Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty w okazyjnej cenie!

Subskrybuj
Rynek

Chiny kontra reszta świata, czyli wielka bitwa o handel czipami

Czipy to tylko jeden z sektorów większej branży półprzewodników, z których są zbudowane. Według analiz wartość całego rynku osiągnie w 2027 r. ponad 720 mld dol. Czipy to tylko jeden z sektorów większej branży półprzewodników, z których są zbudowane. Według analiz wartość całego rynku osiągnie w 2027 r. ponad 720 mld dol. CFOTO / ddp images / Forum
O półprzewodniki i mikroczipy, z których zbudowane są nowoczesne technologie, toczy się zażarta, globalna walka na polu naukowym, inżynieryjnym i handlowym. Od jej wyniku zależy, kto zdominuje przyszłość światowej gospodarki.

Świat może odetchnąć z ulgą: wojna amerykańsko-chińska (przynajmniej tym razem) nie wybuchła. Jednak niedawna eskalacja dyplomatyczno-wojskowa wokół wizyty przewodniczącej Nancy Pelosi na Tajwanie była widowiskowym symbolem końca pewnego etapu globalizacji. Historia relacji gospodarczych z ChRL ostatnich dekad przez wielu jeszcze niedawno uznawana była za wielki sukces, na którym zyskać mieli wszyscy. Europejczycy i mieszkańcy Ameryki Północnej, którzy dzięki niej zmniejszyli zatrudnienie w wycieńczającej fizycznie branży przemysłowej oraz dostali dostęp do tanich produktów. Chińczycy, bo dzięki napływowi zamówień ubogie społeczeństwo w rekordowym czasie dołączyło do grona najbardziej rozwiniętych gospodarek.

Ostatnie napięcia międzynarodowe unaoczniają prawdziwość zasady, w myśl której jeśli coś wydaje się zbyt piękne, żeby było prawdziwe, to często takie właśnie jest. Cena przebudzenia może być szczególnie wysoka ze względu na rolę, jaką w naszym życiu odgrywają urządzenia i programy, które zbiorczo składają się na cyfrową rewolucję. O półprzewodniki i mikroczipy, z których zbudowane są nowoczesne technologie, toczy się bowiem zażarta, globalna walka na polu naukowym, inżynieryjnym i handlowym. Od jej ostatecznego wyniku zależy, kto zdominuje przyszłość światowej gospodarki.

Czytaj też: Czy Biden prowadzi w Ukrainie zastępczą wojnę z Rosją?

Coraz więcej „cyfrowych okopów”

Według dominującej przez trzy dekady narracji komputery, internet i smartfony traktowane były jako technologie pozwalające pomijać granice zarówno w sensie geograficznym, jak i metaforycznym. Dzięki radykalnemu obniżeniu kosztów przesyłu informacji wydawało się, że nic nie powstrzyma ekonomicznej, technologicznej i kulturalnej globalizacji. Dziś sytuacja wygląda diametralnie inaczej. W rosnącej liczbie krajów internet jest cenzurowany, a aktywność w nim surowo nadzorowana (Chiny, Rosja, Iran). W innych (Unia Europejska, USA) wprowadzane są kolejne regulacje zmniejszające zakres tego, co jest w sieci dozwolone (np. w zakresie używania danych osobowych). Równocześnie wszędzie trwa rywalizacja rządów i (często dotowanych przez nie) pochodzących z tych krajów prywatnych korporacji. Efektem tej mieszkanki jest stopniowe powstawanie osobnych „internetów” czy „splinternetu („splinter” to po angielsku drzazga lub odłamek), skupionych wokół narodowych lub międzynarodowych rynków cyfrowych.

Obszarów, w których obserwujemy konsekwentne pogłębianie cyfrowych „okopów”, jest coraz więcej. Obejmują zarówno handel oprogramowaniem (i danymi, których używa), jak i, coraz częściej, sprzętem koniecznym do działania nowych technologii. Szczególnie ostra konkurencja ma miejsce w sektorze produkcji mikroczipów, czyli miniaturowych układów scalonych będących podstawą działania współczesnych komputerów, smartfonów, urządzeń internetu rzeczy itp. To od nich zależy, czyje podzespoły będą umożliwiały tworzenie m.in. najnowocześniejszych broni, pojazdów, sprzętu medycznego czy gadżetów. Od wybuchu pandemii wiemy także, że zabezpieczenie produkcji komponentów cyfrowych zapewnia gospodarcze bezpieczeństwo.

Tajwan odgrywa w tej grze kluczową rolę. Choć trudno w to uwierzyć, Tajpej w 2022 r. kontroluje 66 proc. szacowanego na ponad 150 mld dol. rynku dostaw czipów, z czego tylko jedna firma – TSMC – aż 56 proc. Kolejni gracze w stawce: Koreańczycy, Amerykanie, Europejczycy i Chińczycy, produkują czipów za mało, aby zaspokoić własne potrzeby. To właśnie ze względu na rolę, jaką wyspa odgrywa w łańcuchu produkcji komponentów komputerowych, zajmuje ona tak ważną rolę w polityce zagranicznej. Dziś mikroczipy są potrzebne nie tylko do komputerów i smartfonów, ale – wraz z rozwojem urządzeń internetu rzeczy – w zasadzie we wszystkich gałęziach gospodarki. Przez sankcje na sprzedaż tych elementów mogliśmy niedawno czytać, że Rosjanie rozmontowują na części stare, zużyte urządzenia elektroniczne. Czipy to tylko jeden z sektorów większej branży półprzewodników, z których są zbudowane. Według analiz wartość całego rynku osiągnie w 2027 r. ponad 720 mld dol. W przypadku hipotetycznego zamknięcia wszystkich fabryk na Tajwanie znaczna część świata dosłownie by się zatrzymała.

Czytaj też: Nowa zimna wojna

Cyberofensywa USA

Tak jak w przypadku inwazji Rosji na Ukrainę inicjatorem zdecydowanych działań w obszarze cyfrowej dyplomacji handlowej z Chinami są Stany Zjednoczone. Początki tej strategii USA sięgają kampanii i późniejszej prezydentury Donalda Trumpa, który uczynił z Państwa Środka główny obiekt krytyki i ataków. Ta „jastrzębia” linia kontynuowana jest jednak także jako oficjalna polityka administracji Joe Bidena. Wraz z inwazją Rosji na Ukrainę i faktem wspierania tej pierwszej przez Pekin proces „cyfrowej deglobalizacji” tylko przyspieszył.

W połowie sierpnia departament handlu zdecydował się na możliwość blokady eksportu do tego kraju technologii produkcji czipów bez uzyskania stosownych licencji. Chodzi o komponenty i projekty najnowszych generacji (mniejsze niż 14 nanometrów), z wytwarzaniem których na masową skalę do tej pory chińskie firmy sobie nie radziły. To kolejne w serii działań USA na arenie międzynarodowej, które wynikają ze zmiany myślenia o nowych technologiach w kontekście relacji z ChRL. Już wcześniej chińskie korporacje (m.in. Huawei, ZTE) były obejmowane dotkliwymi obostrzeniami i zakazami związanymi z kwestiami bezpieczeństwa, które miały uniemożliwić firmom z Państwa Środka swobodne działanie w USA i powiązanych z nimi zachodnich gospodarkach. Teraz na czarnej liście znalazły się nie tylko firmy, ale także konkretne technologie.

USA stoi też na czele grupy Chip 4, czyli elitarnego klubu liderów produkcji półprzewodników, zrzeszającego poza nimi Tajwan, Japonię i Koreę Południową. Zawiązanie bliższej współpracy podczas planowanego na przełom sierpnia i września spotkania liderów tych krajów to próba przeciwstawienia się rosnącej roli Chin w branży. Jeśli plan się powiedzie, może się okazać, że globalny rynek podzespołów komputerowych będzie działał analogicznie do sektora produkcji energii, w którym decyzje podejmowane przez przywódców karteli bezpośrednio przekładają się na ceny paliwa na stacjach na całym świecie.

Działania dyplomatyczne nie są w stanie rozwiązać jednak podstawowego problemu: braku zabezpieczenia dostaw surowców, fabryk oraz know-how potrzebnego do produkcji skomplikowanych z perspektywy inżynieryjnej komponentów. Ten problem rozwiązać ma uchwalona przez Kongres USA na początku sierpnia The Chips and Science Act, co Joe Biden i przychylne mu media ogłosiły jako wielki sukces. Na podstawie nowego prawa amerykańskie firmy (m.in. Micron, Qualcomm i GlobalFoundries) otrzymają w ciągu najbliższych lat dodatkowe 53 mld dol. w formie ulg i dotacji m.in. na badania, kształcenie pracowników i cyberbezpieczeństwo. Dodatkowo 10 mld trafi do regionalnych centrów innowacyjności, które obok stymulowania przedsiębiorstw wspierać będą edukację aktualnych i przyszłych pracowników. Całość działań ma stworzyć co najmniej 40 tys. nowych miejsc pracy i w perspektywie dekady zagwarantować Stanom 10-procentowy udział w światowym obrocie mikroczipami.

Czytaj też: Efekt pieluchy. Dlaczego czeka nas wojna z Chinami?

Chiny kontra reszta świata

Obecne „zakorkowanie” światowego systemu produkcji i dostaw komponentów cyfrowych wywołało reakcje w wielu innych krajach. Kluczowa będzie odpowiedź firm z Korei Południowej. Samsung – jej flagowa firma, która odpowiada dziś za ponad 12 proc. produkcji wszystkich mikroczipów na świecie – niedawno pochwalił się stworzeniem rewolucyjnego mikroczipa o wielkości 3 nanometrów, który gwarantować ma prawie 50 proc. oszczędności zużycia energii. Nowe odkrycia prawdopodobnie umocnią pozycję rynkową Koreańczyków, którzy w ostatnich latach intensywnie rozszerzają działalność m.in. poprzez budowę fabryk w Teksasie (za, bagatela, 17 mld dol.) i Brazylii. Dynamiczny rozwój jest możliwy dzięki ogromnym zasobom kapitałowym – w 2022 r. koreańskie firmy z szeroko rozumianego sektora półprzewodników wydadzą tylko na inwestycje prawie 50 mld dol. Problem w tym, że Koreańczycy do tej pory współpracowali z firmami chińskimi i byli aktywni na rynku dóbr konsumenckich. Nowy amerykański zakaz może uniemożliwić modernizację fabryk zlokalizowanych w Chinach, co przełoży się nie tylko na gorsze wyniki finansowe, ale grozi wypadnięciem z tamtejszego rynku.

Z kolei Unia Europejska w lutym ogłosiła swoją wersję „czipowej kontrofensywy”, przedstawiając projekt EU Chips Act opiewający na kwotę 43 mld euro i przeznaczony na wspieranie firm produkujących komponenty z półprzewodników. Niestety, jak zdążyliśmy się już przyzwyczaić, Bruksela ma tendencje do tworzenia bardzo ambitnych planów bez zabezpieczania odpowiedniego do skali wyzwań poziomu finansaowania. W przypadku inicjatywy czipowej w rzeczywistości chodzi o zaledwie 13 mld dodatkowych środków, bo 30 było już na ten cel asygnowane w ramach Europejskiego Cyfrowego Ładu. Daje to sumę prawie trzy razy mniejszą niż w przypadku USA, co każe powątpiewać w szanse na osiągnięcie zakładanego podwojenia udziału w światowym rynku.

Podobną ilość gotówki – ok. 30 mld dol. – na rozwój sektora zamierzają wydać Indie. Inaczej niż w przypadku Chin, USA i Europy New Delhi zamierza skupiać się na rozbudowaniu bazy produkcyjnej mniej kosztownych czipów starszych generacji, co odpowiadać ma przede wszystkim na potrzeby wewnętrzne, a nie chęć stworzenia innowacyjnego przemysłu przyszłości. Hindusi zamierzają korzystać ze współpracy z firmami z Tajwanu, co interpretować można także jako dołączenie do koalicji tworzonej przez USA „po cichu”, tj. tak, aby otwarcie nie antagonizować Chin.

Czytaj też: Dlaczego świat zaczął bić się o piasek?

Krzemowa Dolina Zachodu

Plany krzemowej reindustrializacji Zachodu brzmią optymistycznie. Przy głębszej analizie okazuje się, że droga do sukcesu może napotkać poważne problemy. Po pierwsze, te pomysły są niezwykle kosztowne i czasochłonne. Według wyliczeń ekspertów budowa jednej fabryki mikroczipów (zwanych po angielsku „foundry”, tj. „odlewniami”) kosztuje między 10 a 20 mld dol., przy czym cena nie obejmuje nakładów na nowe badania. Co gorsza, proces zajmuje od trzech do pięciu lat, co przy obecnym poziomie opóźnień w dostawach sprzętu nie powstrzyma nas przed odczuwaniem bolesnych i kosztownych braków produktów.

O ile nakłady USA na sektor mikroczipów po ostatniej ustawie w ciągu kilku lat osiągnęły poziom 150 mld dol., o tyle środki przeznaczone na ten cel przez Komisję Europejską nie pozwolą na grę przy „dorosłym” stoliku ze światowymi liderami. Te niewielkie pieniądze prawdopodobnie będą jeszcze podzielone na wspomaganie mniejszych w porównaniu ze światową konkurencją firm, co osłabi gospodarczy sukces takiej polityki.

Po drugie, nie jest jasne, czy nakładane ograniczenia i blokady handlowe zadziałają. Historia sankcji na kraje autorytarne dostarcza przykładów, w których ich efekt był znikomy bądź zgoła odwrotny do zamierzonego. Tak może być i tym razem. Jak argumentują eksperci, firmy z państw członkowskich klubu Chip 4 muszą liczyć się z perspektywą całkowitego wyeliminowania ich produktów i usług z rynku chińskiego. Ten ostatni jest ogromny – w 2021 r. Chiny wydały na zakup mikroczipów więcej pieniędzy niż na ropę naftową. Utrata dostępu do tak ogromnej rzeszy konsumentów może spotkać się z niechęcią akcjonariuszy, producentów oraz próbami obchodzenia zakazów. Co więcej, w praktyce efekt sankcji może okazać się jeszcze szerszy i kosztowniejszy. Aby uniknąć problemów z płynnością łańcucha dostaw, wszystkie firmy, które chcą korzystać z amerykańskich technologii lub móc oferować swoje produkty w USA, powinny usunąć z łańcucha dostaw nowoczesne chińskie komponenty – nie tylko te objęte sankcjami. Dla wielu z nich (szczególnie w mniej zamożnych krajach, takich jak Polska) przestrzeganie nowych zasad może wymagać zmian w łańcuchach dostaw i zastąpienia chińskich elementów droższymi zamiennikami. Szacuje się, że niemiecki biznes na ewentualnej wojnie handlowej z Chinami może stracić sześć razy więcej, niż miało to miejsce w przypadku brexitu.

Po trzecie, w tej grze ostatnie słowo należeć będzie do Chin. W końcu nowe strategie tworzone w Ameryce, Azji czy Europie wycelowane są w ograniczenie ambicji Komunistycznej Partii Chin, która od co najmniej dwóch dekad stawia na rozwój gospodarczy. W chiński przemysł elektroniczny w ostatnich dekadach zainwestowano biliony yuanów. Przełożyło się to nie tylko na osiągnięcie najwyższego poziomu badawczo-naukowego (m.in. najwięcej publikacji naukowych na świecie na temat sztucznej inteligencji), ale i kontrolę strategicznych rynków, w tym niezbędnych dla działania nowych technologii, jak produkcja krzemu czy dostawy metali rzadkich.

Chińczycy co chwila chwalą się przełomowymi wdrożeniami innowacyjnych technologii. Niemal równolegle z wprowadzeniem amerykańskich sankcji SMIC, największy krajowy producent, ogłosił, że pomimo amerykańskiej blokady technologicznej udało im się skutecznie uruchomić produkcję 7-nanometrowych mikroczipów. Jeśli okaże się to prawdą, będzie to ważny krok w kierunku uniezależnienia się Pekinu od dostaw kluczowych technologii z zagranicy. Może się więc okazać, że działania USA i innych państw Zachodu będą jedynie spóźnioną i niedokładną próbą naśladowania chińskiej polityki rozwojowej.

Czytaj też: Smok patrzy na tygrysy. Chiny mają problem z wojną w Ukrainie

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Rynek

Gdzie jest gotówka? W Polsce ubywa banknotów, z ulic znikają bankomaty

Jest kłopot z papierowymi pieniędzmi. Ubywa bankomatów, kurczy się też sieć oddziałów banków. W sklepach coraz trudniej zapłacić pieniędzmi. Większe transakcje w banknotach stają się podejrzane.

Cezary Kowanda
29.09.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną