Jak być szczęśliwym?
Do tej pory psycholodzy najczęściej zajmowali się nieszczęściami i defektami ludzkiej osobowości. Ostatnio odkryli, że równie ważne są badania nad szczęściem. I już dokonali wielu szokujących obserwacji.

Aby ze zdjęcia zrobionego w czasie maturalnego balu 40 lat temu odgadnąć, co się dziś dzieje z naszymi szkolnymi koleżankami i kolegami, trzeba być jasnowidzem. Patrząc jednak na młodzieńczą twarz wywnioskować można z jej wyrazu, czy uwieczniona na fotografii osoba była wówczas szczęśliwa, czy też miała raczej pochmurne usposobienie. Już ta różnica temperamentu wróży zaś bardzo odmienne życiowe drogi i szanse sukcesu.

Na zdjęciach w szkolnych albumach prawie wszyscy jesteśmy uśmiechnięci. Jednak, jak odkrył przed laty Paul Ekman, nie wszystkie uśmiechy są sobie równe. Przyklejony do twarzy sztuczny grymas, zwany niekiedy przez psychologów uśmiechem Pan American, będący częścią uniformu stewardes, nie zwiedzie czujnych badaczy ludzkiej natury. Prawdziwym uśmiechem emanującym radość jest tzw. uśmiech Duchenne’a. Francuski neurolog Guillaume Duchenne przed 140 laty opisał sto mięśni twarzy odpowiedzialnych za ekspresję emocji. Niektórych z nich nie jesteśmy w stanie świadomie kontrolować, więc szczery uśmiech jest trudny do podrobienia.

Zdjęcie prawdę ci powie

Fakt ten podsunął parze kalifornijskich psychologów z Berkeley Dacherowi Keltnerowi i LeeAnne Harker pomysł, by zbadać, czy autentyczna radość malująca się na twarzach studentów będących u progu dorosłego życia pozwala przewidzieć, jak dalej potoczą się ich losy. Wybrali do swych badań szkolny album ze zdjęciami absolwentów Mills College, rocznik 1960. Analizując 141 zdjęć dziewcząt Keltner i Harker odrzucili trzy, które zachowały poważny wyraz twarzy, zaś pozostałe podzielili na „uśmiech Pan American” i „uśmiech Duchenne’a”. Wypadło mniej więcej pół na pół. Wybór Mills College nie był przypadkowy, gdyż ten akurat rocznik jego absolwentek był obiektem długofalowych badań psychologicznych, w trakcie których uśmiechające się na zdjęciach z 1960 r. panie przepytane zostały na temat swej życiowej satysfakcji i statusu, kiedy miały lat 27, 43 i 52.

I cóż ujawniły badania? Kobiety ze szczerym radosnym uśmiechem w większej proporcji niż grupa ich mniej pogodnych koleżanek były zamężne i ich małżeństwa były bardziej trwałe. Były one także bardziej zadowolone ze swego życia. Keltner i Harker zdawali sobie sprawę, że przyczyną tych różnic mogła być, na przykład, uroda, a nie szczery uśmiech, i możliwość tę wyeliminowali. Z właściwą uczonym powściągliwością uznali oni, że istnieje najwyraźniej zależność między zwyczajem demonstrowania autentycznej radości a przyszłym szczęściem i życiowym sukcesem.

Optymiści żyją 10 lat dłużej

Ciekawe badania przeprowadzono również na grupie zakonnic, sióstr szkolnych kongregacji Notre Dame ze stanu Minnesota, które przed kilkunastu laty zgodziły się uczestniczyć w programie badań nad starzeniem i długowiecznością. Prof. David Snowdon i jego koledzy z University of Kentucky mieli do swej dyspozycji unikatowe źródło informacji – eseje autobiograficzne napisane przez 180 badanych sióstr, kiedy w wieku ok. 20 lat wstępowały do nowicjatu. Jak odkrył Snowdon, te siostry, których eseje ujawniały najwięcej optymizmu i zadowolenia z życia, żyły przeciętnie o 10 lat dłużej niż wiecznie zasmucone pesymistki. Gdyby tylko można nauczyć się optymizmu i szczęścia...

Naukowa wiedza o pozytywnym stanie trwałej życiowej satysfakcji, zwanym dla uproszczenia szczęściem, pozostawała do niedawna daleko w tyle za znajomością depresji, lęku, paranoi i innych nieszczęsnych stanów ducha. W ciągu ostatnich 100 lat czasopisma naukowe poświęcone psychologii i psychiatrii opublikowały ponad 54 tys. artykułów dotyczących depresji, ponad 8 tys. na temat gniewu, a tylko – jak twierdzi psycholog Dan Baker z Tucson w Arizonie, który zestawił tę statystykę – 416 o szczęściu. Kiedy wreszcie uczeni zaczęli intensywniej badać szczęście, jednym z pierwszych zaskakujących odkryć było to, że generalny poziom zadowolenia z życia wydawał się w przeważającej mierze wrodzoną, genetycznie zdeterminowaną cechą naszego charakteru.

Taka przynajmniej była początkowa konkluzja, do jakiej doszedł David Lykken z Uniwersytetu stanu Minnesota, który w latach dziewięćdziesiątych prowadził, w ramach słynnego programu badań identycznych bliźniąt rozdzielonych wkrótce po urodzeniu i wychowanych przez różne rodziny, studia nad życiową satysfakcją blisko 1200 takich par genetycznie identycznych osobników. Poziom osiągniętego przez nich w średnim wieku szczęścia okazał się tak podobny, że Lykken doszedł do wniosku, iż każdy z nas rodzi się już z psychiką ustawioną na pewien poziom życiowej radości, którą okoliczności zmienić mogą tylko w niewielkim stopniu. Wkrótce potem jednak Lykken złagodził nieco swe deterministyczne stanowisko i oświadczył, że jeśli nawet nasz poziom szczęśliwości jest z grubsza stały, te niewielkie zmiany, które nadal zależą od naszych życiowych okoliczności i świadomych decyzji, warte są trudu i lepszego poznania.

Dar radości

Dziś badaniem szczęścia zajmuje się wielu naukowców, a znacznie więcej osób pisze poradniki, jak szczęście osiągnąć. Sądząc z zalewu rynku takimi publikacjami jednego można być pewnym: niewątpliwie dają one szczęście ich autorom i wydawcom. Nadal znacznie mniej książek na ten temat jest opartych na solidnych, psychologicznych badaniach, lecz i tu zaobserwować można wyraźne zmiany.

Jednym z tych uczonych, dzięki któremu współczesna psychologia traktuje zagadnienie szczęścia z większym respektem i optymizmem, jest Martin Seligman, były przewodniczący Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego, który przez długie lata – zanim zainteresował się szczęściem – badał takie negatywne zjawiska jak bezradność (helplessness) czy psychopatologia (abnormal psychology). Seligman wnet doszedł do przekonania, że rzetelne badania szczęścia wymagają wprowadzenia pewnych bardziej subtelnych rozróżnień terminologicznych.

Szczęście, jak się okazuje, niejedno ma imię. W przekonaniu Seligmana istnieją trzy jego podstawowe kategorie – za szczęśliwe uchodzić może „przyjemne życie wypełnione radosnymi, miłymi (przynajmniej w naszym subiektywnym odczuciu) wydarzeniami, którym towarzyszy śmiech i radość. Taki sposób życia jest darem natury, kwestią wrodzonego temperamentu i genetycznie ustawionego wysoko ponad średnią wskaźnika szczęśliwości. Nie wszystkim dar ten jest dany – choć może posiada go około połowy ludzi. Ci, którzy go nie mają, nie powinni jednak popadać w depresję. Są nadal zdolni do przeżycia drugiej formy szczęścia, którego źródłem jest dobre życie. Rada Seligmana jest następująca: każdy z nas obdarzony jest jakimiś wrodzonymi atutami czy talentami; należy je poznać, a następnie w maksymalnym stopniu wykorzystywać dla dobra swej zawodowej pracy, miłości, przyjaźni, rozrywki czy życia rodzinnego. Zajmowanie się tym, w czym jesteśmy naprawdę dobrzy, daje nam także większą satysfakcję, której najwyższy stopień polega na pełnym zaangażowaniu, zapomnieniu się w pozytywnym działaniu.

Jest wreszcie trzecia, najbardziej wysublimowana kategoria szczęścia, jakie osiągnąć można prowadząc życie niekoniecznie przyjemne i nie tylko dobre, lecz znaczące, przez co Seligman rozumie „oddanie naszych szczególnych atutów i zdolności w służbie czegoś, co jest większe niż my sami”. Ten najwyższy rodzaj szczęścia osiągnąć można np. odnajdując Boga i – jak siostra Teresa z Kalkuty – poświęcając własne życie pomocy innym, choć sam Seligman jest szalenie powściągliwy w jakichkolwiek aluzjach religijnej natury. Konkluzja jednak, że prawdziwe i najgłębsze szczęście może dać człowiekowi poszukiwanie i wzbogacenie wartości duchowych, jest jednak zupełnie jednoznaczna. Nie jest to postulat zupełnie nowy i odkrywczy – filozofowie głosili go przynajmniej od czasów Arystotelesa. Wysoce znaczące w psychologicznych koncepcjach Seligmana jest jednak to, że zdają się one symptomatyczne dla współczesnych tendencji do pojednania racjonalnych i mistycznych tradycji zachodniej kultury.

Wartości transcendentne, przez długie lata wykluczone z obszaru zainteresowań nauki, znów pojawiają się na jej „ekranie radarowym”. Co więcej, psychologia, dotąd traktująca zwykle człowieka modelowo, jak automat reagujący tylko na zewnętrzne bodźce lub komputer przetwarzający dopływające poprzez zmysły do mózgu informacje, zaczyna znów rozważać takie abstrakcyjne i nienaukowe pojęcia jak charakter.

Badania Seligmana są nie tylko interesujące, ale mają również praktyczny aspekt. Jego pierwsza, wydana w 1990 r., książka poświęcona pozytywnym stanom psychicznym nosiła tytuł „Wyuczony optymizm” i także dwie następne – „Optymistyczne dziecko” (1995) i „Autentyczne szczęście” (2002) – mają w pewnej mierze charakter podręczników samodoskonalenia. Seligman wierzy głęboko, że optymizmu można się nauczyć i sam, jak pisze, jest tego przykładem. Trzeba jednak pamiętać, że rodzaj szczęścia, jakie osiągnąć możemy własną pracą i wysiłkiem, nie jest łatwym i przyjemnym szczęściem radosnego i pogodnego życia. Choć może to brzmieć paradoksalnie, Seligman – i nie jest on w tym odosobniony – uważa, że można być jednocześnie nieszczęśliwym, w konwencjonalnym znaczeniu tego słowa, i prowadzić dobre i znaczące życie. Można więc być jednocześnie szczęśliwym i nieszczęśliwym. Podaje on przykład Churchilla i Lincolna, którzy obaj cierpieli na depresję i bynajmniej nie byli ludźmi radosnego usposobienia, lecz z całą pewnością wiedli dobre życie pełne znaczących osiągnięć. I w tym sensie byli ludźmi szczęśliwymi.

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj