Rynek

Wyszukiwarka szuka twarzy

Zmiana prezesa w Google

Przez prawie dekadę Eric Schmidt kierował jedną z najważniejszych firm na świecie. Jego zaskakujące odejście może świadczyć o tym, że Google szuka nowego wizerunku.
Barabas/Wikipedia

Decyzja, ogłoszona podczas rutynowej konferencji dla inwestorów, jest sporym zaskoczeniem. Zdominowała wiadomości gospodarcze w USA i rozgrzała w czwartkowy wieczór wszystkie światowe serwisy poświęcone branży internetowej. Nie co dzień zdarza się, aby współtwórca największego gospodarczego sukcesu ostatnich lat, ustępował ze stanowiska. Tym bardziej, że Google - praktyczny monopolista wśród wyszukiwarek internetowych - ogłosił właśnie bardzo dobre dane finansowe za IV kwartał 2010 r. Jego zyski w stosunku do poprzedniego roku wzrosły o 29 proc., do 2,5 mld dolarów.

Oznak kryzysu brak. Tymczasem tuż po ogłoszeniu świetnych wyników swej pracy Eric Schmidt poinformował, że usuwa się w cień. Od kwietnia 2011 r. jego miejsce jako CEO (czyli Chief Executive Officer, prezes odpowiedzialny za codzienne sprawne funkcjonowanie firmy) zajmie jeden z dwóch pozostałych założycieli Google, czyli Larry Page.

Skąd ta zmiana?

Aby zrozumieć jej przyczyny, trzeba sięgnąć wstecz do roku 2001, a więc początków Google. Wyszukiwarka, którą w 1998 roku założyli Larry Page i Sergey Brin - dwaj młodzi doktoranci z Uniwersytetu Stanforda - rozwijała się już błyskawicznie, przyciągając miliony użytkowników. Z przedsięwzięcia garażowego zaczęła się przekształcać w olbrzymią firmę. Ale choć Larry Page i Sergey Brin mieli dobry pomysł, jak stworzyć sprawny program przeszukujący i katalogujący miliardy stron WWW, to nie bardzo wiedzieli, jak ten sukces przełożyć na konkretne zyski.

Tymczasem Google połykał co tydzień setki tysięcy, a potem już miliony dolarów, bo potrzebował wciąż nowych serwerów oraz programistów. Inwestorzy, którzy wyłożyli pieniądze na powstanie wyszukiwarki, zaczynali się powoli niepokoić. Namawiali jej niespełna 30-letnich twórców, aby znaleźli sobie do pomocy kogoś z doświadczeniem korporacyjnym. Kto pracował wcześniej w wielkich firmach i zna zasady ich funkcjonowania.

Tak właśnie w Google pojawił się 46-letni wtedy Eric Schmidt, specjalista w Dolinie Krzemowej znany i ceniony, mający w CV pracę dla takich gigantów jak Sun, Novell czy Xerox. To on zmienił radosny technologiczny startup w przedsiębiorstwo pełną gębą, zatrudniające dziś na całym świecie ponad 24 tys. pracowników. Okazał się być nieoceniony, gdy Google wchodził na giełdę oraz wprowadzał sławny system AdWords - płatne reklamy i linki, wyświetlane przy wynikach wyszukiwania. Do dziś są one głównym źródłem przychodów Google.

Stara wiara

Przez prawie dekadę role w Google były więc rozpisane. Page i Brin robili za matematycznych geniuszy i siłę kreatywną, zaś Schmidt symbolizował głos rozsądku, i gwarantował akcjonariuszom wzrost wartości akcji oraz przyszłe sowite dywidendy. Mamy jednak rok 2011 i trudno nie zauważyć, że ten triumwirat zaczyna się powoli wypalać, a na marmurowym postumencie pojawiały się groźne pęknięcia.

Po pierwsze – analitycy z niepokojem zauważają, że choć zyski z płatnych linków wciąż rosną, to wzrost ten spowalnia. A nowych sposobów zarabiania pieniędzy szefowie Google wciąż nie wymyślili. Firma jest przez to uzależniona od jednego źródła dochodów, co w tak dynamicznym świecie jak Internet może szybko stać się kamieniem u szyi (kto dziś pamięta wyszukiwarkę AltaVista?).

Po drugie – programiści Google zaangażowali się w dziesiątki projektów, z których wiele zakończyło się porażką (np. telefon komórkowy Google, komunikator Google Buzz, wyszukiwarka treści filmów), inne stały się powodem awantur potentatami rynku (np. usługa Google News, oskarżana przez wydawców o kradzież informacji dziennikarskich). Rozwój jeszcze innych, takich jak np. Google Books czy darmowy system operacyjny Android – konkurencja dla Windows – ślimaczy się i trudno przewidzieć, kiedy - i czy w ogóle - taka usługa stanie się dochodowa.

Po trzecie wreszcie, świat Internetu jest dziś inny niż przed dekadą, gdy formował się triumwirat w Google. Bezczelny i rudy Mark Zuckerberg, który chodzi w klapkach i obraża inwestorów, robi furorę wraz ze swym błyskawicznie rosnącym Facebookiem. Sam David Fincher z Hollywood nakręcił o nim film, a „Time” wybiera go człowiekiem roku. Steve Jobs, założyciel Apple, choć nie najmłodszy i schorowany, wypracował sobie pozycję guru, którego słowa są spijane niczym nektar prawdy. A produkty Apple uzyskują status kultowych jeszcze przed premierą. W branży internetowej konkurencja coraz większa i trzeba niestety zacząć myśleć o takich rzeczach jak wizerunek. Charyzmatyczny, uwielbiany przez media prezes, daje taką możliwość.

Na tym tle zatopiony w tabelkach Excela, podtatusiały Eric Schmidt, człowiek korporacji, który do tego nie znosił kontaktów z dziennikarzami, jawić się powoli zaczynał jako dinozaur z innej epoki. Co tu dużo kryć – firma Google, jeszcze kilka lat temu pupilek mediów, o której kolorowej siedzibie napisano setki reportaży - zaczęła powoli zmieniać się w ociężałego giganta. Przestała być sexy. Uwaga tłumu jest już gdzie indziej.

Teraz wyszukiwarka ma szansę, aby twarzą wiecznie uśmiechniętego prezesa Larry’ego Page’a odmłodzić swój wizerunek i nabrać nowej dynamiki. Zapewne wiele jest prawdy w zdaniu, które Eric Schmidt wysłał dziś na swym profilu w Twitterze: „Codzienny nadzór rodzicielski jest już zbyteczny”. Pytanie tylko, czy nowy-stary prezes Page będzie potrafił tak poprowadzić firmę, aby wprowadziła użyteczne i dobre usługi. Kochamy wszak Google Maps czy pocztę Gmail, prawda?

Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Rynek

Jak PGNiG dosala Zatokę Pucką

Dlaczego mieszkańcom nadmorskiego Kosakowa przeszkadza, że morze jest słone?

Ryszarda Socha
12.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną