Rynek

Ustawa wiatrakowa, czyli jak wszystko zmienić, by nic się nie zmieniło

Sejm uchwalił nowelizację ustawy regulującej zasady budowy farm wiatrowych na lądzie („o inwestycjach w zakresie elektrowni wiatrowych oraz niektórych innych ustaw”). Sejm uchwalił nowelizację ustawy regulującej zasady budowy farm wiatrowych na lądzie („o inwestycjach w zakresie elektrowni wiatrowych oraz niektórych innych ustaw”). Łukasz Cynalewski / Agencja Wyborcza.pl
Czy nowe przepisy rzeczywiście coś liberalizują? Wygląda to raczej na powtórkę z ustawy o Sądzie Najwyższym. Rząd pokornie łyknął tę żabę z nadzieją, że może Bruksela też ją łyknie.

Sejm uchwalił nowelizację ustawy regulującej zasady budowy farm wiatrowych na lądzie („o inwestycjach w zakresie elektrowni wiatrowych oraz niektórych innych ustaw”). Liberalizacja reguł budowy farm wiatrowych to jeden z „kamieni milowych”, obok zagwarantowania niezależności sędziom, którego to spełnienie ma przybliżyć nas do pieniędzy z Krajowego Planu Odbudowy. Pytanie jednak, czy ta ustawa rzeczywiście coś liberalizuje. Wygląda to raczej na powtórkę z ustawy o Sądzie Najwyższym. Ona też ma coś zmienić, ale tak, żeby nic nie uległo zmianie.

Jak wyklucza zasada 10H

Dlatego ustawa wiatrakowa, zwana też odległościową, przewiduje, że zamiast dotychczasowej reguły 10H będzie obowiązywała nowa, zezwalająca na budowę instalacji wiatrowej, ale nie bliżej niż 700 m od zabudowań mieszkalnych. Obowiązująca od 2016 r. reguła 10H nie mówiła nic o metrach, te bowiem każdy sam sobie musiał wymierzyć. Chodziło o to, by w promieniu wyznaczonym dziesięciokrotnością wysokości instalacji nie było domów, parków narodowych lub rezerwatów. Biorąc pod uwagę, że nowoczesne elektrownie wiatrowe mają 100–150 m, a najwyższa w Nowym Tomyślu ma 210 m, oznaczało to, że w promieniu od kilometra do półtora nie może być żadnego domu.

W Polsce, dość gęsto i chaotycznie zabudowanej, oznaczało to faktyczny zakaz budowy jakichkolwiek instalacji wiatrowych, bo wszędzie są jakieś domy, a jak nie domy, to rezerwaty. A jeśli nie ma, to warunki wiatrowe i tak nie kwalifikują takiego miejsca do inwestycji. Eksperci wyliczyli, że zasada 10H skutecznie eliminowała możliwość budowy nowych instalacji na 99,7 proc. powierzchni kraju.

Kaczyński wiatraków nie lubi

I to się miało zmienić, bo rządowy projekt zgłoszony pod naciskiem Komisji Europejskiej, która chce, by wszystkie kraje UE realizowały zasady Zielonego Ładu, zakładał, że obszar wykluczony z inwestycji wiatrowych będzie kończył się na 500 m. Wiatrowi dał się ponieść nawet premier Morawiecki, który tłumaczył, że dzięki ustawie energię produkowaną z importowanego węgla czy gazu zastąpimy polskim wiatrem. „Omawiana regulacja ma pilny i istotny charakter z punktu widzenia pobudzenia nowych inwestycji i tworzenia miejsc pracy, ale przede wszystkich w kontekście rozbudowy potencjału wytwórczego wpływającego na bezpieczeństwo energetyczne, zwiększania odporności energetyki na czynniki zewnętrzne, wzmacniania suwerenności energetycznej oraz – co szczególnie ważne – obniżania cen energii zarówno dla gospodarstw domowych, jak i przedsiębiorstw” – reklamował regułę 500 m rząd w uzasadnieniu do ustawy.

Jednak nieoceniony poseł Marek Suski rzutem na taśmę wyrwał ustawie niemal wszystkie zęby. Przeforsował bowiem poprawkę wprowadzającą 700 m zamiast 500. A jego koledzy z PiS, a szczególnie z Solidarnej Polski, wyjątkowo wrogo nastawionej do wiatru, palili się nawet do 1000 m, czyli czegoś zbliżonego do 10H, tylko inaczej sformułowanego. Dokładnie jak z ustawą o Sądzie Najwyższym. Rząd pokornie łyknął tę żabę z nadzieją, że może Bruksela też ją łyknie. Najwyraźniej taka instrukcja napłynęła z Nowogrodzkiej. Od dawna panuje przekonanie, że prezes Kaczyński nie lubi wiatraków, bo ktoś mu kiedyś wmówił, że zarabiają na nich działacze PSL, więc w ramach walki o wieś trzeba walczyć z wiatrakami.

„Stop wiatrakom!”

„Przyjęcie poprawki o zmianie odległości minimalnej z 500 na 700 m to dalsze blokowanie energetyki wiatrowej na lądzie” – ubolewa Janusz Gajowiecki, prezes Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej. Przy 500 m według PSEW była szansa nawet na 22 GW dodatkowej energii z wiatru w ciągu najbliższych lat. Przy 700 m mogą powstać najwyżej 4 GW.

Najzabawniejsze jest jednak to, że środowisko antywiatrakowe, którego postulaty kiedyś PiS wziął na własne sztandary, nie kryje wściekłości i rozczarowania. „Niestety, i piszemy to z dużym rozgoryczeniem, większość krajowych sił politycznych, tych rządzących i tych opozycyjnych, jak również cały establishment medialny i rozrywkowy w Polsce, tak samo jak i w krajach zachodnich pozostaje pod dominującym wpływem ideologii klimatyzmu i uczestniczy w realizacji planów globalistów. Nawet kardynał Bergoglio obsadzony w roli papieża przez siły ciemności włączył się w »walkę z klimatem«, zamiast krzewić wiarę chrześcijańską na świecie” – czytamy na portalu Stop Wiatrakom.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

null
Nauka

Czy istnieją miasta idealne? Nowa Huta warunki spełnia. Warto przyjrzeć się jej bliżej

75-lecie Nowej Huty to okazja do rachunku sumienia dla urbanistów, decydentów i deweloperów. A dla nas – do refleksji, gdzie naprawdę chcielibyśmy mieszkać.

Marcin Skrzypek
09.07.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną