Rynek

Gowin stawia na domowe elektrownie. Dlaczego może się nie udać?

Jarosław Gowin Jarosław Gowin Jakub Włodek / Agencja Gazeta
Partia Porozumienie chce, by Polacy sami zaczęli produkować prąd. To dotąd najrozsądniejszy pomysł rządu na powstrzymanie wzrostu cen energii. Tyle że uderza w status quo.

Prosument to konsument i producent energii elektrycznej. W Polsce są to głównie gospodarstwa domowe z zainstalowanymi na dachach panelami fotowoltaicznymi. Takich podmiotów jest dziś w kraju ponad 30 tys. To bardzo mało, szczególnie na tle Zachodu. Przykładowo w Wielkiej Brytanii jest ponad 1 mln domowych elektrowni, a w Niemczech – 2 mln. W tych krajach prosumenci nie tylko zmniejszają popyt na prąd, obniżając jego cenę w hurcie, ale też podnoszą stabilność sieci energetycznej, szczególnie latem, kiedy konwencjonalne elektrownie nie mogą pracować np. z powodu niskiego poziomu wody w rzekach.

Czytaj także: Jak wybudować antysmogowy, ekologiczny, przyjazny dla portfela dom

Elektrownie domowe teraz się Polakom nie opłacają

Prosumentów w Polsce jest mało, bo prawo nie zachęca do stawiania przydomowych elektrowni. Zamiast bezpośrednich dopłat do produkcji energii (feed-in-tariffs) prosumenci u nas mogą liczyć tylko na system tzw. opustów. Zgodnie z nim za każdą kilowatogodzinę (kWh) prądu odprowadzonego do sieci prosument ma prawo otrzymać od swojego dostawcy rabat. System rozliczeń jest jednak niekorzystny – za 1 kWh prosument otrzymuje za darmo 0,8 kWh. Tymczasem w krajach zachodnich standardem jest parytet 1:1. W efekcie na zwrot z inwestycji można czekać nawet kilkanaście lat.

Najważniejsze założenia programu Energia+

W niedzielę 13 stycznia minister przedsiębiorczości i technologii Jadwiga Emilewicz przedstawiła w Krakowie założenia programu Energia+. Jego głównym celem ma być szybkie zwiększenie liczby prosumentów – jeszcze w tym roku ma ich przybyć 50 tys. Wśród pomysłów znalazło się kilka kluczowych absurdów prawnych. Po pierwsze, Emilewicz zaproponowała skrócenie czasu oczekiwania na podpięcie prosumenta do sieci – obecnie na decyzję w tej sprawie można, zgodnie z prawem, czekać 150 dni. Po drugie, chce rozszerzenia definicji prosumenta, tak by status taki mogły uzyskać firmy i samorządy, a nie tylko gospodarstwa domowe. Po trzecie, zmniejszony do 8 proc. ma być VAT dla instalacji prosumenckich. Obecne przepisy przewidują, że taką stawkę można płacić tylko za instalacje OZE postawione na budynku mieszkalnym – np. panele fotowoltaiczne na dachu. Urządzenia wolno stojące – nawet znajdujące się w bezpośrednim sąsiedztwie budynku (np. na garażu) – podlegają 23-proc. VAT. Zniechęca to prosumentów do inwestowania w urządzenia o większej mocy.

Czytaj także: Rząd zamraża ceny energii. I tworzy Fundusz Wypłaty Różnicy Ceny

Uderzenie w energetyczne status quo

Czy propozycje Emilewicz wystarczą, by uruchomić rewolucję prosumencką w Polsce? Trudno powiedzieć. Są one rozsądne, ale wszystko będzie zależało od kształtu zaproponowanych przepisów i tego, czy rząd się na nie zgodzi. O to może być niełatwo, bo prosumenci to w długiej perspektywie największe zagrożenie dla status quo polskiej energetyki. Gdy będziemy w stanie sami wytwarzać energię, nie będziemy potrzebować już wielkich elektrowni, kopalń węgla, ale też oligopolu energetycznych spółek skarbu państwa. To tym podmiotom najmniej będzie zależeć na prosumenckiej rewolucji i to one będą bronić starego porządku.

Czytaj też: Dlaczego jesteśmy zakładnikami węgla

Reklama

Czytaj także

Kultura

Zofia Posmysz – nikt w taki sposób jak ona nie napisał o Auschwitz

Te książki najlepiej czytać razem: wywiad rzekę z Zofią Posmysz „Królestwo za mgłą” i jej wznowioną powieść – arcydzieło „Wakacje nad Adriatykiem”.

Justyna Sobolewska
14.02.2017
Reklama