Rynek

Swój do swego?

Czy kupując niemiecki proszek zdradzamy ojczyznę?

Nasz kraj nie ma silnych, globalnych marek, których mógłby z determinacją bronić. Nasz kraj nie ma silnych, globalnych marek, których mógłby z determinacją bronić. Tomasz Fritz / Agencja Gazeta
Dlaczego nasz patriotyzm kończy się przed sklepową półką? Czy kupując niemiecki proszek, zdradzamy ojczyznę?
Słynne polskie marki: żadna z nich nie jest dziś produkowana przez polska firmę.EAST NEWS Słynne polskie marki: żadna z nich nie jest dziś produkowana przez polska firmę.

Kiedy w 2005 r. Francuzi wprowadzili przepisy dające rządowi możliwość blokowania przejęć francuskich firm przez zagranicznych konkurentów, Włosi nazwali to gospodarczym nacjonalizmem. W Italii oburzano się najgłośniej, ponieważ francuski protekcjonizm uderzał we włoską firmę Eni, która już ostrzyła sobie zęby na francuski GDF Suez. Do przejęcia, oczywiście, nie doszło. Teraz, z identycznego powodu, oburzają się Francuzi. Ich koncern energetyczny EDF bardzo chce kupić włoskiego Edisona, znajdującego się w bardzo trudnej sytuacji finansowej. Więc ta sama Eni, której nie udało się przejąć francuskiego konkurenta, teraz spieszy z pomocą krajowemu Edisonowi, gotowa jest sama się z nim połączyć. Zagrzewa ją do tego włoski rząd, pomoc deklarują włoskie banki. Parlament włoski pracuje nad identycznymi przepisami, które tak oburzały Włochów, gdy wprowadzali je Francuzi.

Adam Góral, prezes największej polskiej firmy informatycznej Asseco, nie dziwi się Włochom. – To naturalne, że włoski rząd chroni włoskie miejsca pracy. Asseco, zabiegając o zagraniczne kontrakty, dostrzega, że dla jego partnerów liczy się nie tylko jakość i cena, ale także kraj pochodzenia. Swoim zarobić daje się chętniej, bo to pomaga krajowej gospodarce. Dlatego przed kilkoma miesiącami, gdy Asseco przegrało w przetargu, jaki ogłosiło PZU, z amerykańskim konkurentem, prezes Góral zdecydował się wyrazić swoje oburzenie na brak patriotyzmu polskiej firmy w liście do premiera Tuska. Andrzej Klesyk, prezes PZU, tego oburzenia nie rozumie. Musi się kierować racjonalizmem gospodarczym, z tego rozliczają go akcjonariusze, także zagraniczni. Łączenie go ze słowem „patriotyzm” jest mieszaniem dwóch różnych porządków – racjonalnego z moralnym.

Rządowa kroplówka

Na tle spektakularnych, protekcjonistycznych posunięć nie tylko europejskich rządów Polska wydaje się osamotniona. Opozycja, ale także wielu przedsiębiorców, zarzuca rządowi, że tak gorliwie broni zasad wolnego rynku, bo nie potrafi albo wręcz nie chce skuteczniej bronić przed kryzysem polskiej gospodarki. Chronić miejsc pracy w naszym kraju. Odbijać polskich banków z rąk zagranicznych właścicieli.

To nie do końca prawda, czego dowodem jest sprawa narodowego przewoźnika. Lot od wielu lat żyje tylko dzięki finansowej kroplówce rządu. Ostatnio dostał z budżetu 400 mln zł, ale natychmiast potrzebuje kolejnych 600 mln. Wprawdzie premier Tusk kategorycznie stwierdził, że kroplówka się skończyła i Lot powinien ratować się gruntowną restrukturyzacją (czyli zwolnieniami), ale to chyba nie wyklucza podróży ministra skarbu do Brukseli z prośbą o zgodę na pomoc dla firmy. Wszyscy tak robią. W ostatnich dniach zgodę Komisji Europejskiej na zasilenie koncernu samochodowego PSA (wytwórca Peugeota i Citroëna) sumą 1,2 mld euro otrzymał rząd francuski. Gotów był dać 7 mld.

 

Stocznia Gdańska przestała być państwowa jeszcze za czasów rządu PiS, LPR i Samoobrony. Pakiet kontrolny kupili wtedy biznesmeni ukraińscy. Ale firma pogrąża się w coraz większych kłopotach finansowych, pracownikom grożą zwolnienia. Związkowcy oczekują, że z pomocą w ratowaniu miejsc pracy prywatnemu kapitałowi pospieszy rząd. Nawet Waldemar Pawlak, do niedawna wicepremier i minister gospodarki, choć nie wprost, uważałby taki przejaw patriotyzmu za nieuzasadniony. Podkreśla, że nie jest sztuką narobić się i nie zarobić, a tak właśnie funkcjonowały wielkie polskie stocznie. Zamiast ratować te nieefektywne, trzeba korzystać z tego, że mamy otwartą gospodarkę. – Świetnie radzą sobie małe polskie stocznie jachtowe – przypomina Waldemar Pawlak.Zarabiają więcej niż te, które produkowały masowce.

W latach koniunktury wyborcy zadowalają się gestami symbolicznymi. Francuski prezydent musi poruszać się francuskim samochodem, latać narodowym przewoźnikiem, nosić francuski garnitur, a w czasie podróży zagranicznych starać się nocować we francuskim hotelu. Podobnego zachowania oczekuje się od wysokich urzędników państwowych. Tymczasem polski premier nawet takich gestów nie może wykonać, do pracy musiałby bowiem dojeżdżać autobusem Solaris – to jedyna już polska marka samochodowa. Jeździ więc samochodem niemieckim, choć z potężnym wsadem polskich części. Nosi garnitur włoski i nie nocuje w polskim hotelu w Nowym Jorku czy Brukseli, bo takiego nie znajdzie. Nasz kraj nie ma bowiem silnych, globalnych marek, których z taką determinacją bronią Niemcy, Francuzi czy Włosi. Wiedzą, co robią. Dzięki silnej marce przychody jej właściciela są o wiele wyższe.

Niewidzialne mury

Jak więc ma się przejawiać patriotyzm naszych polityków? Henryka Bochniarz, szefowa PKPP Lewiatan, uważa, że w partnerskim traktowaniu przedsiębiorców przy tworzeniu regulacji dotyczących biznesu. Tego partnerstwa bardzo jej obecnie brakuje. Same firmy nie poradzą też sobie z promocją polskiej gospodarki na zewnątrz. Rząd jednak też sobie nie radzi. Za promocję Polski za granicą odpowiada wiele instytucji, które nie potrafią działać wspólnie. Według Andrzeja Olechowskiego, głównym zadaniem państwa jest budowa silnych instytucji. – Gdyby polska inspekcja weterynaryjna miała w Unii dobrą opinię, to inne kraje tak ochoczo nie podchwyciłyby plotki, że konina w irlandzkich hamburgerach pochodziła z naszego kraju – mówi.

Polscy politycy, prezydent czy premier nie lobbują za granicą wzorem swoich zagranicznych odpowiedników w interesie polskich firm. Niby próbują grać na tym boisku albo robią to tak, jakby mieli spętane nogi. Ciągle paraliżuje ich strach po aferze Rywina. Ale nacisk polskiego biznesu, który oczekuje pomocy nawet w załatwianiu zagranicznych kontraktów, rośnie.

Unia stworzyła wielki wspólny rynek, na którym każda z firm 27 krajów bez przeszkód może próbować sprzedawać swoje towary 500 mln unijnych konsumentów. To teoria. Każdy z członków, deklarując poszanowanie dla unijnych zasad, usiłuje z nich korzystać i jednocześnie uniemożliwić to konkurentom z innych krajów. Między państwami znów wyrastają niewidzialne mury. Im silniej dokucza kryzys, tym stają się wyższe.

 

Przed zalewem naszych towarów Niemcy bronią się np. za pomocą certyfikatów wydawanych przez niemieckich urzędników. Bez uzyskania certyfikatu sprzedawać nie można. Biurokracja może wejście obcych na niby wspólny rynek opóźniać, bywa, że go uniemożliwia. Tymczasem niemieckie towary do naszego kraju wjeżdżają bez przeszkód, nasz rynek naprawdę stał się otwarty. Może za bardzo?

Przed kilkoma dniami duńska sieć supermarketów Netto, obecna także w naszym kraju, ogłosiła, że będzie sprzedawać w Danii polskie produkty. Natychmiast zareagowała tamtejsza minister rolnictwa, rybołówstwa i polityki żywnościowej Mette Gjerskov, socjaldemokratka. „To oznacza więcej pestycydów, złą hodowlę zwierząt i niższe pensje. Wy wybieracie” – stwierdziła. Dyskryminacji unijnych, a więc także polskich producentów, zabrania wspólnotowe prawo. Ale pani minister tylko wyraźnie dała do zrozumienia, co myśli o polskiej konkurencji, tego unijne prawo nie zabrania. Gdybyśmy chcieli zrewanżować się Niemcom i Duńczykom tym samym, musielibyśmy, niewykluczone, zrezygnować z tradycyjnego polskiego schabowego. Coraz częściej robimy kotlety z niemieckiej i duńskiej wieprzowiny, jest od naszej tańsza.

Sentyment polskich klientów

Do rodzimych konsumentów hasło „kupuj polskie” dociera z trudem. Nie robimy użytku z siły naszych pieniędzy, choć moglibyśmy nimi wspierać polską gospodarkę w większym stopniu. Według grupy badawczej IQS, zaledwie 7 proc. polskich konsumentów zwraca uwagę na to, gdzie kupowany towar został wyprodukowany. W konsekwencji tylko 28 proc. polskich firm wykorzystuje w działaniach marketingowych polskie pochodzenie produktu, wielu wręcz je ukrywa. Coraz częściej zamiast „made in Poland” widzimy „made in UE”. A przecież konsumpcja wewnętrzna to najsilniejszy motor napędzający słabnący rozwój. My jednak, zamiast przyglądać się certyfikatom polskości, o wiele uważniej przyglądamy się cenom. To one stały się najważniejszym kryterium przy zakupach.

Więc chociaż hasło „kupuj polskie” bardzo nam się podoba i, ogólnie rzecz biorąc, czujemy się patriotami, to najchętniej robimy zakupy w sieciach dyskontowych, bo tam jest najtaniej. W niemieckim Lidlu albo portugalskiej Biedronce. W czasach zaciskania pasa przeniesienie się z zakupami do rodzimych sklepów oznaczałoby pogodzenie się z faktem, że za taką samą sumę włożylibyśmy do koszyka mniej. Z patriotyzmem nie będziemy przesadzać.

Swoją polskość najchętniej podkreślają marki, które znamy i cenimy od lat. Wedel, Wawel, Żywiec, Wyborowa, Krakus, Pudliszki, Winiary, Dermika. Od dawna już są własnością zagranicznych koncernów. Kupując polskie spółki (i marki), zagraniczne firmy kupowały sentyment polskich klientów, polski rynek. Kolejne polskie rządy nie walczyły z nimi jak Włosi z Francuzami, wręcz zachęcały do transakcji. Wiedziały, że bez zastrzyku kapitału i nowoczesnych technologii nasze fabryki nie przetrwają. Dzisiaj kwitną, chociaż w obcych rękach. Czy w patriotycznym uniesieniu powinniśmy ich produkty bojkotować, bo przestały być polskie? Do czasu, aż prawdziwie patriotyczny rząd odbije je z obcych rąk? Wręcz odwrotnie. Powinniśmy raczej zmienić definicję patriotyzmu. Polskie to niekoniecznie polskie, ale po prostu wyprodukowane w naszym kraju. W fabrykach, w które inwestuje obcy kapitał, ale dzięki temu tworzy miejsca pracy dla nas, Polaków. Rozwija naszą gospodarkę. I dynamizuje wskaźniki polskiego eksportu. Wychodzi na to, że nie ma co deliberować przed sklepową półką, czy kupujemy polskie, bo dziś często trudno określić narodowość produktu. Co najwyżej, warto czasem poszukać wzrokiem napisu „Made in Poland”, bo pod nim są ukryte nasze miejsca pracy.

 

Patriotyzm gospodarczy był tematem kolejnej dyskusji z cyklu „Debaty na temat”, organizowanego przez PZU i POLITYKĘ.

 

W spotkaniu wzięli udział: Henryka Bochniarz, szefowa PKPP Lewiatan, Adam Góral, prezes Asseco, Andrzej Klesyk, prezes PZU, Andrzej Olechowski, Waldemar Pawlak oraz redaktor naczelny POLITYKI Jerzy Baczyński i Joanna Solska. W tekście cytujemy wypowiedzi uczestników.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

Gasiłem getto. Świadectwo człowieka, który w czasie powstania w getcie pracował jako polski strażak

Któregoś dnia widziałem tak potworne wydarzenie, że prawie zemdlałem.

Janusz Ostrowski
04.11.2009
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną