Rynek

Nakazany owoc

Kto zje polskie jabłka?

Nasze jabłka trafią do sklepów białoruskich, a tamtejsi rolnicy do Rosji wyślą swoje. Nasze jabłka trafią do sklepów białoruskich, a tamtejsi rolnicy do Rosji wyślą swoje. Tomasz Rytych / Reporter
Zapewniamy, że nasze owoce i warzywa są najlepsze na świecie, ale sami z każdym rokiem jemy ich coraz mniej. Może wreszcie zaczniemy jeść więcej, z patriotycznego obowiązku?
Globalizacja spowodowała, że towar można sprzedać w każdym zakątku Ziemi, trzeba tylko znać drogę.Lestat (Jan Mehlich)/Wikipedia Globalizacja spowodowała, że towar można sprzedać w każdym zakątku Ziemi, trzeba tylko znać drogę.

Artykuł w wersji audio

Prowadzoną w odpowiedzi na rosyjskie ograniczenia importowe kampanię, jak jeść więcej jabłek, żeby się nie przejadły, rozpoczęły warszawskie bary mleczne. Tradycyjne barowe dania modyfikuje się tak, żeby zawierały jak najwięcej rodzimych witamin. Kamil Hagemajer, właściciel m.in. baru Prasowego oraz Mleczarni Jerozolimskiej, nie wie jednak, na co się porywa.

Żeby skonsumować 670 tys. ton samych tylko jabłek, których nie wpuszczą na swój rynek Rosjanie, musielibyśmy zjeść rocznie 15 kg na głowę, a raczej na żołądek statystycznego Polaka. Ponad dwa razy więcej, niż zjadaliśmy do tej pory. Niejeden odpadnie. A jeszcze gruszki, śliwki, kalafiory, brokuły i kapusta. Możemy nie dać rady. Tym bardziej że bary mleczne to dzisiaj raczej szpan niż zakłady naprawdę zbiorowego żywienia. Jadamy głównie w domu. Stąd kalkulacja, że jeśli jako konsumenci zawiedziemy, do strat, spowodowanych zakazem importu do Rosji wieprzowiny, producenci dopiszą kolejny miliard euro, jaki rocznie zarabiali na sprzedaży Rosjanom owoców i warzyw. Od kilku dni do warzyw doszły też sery, ryby i wszystkie rodzaje mięsa.

Może Białoruś pomoże

Patriotyczne wzmożenie odczuwają też Rosjanie. Mirosław Maliszewski, prezes Związku Sadowników RP, uważnie śledzi, jak na embargo władz reaguje tamtejszy handel. – Sieci zachodnich hipermarketów twierdzą, że bez polskich jabłek i warzyw będzie im trudno zaspokoić apetyt klientów – relacjonuje. Ale handel rosyjski uważa, że klienci świetnie się bez nich obejdą. Wystarczą im własne.

To nieprawda, choć Rosjanie w ostatnich latach rzeczywiście rozwijają własną produkcję. Ale apetyt tamtejszych konsumentom rośnie jeszcze szybciej. Na ten miliard euro, który mają nie zarobić Polacy, ostrzą więc sobie zęby firmy białoruskie, a nawet kazachskie. Te kraje tworzą, wraz z Rosją, Unię Celną. Handlują ze sobą bez barier. Więc nie ma powodów, żeby numer, który sprawdził się na wieprzowinie, nie wypalił teraz na jabłkach, kalafiorach czy kapuście.

Numer jest prosty. Białoruś i Kazachstan embarga na polską żywność nie nałożyły, będą ją więc nadal sprowadzać i to w dużo większych ilościach. Tylko jabłek kupowali od nas ponad 330 tys. ton. Jeśli rosyjski nadzór fitosanitarny poważnie potraktował zapowiedź Putina, że przez inne kraje polskie produkty też nie mają prawa się do Rosji przecisnąć, to nasze jabłka, gruszki i kapusta trafią do sklepów białoruskich czy kazachskich, a tamtejsi rolnicy do Rosji wyślą swoje.

W jakiej mierze zrekompensuje to nasze straty – trudno powiedzieć. Na razie jabłka dojrzewają jeszcze w sadach, a dostawy ubiegłorocznych właśnie się skończyły. Sadownicy zainwestowali sporo unijnych pieniędzy w przechowalnie. Po to, żeby sprzedawać owoce wtedy, kiedy są najdroższe. Szczyt dostaw do Rosji mają już za sobą. Najwięcej jabłek jedzie tam od maja do czerwca. Prawdziwe problemy zaczną się więc dopiero po nowym roku. Ale już teraz sadownicy naciskają na rząd, by starał się w Brukseli o rekompensaty.

Żadnych przepisów obligujących Unię do pokrywania rolnikom strat z powodu embarga nie ma. Są jednak precedensy. Jak ten z 2011 r., kiedy w Niemczech zmarło kilkanaście osób z powodu zatrucia bakterią e-coli i pierwsze podejrzenia (potem okazało się, że niesłusznie) padły na hiszpańskie ogórki. Rosja natychmiast zakazała wwozu unijnych warzyw, także naszych. Straty były spore i część pokryła Bruksela. Nasi też co nieco dostali.

Niedawno 7 mln euro (po połowie z budżetu unijnego oraz krajowego) otrzymali hodowcy trzody chlewnej, którzy musieli wybić zdrowe sztuki z tzw. strefy buforowej na wschodzie Polski. Z ostrożności, aby afrykański pomór świń nie przeniósł się w głąb kraju. Ponieważ żadne unijne przepisy sprawy rekompensat nie regulują, dużo zależy od umiejętności przekonywania, którymi musi się wykazać polski minister rolnictwa. Marek Sawicki przejawia w tym względzie spory talent. Jeśli okaże się skuteczny, rolnicy zobaczą pieniądze z Brukseli najwcześniej za kilka miesięcy. Szanse jednak maleją, odkąd Rosja zakazała wwozu całej unijnej żywności. Rąk wyciągniętych po rekompensaty będzie w UE mnóstwo.

Jabłka z chorągiewkami

Rosyjski nadzór fitosanitarny też stosuje stare numery. Najpierw zakaz wwozu do Rosji objął tylko żywność polską, nie unijną. Bo to w naszej, według rosyjskiego nadzoru, zdarzały się przekroczenia zawartości azotanów i pestycydów. Putin wbijał klin między nas a Włochów. To drugi, po polskich sadownikach, największy dostawca jabłek na rynek rosyjski. – Jeszcze niedawno wysyłali tam nawet 200 tys. ton rocznie – pamięta Maliszewski. – Myśmy ich nieco z rynku zepchnęli, ograniczyli sprzedaż do kilkudziesięciu tysięcy ton. Teraz mieli szansę się odkuć. Już nie mają. Rosja zamknęła swój rynek przed żywnością wszystkich krajów, które wymierzyły w nią sankcje. Spirala się nakręca.

Rosyjski handel, wychodząc naprzeciw patriotycznemu wzmożeniu swojego społeczeństwa, wszystkie jabłka znakuje chorągiewkami kraju pochodzenia. Sadownicy, którzy jeżdżą do Rosji, widzą jednak szachrajstwa. Kiedy włoskie chorągiewki wkładane są w jabłka dwukolorowe, które na ziemi włoskiej ze względów klimatycznych urodzić się nie mogą. To cecha charakterystyczna owoców polskich. Jak z wyraźnym rumieńcem, to nasze. Jednokolorowe, całe żółte albo zielone – obce. Włoskie, argentyńskie, chilijskie. Wkrótce włoskie też znikną, a na dwukolorowych pojawią się chorągiewki białoruskie. Może nawet kazachskie.

W Unii te numery także nie są nieznane. Jak dobrze pójdą rozmowy z firmami holenderskimi i belgijskimi, to polskie owoce zaczną wyjeżdżać do Afryki jako holenderskie. Nasi sadownicy zlekceważyli tamtejszego klienta, skupili się tylko na Rosji. Z 1,2 mln ton jabłek, jakie wysyłaliśmy za granicę, milion przeznaczony był dla Rosji, Białorusi i Kazachstanu. Z każdym rokiem sprzedaż rosła o co najmniej 7 proc. Teraz trzeba się rozejrzeć za klientem alternatywnym. W Afryce, Hongkongu, Singapurze, no i przede wszystkim – w Chinach. Byle szybko.

Chiny to ogromny, chłonny, rynek. Moglibyśmy sprzedawać na nim góry owoców, gdybyśmy pomyśleli o tym nieco wcześniej. Na razie nie mamy jednak koniecznych do tego dopuszczeń fitosanitarnych. Przy chińskiej biurokracji zdobywanie ich jeszcze może potrwać. Więc cała nadzieja w Hongkongu – twierdzi duży sadownik. – To brama do Chin, bez zbędnej biurokracji.

Globalizacja spowodowała, że towar można sprzedać w każdym zakątku ziemi, tylko trzeba znać drogę. A konsumenci, sięgając po jabłko, tak naprawdę nie są w stanie dojść, gdzie urosło. I – co równie ważne – kiedy zostało zerwane. A owoce zrywa się obecnie coraz wcześniej, choć akurat w najmniejszym stopniu dotyczy to jabłek.

Wielu konsumentów uważa, że ma to wpływ również na smak. Psuje go.

Drzewa, jak każda inna taśma produkcyjna, mają rodzić dużo i tanio. Dlatego zniknęły stare odmiany, takie jak kosztele czy malinówki. Są nieopłacalne. Nowe, o wiele wydajniejsze, są zaś pod względem smaku łudząco do siebie podobne. O wiele lepiej wyglądają, niż smakują. Nie da się ukryć, że polskie owoce podbijają obce rynki dzięki niskim cenom. Na naszym tracą pozycję. Może więc warto pomyśleć, by odzyskały smak? Coraz częściej zamiast po jabłko sięgamy po banana. Zerwanego wiele tygodni temu, gdy był jeszcze w kolorze zielonym i na żółty zmienił go gaz w dojrzewalni.

Najwięcej jemy w internecie

Wykazujemy więc dwuznaczny stosunek do rodzimych owoców i warzyw, żeby nie powiedzieć – dwulicowość. W internecie nawołujemy do jedzenia jabłek, chcąc ratować sadowników przed plajtą. Ale w głębi duszy liczymy, że na skutek nadmiernej podaży owoce stanieją. Z najświeższych badań NBP wynika, że nawet co nieco na rosyjskim embargu spodziewamy się zarobić. Liczymy, że ceny żywności nie będą rosły, a może nawet nieco spadną. W lipcu rzeczywiście spadły. Na razie to zwykła obniżka sezonowa. Skutki rosyjskiego zakazu odczujemy później. Jeśli nie zagospodarujemy nadwyżek, owoce mogą najpierw gwałtownie stanieć, potem – gdyby sadownicy zaczęli wycinać sady – trzeba liczyć się z podwyżką.

Deklarowana, głównie przez internautów, miłość do rodzimych witamin i zapewnianie innych nacji, że nasze jabłka są najlepsze na świecie, też nie wydają się szczere. Warzyw i owoców jemy bowiem coraz mniej.

Mniej owoców od nas (według Faostat) jedzą w Unii tylko Łotysze i Bułgarzy. Podczas gdy mieszkańcy Luksemburga zjadają średnio prawie 200 kg rocznie, Polacy – zaledwie 53 kg, Irlandczycy – 150 kg, Austriacy ponad 140 kg, Holendrzy i Brytyjczycy – 130 kg, Niemcy 85 kg. Średnia w krajach UE wynosi prawie 104 kg. Oddalamy się od niej z każdym rokiem.

Jeszcze w 2000 r. zjadaliśmy miesięcznie 13,3 kg warzyw i 4,1 kg owoców. W 2013 r. konsumpcja warzyw w mieście spadła do 8,5 kg, na wsi – do 9,9 kg. Pod tym względem odżywiamy się dużo gorzej niż w latach 80., gdy na sklepowych półkach był tylko ocet. Bo zieleniaki ze świeżymi warzywami w Polsce były zawsze.

Teraz zastępują je dyskonty z warzywami tak doskonale zakonserwowanymi, że zachowują świeżość przez kilka tygodni. Hiszpańskie, holenderskie, izraelskie, z całego świata. Z produkcji przemysłowej. Oferta małych gospodarstw, jeszcze niedawno powszechnie dostępna na osiedlowych bazarkach, zanika. Bo taka sałata czy marchewka, zerwane w gospodarstwie poprzedniego dnia, są droższe od warzyw z dyskontu. To nam się nie podoba, wolimy płacić mniej.

Najwyraźniej jednak na te przemysłowe witaminy też mamy dużo mniejszy apetyt. Podobnie na owoce. Spożycie w miastach zmalało do 3,7 kg miesięcznie, a rodzime jabłka i gruszki coraz częściej zastępowane są bananami. Na wsi jest jeszcze gorzej. Przydomowe sady zniknęły, a miesięczna konsumpcja owoców, mimo licznych kampanii reklamowych, wynosi zaledwie 3 kg.

Więc przekuwamy tę porażkę w sukces, wyciągając do Unii rękę po kolejne pieniądze. Tym razem na zmianę nawyków żywieniowych u najmłodszych. Z wielką ochotą podjęła się tego zadania Agencja Rynku Rolnego, która po naszym wejściu do UE przestała być potrzebna.

Państwo nie skupuje już mięsa ani zboża, gdy jest go za dużo, a do tego przecież agencję powołano. Centrala ARR w Warszawie oraz 16 oddziałów terenowych mogłyby ulec likwidacji. Wraz z setkami etatów, które od siedmiu lat obsadzają ludowcy.

ARR jednak przetrwała – wymyślono jej nowe ważne zadanie. Wkroczyła do szkół z witaminami. Do szklanki mleka dla każdego ucznia (tę akcję agencja prowadzi od dawna) dorzucono porcję warzyw i owoców dla uczniów najmłodszych klas, od pierwszej do trzeciej. Co najmniej dwa razy w tygodniu. Za darmo.

Za wyłonienie dostawców i rozliczenia z nimi odpowiada ARR. Od 2009 r., gdy akcja wystartowała, do końca kwietnia tego roku liczba szkół zainteresowanych darmowymi owocami i warzywami wzrosła czterokrotnie. Agencja za witaminy zapłaciła ponad 192 mln zł. 88 proc. z pieniędzy unijnych, resztę z budżetu krajowego.

Jesteśmy drugim po Włoszech beneficjentem środków przeznaczonych na zmianę nawyków żywieniowych. Za ubiegły rok szkolny Włosi zainkasowali 21,5 mln euro, Polska – 13,7 mln. W nadchodzącym możemy już liczyć na 20,5 mln euro z Brukseli. Może na fali patriotycznego wzmożenia zostaną lepiej wykorzystane.

Polityka 33.2014 (2971) z dnia 11.08.2014; Rynek; s. 36
Oryginalny tytuł tekstu: "Nakazany owoc"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Drapacze chmur, które zmienią oblicze Nowego Jorku

W 2020 r. na Manhattanie zostaną oddane do użytku dwa rekordowo wysokie wieżowce. Już dominują nad panoramą miasta. A stoją przy tej samej ulicy.

Aleksander Świeszewski
25.01.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną