu uczył się nocami, by zdać rosyjską maturę jako ekstern. Wyjechał do Warszawy studiować prawo. Tam trafił do kręgu literackiego skupionego wokół Pereca, zaangażował się w teatr, pisał, grał, reżyserował. Jeździł po Polsce ze znanym pisarzem Szolemem Alejchemem, recytując jego utwory na spotkaniach autorskich. Wrócił do Łodzi wyswatany z córką bogatego felczera. Żeby utrzymać rodzinę, założył sklep z manufakturą, ale że nie miał serca do handlu, po kilku latach zrobił plajtę. Wrócił na posadę, a cały wolny czas poświęcał teatrowi.

Dlaczego wróciłem?

– Ojciec ściągnął do Łodzi całą rodzinę z Krośniewic – wspomina Mostowicz. – Jeden z wujków został buchalterem, drugi wyuczył się parasolnictwa, ciotki pracowały jako krawcowe. Pamiętam dom mojej babki, gdzie mówiło się wyłącznie w jidisz, a na rodzinnych spotkaniach głównym daniem był groch z pieprzem. Z kolei rodzina ze strony matki była niemal całkowicie spolonizowana. Jej brat przeszedł nawet na katolicyzm. U nas w domu też mówiło się po polsku. Moi koledzy to w 90 proc. byli Żydzi, ale zasymilowani. Łódź była wielonarodowa, ale czuło się, jak z każdym rokiem narasta antysemityzm. Tu sytuacja była specyficzna, większość fabrykantów stanowili Żydzi, więc walka robotników o zarobki była walką przeciwko Żydom. Klasa robotnicza była tu wyjątkowo nacjonalistyczna. Miałem szczęście, bo nie doświadczyłem tego na własnej skórze, ale wielu moich kolegów było ofiarami bójek i napadów. Jedno wiedziałem na pewno: żydowskie dziecko nie może wychodzić na ulicę w czasie procesji Bożego Ciała czy innych świąt religijnych. To kolejna, wyjątkowa cecha polskiego antysemityzmu: jest on katolicki. Dość wspomnieć o zatruciu duszy przez jadowicie antyżydowskie pisma „Mały Dziennik” i „Rycerz Niepokalanej” ,wydawane przez o. Maksymiliana Kolbego. Ale o tym się nie mówi, bo on tu jest świętym.

Ta szara, kamienna, ksenofobiczna Łódź międzywojnia wypiękniała we wspomnieniach. Mostowicz poświęcił jej dwie książki: fabularyzowaną „Balladę o Ślepym Maksie” – opowieść o szefie łódzkiej dintojry, żydowskim Robin Hoodzie, który przed wojną rządził przestępczym półświatkiem, oraz tomik wspomnień „Łódź, moja zakazana miłość”. Ale świata żydowskiej Łodzi nie sposób wspominać normalnie, bo nie sposób pozbyć się świadomości, że ten świat jest już skazany. Cały czas słychać tykanie licznika: 1927, 1931, 1935. Jeszcze cztery lata, jeszcze dwa, zanim ten świat zostanie ogrodzony drutem kolczastym i zagłodzony na śmierć albo systematycznie wywieziony transportami do Oświęcimia. Wszystkie historie będą miały to samo zakończenie: biedni i bogaci, złodzieje i okradani, kochani i zdradzani spotkają się w getcie na Bałutach. Arnold Mostowicz jako lekarz gettowego pogotowia własnym podpisem kwitował śmierć tego świata, wypełniając karty zgonów. Pierwszą dla Zachariasza Warszawskiego, łódzkiego kupca, u którego zaczynał jego ojciec. Kolejną – Teodorowi Ryderowi, dyrygentowi orkiestry symfonicznej, która grała w parku w Helenowie, gdzie bawił się jako dziecko. Potem podpisywał karty zgonu, na których widniało jego własne nazwisko: dla wujka buchaltera, jego żony i córki, nauczycielki języka polskiego, dla wujka parasolnika i całej jego rodziny. „Umarły siostry mego ojca. Umarła najmłodsza z mężem, który zwariował, i z synem. Umarła druga siostra ojca, z mężem i z trojgiem dzieci. Umarli żebrząc na ulicy. Najdłużej ciągnęło się umieranie sześciu wnuków najstarszej siostry ojca... Im wszystkim wypisałem karty zgonu. Z całej krośniewickiej rodziny zostałem sam” – napisał po latach.

Dlaczego wrócił? – to jedno z tych pytań, które właściwie brzmią obraźliwie. Drugą połowę lat 30. spędził we Francji studiując medycynę (Żydowi nie było łatwo dostać się na wydział medyczny żadnej polskiej uczelni). W Europie już wrzało i Francja byłaby nieporównanie bezpieczniejszym miejscem. W lipcu 1939 r. wyjechał do Polski.

Miałem absolutną pewność, że wojna wybuchnie – deklaruje. – Nie jest to spojrzenie z perspektywy czasu. Listy pisane w sierpniu do przyjaciół we Francji podpisywałem: przyszły-były kombatant. Dlaczego wróciłem? Wtedy się nad tym nie zastanawiałem. Nie przekładałem tego na patriotyzm czy obowiązek moralny. Po prostu, trzeba bronić granic i niepodległości Polski. Było jasne, że muszę wracać, choć patrzyli na mnie jak na wariata.

W wydanej w 1993 r., opartej na motywach autobiograficznych, powieści „Miłość z wariatem w tle”, analizując decyzję o powrocie, mówi o późniejszym doświadczeniu, które nauczyło go, że jako Żyd zawsze może być posądzony o brak patriotyzmu. „Bo tak już jest, że my Żydzi ze swego patriotyzmu musimy się tłumaczyć”– napisał.

Dwie wojny

Wojsko Polskie go nie chciało. Żydów nie brali. Wybuch wojny zastał go w Łodzi. Gdy 6 września 1939 r. płk Umiastowski ogłosił przez radio apel, aby wszyscy mężczyźni zdolni do noszenia broni szli na wschód, bo za Wisłą będzie zgrupowanie, spakował do walizki dwie koszule, słoik konfitur od matki, tomik wierszy Tuwima i poszedł pieszo do Warszawy. Zameldował się w pierwszym punkcie sanitarnym jako lekarz. Całe oblężenie stolicy przepracował w szpitalu Dzieciątka Jezus, dokąd kierowano ofiary niemieckich nalotów. Na Warszawę leciały bomby, a lekarzy, z którymi pracował, pytano często, dlaczego spacerujecie z Żydem po szpitalu. „Klęska Polski niczego tych ludzi nie nauczyła. Choćby skromności” – napisał później w „Miłości z wariatem w tle”.

13 i 14 września w żydowski Nowy Rok Niemcy szczególnie zaciekle bombardowali żydowską dzielnicę. Do szpitala przyjeżdżała ciężarówka za ciężarówką wypełnione ludzkim mięsem, nie sposób było oddzielić żywych od martwych. Wtedy chyba po raz pierwszy zrozumiał, że wytoczono mu dwie wojny.

Gdy Warszawa się poddała, wrócił do Łodzi. Tam także pracował jako lekarz w pogotowiu. Został sam, rodzice musieli uciekać do Warszawy. Ojciec był w Łodzi zbyt znaną postacią, zostałby rozstrzelany podczas pierwszych czystek. Nie uciekł przed losem. W Warszawie zabrali go ze sceny gettowego teatru w lipcu 1942 r. podczas pierwszej akcji likwidacyjnej. Zginął w Treblince. Matka prawdopodobnie także, choć dokładnego miejsca i czasu nie udało się ustalić. Nie zostało mu po nich nic. Ani jeden przedmiot, ani jeden skrawek papieru. Kiedy kilka lat po wojnie Ida Kamińska w wydanej w Ameryce Encyklopedii Teatru Żydowskiego odnalazła zdjęcie jego ojca, stracił przytomność ze wzruszenia. Dziś powiększona reprodukcja tego zdjęcia to jedyna rodzinna pamiątka.

W getcie łódzkim był do końca, do likwidacji w 1944 r. Przeżył głód, tyfus, absurd ratowania chorych, których i tak za kilka miesięcy zmieniały w dym oświęcimskie krematoria, przeżył całkowitą świadomość zagłady i czekanie na cud. Potem był Oświęcim i kilka mniejszych obozów pracy: Jelenia Góra, Cieplice, Erlenbusch.

Gdy wojna się skończyła, nie chciał już być lekarzem. Zresztą o żadnej pracy na razie nie mogło być mowy. Przez pierwsze dwa lata leczył się z gruźlicy.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj