Rząd otwiera drogę do leczenia za granicą

Lecz się, kto może
Za zagraniczne kuracje beneficjentów dyrektywy transgranicznej zapłacą ci, którzy z jej dobrodziejstwa nie będą mogli skorzystać. Z solidarnością społeczną ma to niewiele wspólnego.
Yuriy Klochan/PantherMedia

Tzw. dyrektywa transgraniczna daje pacjentom prawo leczenia się za granicą nie tylko w nagłych przypadkach, ale także przy planowych zabiegach (na przykład wykonania operacji zaćmy, na którą w kraju czeka się bardzo długo). Potem będzie można oczekiwać od NFZ zwrotu kosztów, jednak tylko w takiej wysokości, w jakiej procedura wyceniona jest w Polsce. Wystawienie systemu publicznej służby zdrowia na unijną konkurencję miało podnieść poziom opieki w Polsce. Zbliżyć go do poziomu innych krajów, na przykład Niemiec.

Pacjenci irytują się więc, że rząd ten proces opóźnia. Przepisy, umożliwiające implementację dyrektywy, zaczną obowiązywać najwcześniej w drugiej połowie roku (teoretycznie powinny były wejść w życie 25 października ubiegłego roku). Rząd stawia też bariery biurokratyczne – żeby starać się o zwrot kosztów kuracji zagranicznych, trzeba będzie najpierw uzyskać zgodę lekarza, a potem jeszcze pozwolenie stosownego oddziału NFZ. W dodatku fundusz będzie mógł w trakcie roku zawiesić wypłaty, gdy skończą się przeznaczone na ten cel pieniądze. Wyraźnie widać, że państwo zamierza nam te zagraniczne wyjazdy po zdrowie znacznie utrudnić. Stąd powszechna krytyka.

Największe powody do irytacji mają osoby dość zamożne, które stać na wyjazd i leczenie w innym kraju. A także mieszkańcy regionów nadgranicznych, dla których wizyta w szpitalu niemieckim czy czeskim oznacza podróż krótszą niż np. do Warszawy. Dla nich dyrektywa oznacza możliwość leczenia szybszego, w dodatku na wyższym poziomie, chociaż z dopłatą.

Najpierw bowiem trzeba będzie za granicą zapłacić za pobyt w szpitalu czy operację, koszty dojazdu czy także ewentualnie hotelu, a dopiero potem starać się o zwrot kosztów, ale tylko samej kuracji. Jeśli zabieg czy leczenie np. w Niemczech czy Szwecji kosztuje więcej, niż NFZ płaci za podobne procedury w Polsce, fundusz zwróci pacjentowi tylko stawkę krajową.

A co z tymi, którzy z dobrodziejstwa dyrektywy nie skorzystają? Bo są zbyt biedni, by dopłacać do zagranicznej kuracji, albo zbyt nieporadni i na leczenie w Niemczech ani nawet w Czechach się nie wybierają? Takie osoby, a to z pewnością większość, na opieszałość rządu nie mają powodu narzekać. Ta opieszałość jest bowiem w ich interesie. Bo im więcej pieniędzy wyda NFZ na leczenie osób, które zechcą to zrobić za granicą, tym mniej ich zostanie dla tych, którzy skazani są na krajową służbę zdrowia. Stąd te bariery.

Bo sama dyrektywa cudów nie sprawi. Poziom polskiej publicznej służby zdrowia nie zrówna się z niemiecką – która na opiekę zdrowotną przeznacza trzy razy więcej środków – tylko dlatego, że część z nas wyjedzie leczyć się za granicą. Za zagraniczne kuracje beneficjentów dyrektywy transgranicznej zapłacą bowiem ci, którzy z jej dobrodziejstwa nie będą mogli skorzystać. Z solidarnością społeczną ma to niewiele wspólnego.

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj