Nowy początek historii
Dlaczego prof. Fukuyama odwołał koniec historii, który wcześniej zapowiadał?
Francis Fukuyama
Wojciech Druszcz/Polityka

Francis Fukuyama

Rozmowa ukazała się w tygodniku POLITYKA w marcu 2004 r.

EDWIN BENDYK: – W naszym rankingu stu najbardziej wpływowych osób na świecie zajął pan wysoką, trzynastą pozycję. Domyślam się, że w dużej mierze przyczyną uznania jest słynna teza o końcu historii, jaką sformułował pan w 1989 r. Zgodnie z nią kresem ewolucji systemów społecznych jest liberalna demokracja i kres ten został osiągnięty wraz z upadkiem komunizmu. W ostatniej swej książce „Koniec człowieka” odwołuje pan jednak koniec historii, a winna tej zmiany poglądów jest nauka.
FRANCIS FUKUYAMA: – Przyjrzyjmy się różnym projektom rewolucyjnym. Czy to będzie rewolucja francuska, rosyjska czy też chińska, rewolucjoniści uznawali, że przeszkodą w budowie idealnego świata jest człowiek ze swymi słabościami: egoizmem, chciwością, rozbudzonym indywidualizmem. By wyrugować te słabości, stosowano różne technologie, od poddanej państwowej kontroli edukacji przez propagandę aż po obozy pracy i fizyczną eksterminację. Ale technologie te nie były w stanie zmienić człowieka. Obecnie jednak, za sprawą rozwoju nauk kognitywnych zajmujących się biologicznymi i informatycznymi aspektami poznania i myślenia, a także neurofarmakologii, inżynierii genetycznej, otwierają się takie możliwości modyfikacji natury ludzkiej, o jakiej dawne rządy totalitarne mogły tylko marzyć.

Czy oznacza to, że nauka jest wrogiem liberalnej demokracji?
Nauka jest moralnie neutralna. Rewolucja przemysłowa doprowadziła do poprawy jakości życia, ale dała również czołgi, karabiny maszynowe i bombę atomową. Biologia molekularna i oparte na niej biotechnologie kryją w sobie olbrzymi potencjał, dają szansę tworzenia nowych leków i nowych terapii. Ale nie ma żadnej gwarancji, że skutki rozwoju technologii będą tylko dobre. Dlatego technologia musi być poddana społecznej kontroli. Tak, jestem w stanie wyobrazić sobie sytuację, w której na skutek rozwoju nauki liberalna demokracja byłaby niemożliwa.

Jak ma wyglądać taka społeczna kontrola?
Dotychczas rozstrzygnięcia w kwestiach dotyczących technologii podejmowali eksperci, czyli w sprawie nauki i konsekwencji badań naukowych wypowiadali się sami uczeni. Obecnie stawka jest jednak zbyt wysoka, dlatego musimy rozszerzyć kontrolę społeczną nad badaniami, rozszerzając formułę organów regulacyjnych. Powinni w nich zasiąść, obok ekspertów, przedstawiciele społeczeństwa, niekoniecznie politycy. Model ten dobrze działa w Wielkiej Brytanii.

Jak jednak zapewnić skuteczność kontroli? Niemieckie firmy farmaceutyczne, które nie mogą prowadzić niektórych badań w Niemczech, przenoszą laboratoria do Stanów Zjednoczonych. Jeśli kontrola zostanie zaostrzona w Stanach Zjednoczonych, amerykańskie firmy przeniosą swoje laboratoria do Chin.
Potrzebujemy czegoś w rodzaju globalnego systemu rządzenia w tym obszarze. Ale niezależnie od tego istnieje zupełnie inny, moralny aspekt sprawy. Chińczycy robią wiele rzeczy nie mieszczących się w naszym standardzie etycznym, na przykład masowo pobierają organy z ciał więźniów skazanych na śmierć. Można stąd wyciągnąć wniosek, że skoro nasze normy są nieskuteczne na całym świecie, to powinniśmy z nich zrezygnować i zacząć robić u siebie to samo co Chińczycy. Jednak tak nie czynimy, jesteśmy dumni uważając nasz standard etyczny za wyższy w tym względzie i nie rezygnujemy z niego, choć utrudnia on dostęp do organów potrzebnych wielu chorym oczekującym na transplantację. Dlaczego inaczej mielibyśmy argumentować w przypadku biotechnologii?

Po to, by normy były skuteczne, potrzebne jest sprawne państwo, co wyraźnie pan zaznacza w swej książce. Ale pisał pan też w innym opracowaniu, przygotowanym w 1999 r. wspólnie z Caroline Wagner dla Rand Corporation, że na skutek rozwoju nowych technologii, takich jak Internet i biotechnologie, współczesne państwo staje się coraz bardziej bezsilne.
Z tą słabością państwa w przypadku Stanów Zjednoczonych lub Unii Europejskiej bym nie przesadzał. Rzeczywiście pogląd o bezsilności państwa stał się modny w czasie internetowej gorączki, kiedy wydawało się, że mamy do czynienia z medium, nad którym nikt nie jest w stanie sprawować kontroli. Chiny i Singapur szybko udowodniły, że Internet można kontrolować bardzo skutecznie.

Jeśli chodzi o biotechnologie, to również nie próbuję wyważać otwartych drzwi. Już w tej chwili przemysł farmaceutyczny w Stanach Zjednoczonych jest najsurowiej regulowanym segmentem rynku. Po prostu istnieje społeczny konsens, który zmusza państwo do podejmowania działań, by zapewnić, że znajdujące się w obrocie leki i produkty są bezpieczne. I cały czas działania te są skuteczne. Powtarzam natomiast, że chodzi o takie ustalenie równowagi między społeczną kontrolą a profesjonalną, opartą na naukowej analizie oceną zagrożeń, by zarówno nie hamować rozwoju nauki jak i nie wywoływać społecznego dyskomfortu.

W pańskiej książce znalazłem fragment, który pokazuje, że opinia publiczna staje się bezsilna wobec coraz mocniejszych nacisków ze strony biznesu. Opisuje pan sprawę nadużywania ritalinu, leku uspokajającego podawanego milionom amerykańskich dzieci, u których rzekomo stwierdzono nadpobudliwość. Powstało coś w rodzaju „systemowego zamknięcia”: lekarze zwietrzyli w nowej chorobie nowy rynek, podobnej szansy dla siebie dopatrzył się przemysł farmaceutyczny. Obie te grupy znalazły sojusznika w postaci nauczycielskich związków zawodowych, które popierają nauczycieli nie chcących zajmować się nadpobudliwymi dziećmi. Powstała olbrzymia i wpływowa, zarówno politycznie jak i finansowo, koalicja, zdolna forsować normy i regulacje korzystne dla siebie. Może zagrożeniem dla wolnego społeczeństwa nie jest nauka, ale wolny rynek?
Och, oczywiście, niekontrolowany wolny rynek będzie dążył do tego, by działalność gospodarcza była poddawana jak najmniejszej kontroli ze strony państwa. Widać to wyraźnie w Stanach Zjednoczonych, gdzie biznes zajmujący się zapłodnieniami in vitro lub biotechnologią nie chce żadnych regulacji. To jest ciągła walka pomiędzy różnymi siłami w społeczeństwie, w wyniku której ustala się społeczny konsens. Tak jest również w przypadku ritalinu. Przemysł farmaceutyczny nie zdołał przeforsować takich zmian w prawie, które umożliwiłyby jeszcze łatwiejszy dostęp do tego leku, bo zderzył się z silnym sprzeciwem społecznym.

Czy jednak nie ma pan wrażenia, że wielki biznes zaczyna dominować nad społeczeństwem i naciska polityków, by podejmowali decyzje o nieodwracalnym charakterze? Myślę na przykład o żywności modyfikowanej genetycznie. Europa broni się przed dopuszczeniem na europejski rynek modyfikowanych produktów m.in. w obawie przed nieodwracalnym zanieczyszczeniem zasobów naturalnych. Tymczasem amerykańska administracja reprezentuje interes amerykańskiego biznesu i naciska polityków europejskich, by otworzyli się na amerykańską modyfikowaną genetycznie żywność.
Ten przypadek to dla mnie najlepszy dowód, że biznes nie jest wszechmocny i musi liczyć się ze społeczeństwem...

...w Europie.
Nie tylko w Europie, w Stanach Zjednoczonych również wielu farmerów sprzeciwia się produktom modyfikowanym genetycznie.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj