Samotność pedagoga

Poszukiwany Bill Rogers
Rozmowa z Agnieszką Milczarek, edukatorką, o emocjach nauczycieli i uczniów.
Agnieszka Milczarek
Polityka

Agnieszka Milczarek

Martyna Bunda: – Za nami kolejny rok szkolny. Zaczął się od rewolucji w podstawach programowych, która miała dać nauczycielom więcej wolności w wyborze sposobu pracy. A kończy się konsultacjami dotyczącymi poradni pedagogiczno-psychologicznych, które mają ściślej współpracować ze szkołami. To dobre zmiany?

Agnieszka Milczarek: – Myślę, że dobre, ale pytanie, czy wystarczą. Bo to, jaka będzie szkoła, zależy od tego, kto w niej będzie uczył, jakimi metodami i w jakiej atmosferze. Dlatego wydaje mi się, że bardzo potrzebujemy w Polsce zmiany treści kształcenia nauczycieli. A może nawet więcej – zmiany całej filozofii kształcenia nauczycieli.

Dziś mamy słabych nauczycieli uczących w złej atmosferze?

Nie, to nieprawda. Ale wygodnie nam jest tak myśleć. Mamy nauczycieli poddawanych stałej krytyce i rozliczanych z rzeczy, z których nie przyszłoby nam do głowy rozliczać innych grup zawodowych. Na przykład z tego, że po całym dniu pracy, gdy padają w domu wykończeni, czytają błahą prasę zamiast tygodników opinii. Tymczasem w tej poważnej prasie niemal codziennie pojawiają się wyniki kolejnych badań, z których dowiadujemy się, jak bardzo nauczyciel jest niewydolny, niekompetentny oraz tego, że używa przemocy. Jednocześnie wymaga się od nauczyciela rzeczy niemożliwych.

Być kompetentnym wychowawcą to jest niemożliwe?

Wymaga się od nauczyciela, żeby znał się na sprawach, których nikt go nie nauczył. Przez całe studia kształci się go jedynie, jak ma prowadzić zajęcia ze swojego przedmiotu, jak realizować program szkolny i oceniać dzieci. A potem nagle z pierwszym września ma on być świetnym wychowawcą, tak jakby to było konsekwencją posiadania jakiegoś oczywistego daru. Ma być terapeutą od zaburzeń zachowania, psychologiem, pracownikiem socjalnym i świetnym organizatorem. Większość nauczycieli mówi mi, że nie czuje się na siłach przyjąć na siebie tyle zadań, do których nikt ich nie przygotował.

Może nie mieli predyspozycji do tego zawodu?

Predyspozycje to dopiero początek. W krajach, które mają dobrą edukację, nauczyciela solidnie się do jego roli przygotowuje. W Anglii, Holandii, Finlandii więcej niż połowę czasu zajęć na uczelniach pedagogicznych poświęca się na ćwiczenia praktyczne, gruntowny trening osobisty, treningi psychologiczne, a czasem nawet psychoterapię. I to jest potem warsztat pracy nauczyciela równie ważny jak dydaktyka przedmiotu. W Holandii kandydat na nauczyciela regularnie odwiedza szkołę, w której będzie potem pracował, obserwuje grupę i przymierza się do tej pracy.

W tym kraju, czy na Wyspach Brytyjskich, ma mentora, który analizuje jego każde posunięcie; próbne lekcje są nagrywane, a potem omawiane. Tak przygotowany nauczyciel nie koncentruje się na kwestii: autorytet – mam go czy nie; to jest bardziej refleksyjny praktyk poszukujący rozwiązań. Nie mówiąc o tym, że w tamtych szkołach funkcjonują całe systemy wsparcia nauczyciela, których nie ma u nas. A jeśli mimo to człowiek czuje, że nie ma już siły i energii, że wypala się, wówczas mentor służy mu podobną pomocą jak superwizor psychologowi.

Polski nauczyciel nie ma kogo poprosić o pomoc?

Czasem udaje się do pedagoga szkolnego albo poradni psychologiczno-pedagogicznej. Tam zwykle mówi: jest problem z I b, albo: jest problem z Kowalskim. Rzadziej powie: nie radzę sobie, nie mam pomysłu, coś robię nie tak. Studia bowiem nie wyrabiają w nim nawyku, że jeśli jest problem, to szukam pomocy. Często dla środowiska fakt, że nauczyciel zgłasza jakiś problem, oznacza, że to on sobie nie radzi. A moim zdaniem, jeśli jeden z nas sobie nie radzi, to jest problem nas wszystkich, zespołu, bo to nasz Kowalski, nasza 1 b, nasz kolega, nauczyciel.

Ale przecież każdy nauczyciel wielokrotnie w ciągu roku jest oceniany przez fachowców od uczenia. Metodyków, konsultantów, którzy – przynajmniej w deklaracjach – mają mu pomagać doskonalić warsztat.

No właśnie, częściej jest oceniany niż wspierany.

A psycholog z poradni pedagogicznej? Nie mógłby zadbać i o nauczyciela?

Psycholog słysząc, że jest problem z uczniem Kowalskim, spróbuje zdiagnozować dziecko i udzielić rad. Na przykład, że trzeba potraktować to dziecko indywidualnie, bo ma jakieś specjalne problemy, deficyty. Psycholog skupia się na dziecku, metodyk koncentruje się na przedmiocie nauczania. Moim zdaniem dramatycznie brakuje tu jeszcze jednego ogniwa. Potrzebny jest konsultant, który pracowałby z nimi jak Bill Rogers.

Czyli kto?

Autor książek, człowiek, który dziesiątki godzin przepracował w szkołach, wspierając nauczycieli w starciu z problemami. Jeździł od szkoły do szkoły na wezwanie. Wcześniej sam był kłopotliwym uczniem, potem nauczycielem. Ma i wiedzę psychologiczną, i to specyficzne doświadczenie prowadzenia 30-osobowej grupy w określonych warunkach. Zrewolucjonizował w tamtejszych szkołach sposób radzenia sobie z sytuacjami problemowymi i wychował następców.

My nie mamy Billa Rogersa. Jak więc radzą sobie nauczyciele, skoro nie mogą liczyć na nikogo?

Jeśli nauczyciel ma szczęście, ma dobry zespół, dobrego dyrektora, to może tam znaleźć pomoc. Koledzy mówią zwykle: z tą twoją klasą nie da się już wytrzymać i jako wychowawczyni musisz coś z tym zrobić. Ale dadzą wsparcie, jeśli uda się stworzyć z ich udziałem zespół roboczy do spraw konkretnego problemu. Uczę nauczycieli pracy w ten sposób. Organizuje się cykl spotkań dla wszystkich, którzy pracują z daną klasą. Nie wszystkim się to podoba, bo to zajmuje czas, ale zwykle wychodzi. Tyle tylko, że na takich spotkaniach szybko okazuje się, że prócz tego konkretnego problemu mamy w kolejce kilkanaście następnych, podobnych.

A nauczyciele już nie chcą dalej zostawać po godzinach.

W Kanadzie jeden dzień w tygodniu jest poświęcony na taką pracę. Nauczyciele spotykają się, choć dzieci nie przychodzą do szkoły. W Wielkiej Brytanii każdy dzień zaczyna się od narady nauczycieli, potem w ciągu dnia jest jeszcze jedno takie spotkanie; opiekę nad dziećmi przejmuje wtedy ktoś z zespołu wspierającego.

Co to za zespoły?

W szkołach, które widziałam, pracowały też osoby, służące wsparciem dydaktycznym, pracujące z uczniami nad ich zachowaniami, zajmujące się ich sytuacją socjalno-rodzinną. Kilka, nawet kilkanaście dodatkowych osób. Tymczasem typowo polskim nauczycielskim doświadczeniem jest samotność. Słyszałam od kogoś, że przez te lata w szkole nawet nie było czasu się z kimś zaprzyjaźnić. Na przerwach biegnie się z dziennikiem albo uzupełnia papiery, albo dyżuruje się na korytarzu, bo trzeba pilnować uczniów. Tych papierów przybywa w zastraszającym tempie: sprawozdania, kwestionariusze, diagnozy sytuacji ucznia, oceny opisowe, ankiety, bo w szkole trwa kolejna ewaluacja kolejnego programu. Nie mówiąc o dziennikach i o stosach papierów, które mają posłużyć do awansu zawodowego.

A wspólny pokój nauczycielski?

Nauczyciel wbiega i wybiega. Nawet jedząc wspólnie obiad na długiej przerwie, nauczyciel cały czas jest w pracy, w roli. Jest obserwowany przez dzieci, musi rozwiązywać konflikty, które stale się pojawiają. Do tego dochodzi zmęczenie. Przede wszystkim – hałasem. Zmęczenie dotyczy także dzieci; w polskich szkołach prawie nie wychodzi się na podwórko. Niejedna matka przyznaje, że oddając dzieci opiekunce, idzie do pracy odpoczywać. Nauczyciel ma te dzieci w dawce skondensowanej.

Ale przecież za to wcześniej wraca do domu.

I pada bez tchu na kanapę, bo praca w stałym napięciu emocjonalnym jest wyniszczająca. Sama tego doświadczyłam.

Jakie to emocje?

Różne. Od satysfakcji po strach, lęk, frustrację. Bo nie znając mechanizmów rządzących grupą, człowiek różne typowe mechanizmy odbiera jako agresję skierowaną bezpośrednio do siebie.

Jest pewnie i złość.

Własna i cudza. Pamiętam, jak w Anglii pewna dziewczynka, nie mogąc poradzić sobie z zadaniem, pokazała nauczycielowi brzydki gest jednym palcem. Klasa, jak to klasa, zareagowała śmiechem. Dobrze wytrenowany w podobnych sytuacjach nauczyciel spokojnym tonem powiedział jej: „Rozumiem, że zadanie jest trudne, widzę, że się mocno zezłościłaś, ale obraziłaś mnie przy tym. Jest zasadą tej szkoły, że nikt nikogo nie obraża. Ja szanuję ciebie, a ty szanujesz mnie. Złamałaś tę zasadę, dostajesz ode mnie kartkę, i proszę, abyś poszła na rozmowę. Przykro mi”. Kartka jest specjalnego koloru. To wiadomość dla osoby, która przejmie dziecko. Nauczycielowi cała operacja zajmuje chwilę, potem może on dalej prowadzić swoją lekcję. W polskim systemie nic nauczyciela przed taką złością nie chroni.

Dokąd poszła dziewczynka?

To był ktoś zajmujący się problemami zachowań, pracujący w osobnym pokoju. Dziewczynka miała kartkę określonego koloru, więc z grubsza wiedział, w czym problem, ale to ważne, że mógł usłyszeć od niej o jej emocjach. A potem pracowali nad tym, jak to się stało, że tak się zezłościła, o jakich normach szkolnych zapomniała i jak chce to naprawić.

A jeśli taka dziewczynka postawi się? Oznajmi, że nie ruszy się z klasy?

Nauczyciel weźmie wtedy kartę z innym kolorem i wyśle z nią jakieś inne dziecko. Do klasy przyjdzie jeszcze inna osoba z zespołu terapeutów i przejmie rozwiązanie problemu. Jeśli kłopoty będą się powtarzać, socjoterapeuta będzie kontaktować się z rodziną dziecka. Być może nawet rodzina będzie musiała się nauczyć, jak prowadzić własne dziecko, żeby nie rozwiązywało problemów agresywnie. To będzie ich obowiązek, część obowiązku szkolnego.

Polski nauczyciel nie wypuści ucznia z lekcji, bo będzie się bał rodziców: dziecko pójdzie dokądś, coś się stanie, a rodzic wytoczy szkole sprawę w sądzie.

Nauczyciel w Polsce nawet rodziców może jedynie prosić o pomoc, a nie ją od nich wyegzekwować. To nie jest dobra sytuacja.

Dlaczego? Bo polscy rodzice nie lubią szkoły?

Być może sami nie wspominają miło własnej edukacji. Albo nauczycieli nie lubią, albo się ich boją. Często lekceważą. Nawet ci nauczyciele, którzy próbują na wywiadówkach posadzić rodziców w kole i poczęstować herbatą, opowiadają, że rodzice nie są zachwyceni, bo wolą przyjść, wysłuchać i jak najszybciej wyjść. Ale i niejeden nauczyciel nie do końca wie, czy lepiej z tymi rodzicami być bliżej, czy może jednak dalej. Czy jak się jest serdecznym, to się jeszcze jest autorytetem? Zbliżenie do rodziców oznaczałoby też, że człowiek musiałby być bardziej wrażliwy, czujny, musiałby załatwić wiele spraw dzieci. A zdaje sobie sprawę, że nie będzie w stanie tego wszystkiego zrobić. Więc może bezpieczniej, myśli nauczyciel, zachować pewien dystans.

To, że szkoła wygląda tak, jak wygląda – uczniowie siedzą w ławkach, a nauczyciel staje naprzeciw nich – nie narzuca modelu relacji?

Nie wszyscy w Polsce tak pracują. Różne organizacje, te pozarządowe, i te osadzone w systemie edukacji, jak Centralny Ośrodek Doskonalenia Nauczycieli, uczą tego, czego nie uczą uczelnie; że można prowadzić zajęcia metodami aktywnymi. W Anglii, Holandii, innych krajach to jest oczywistość. Skoro ludzie zdobywają wiedzę poprzez doświadczenie i refleksję nad nim, więc trzeba im stworzyć odpowiednie do tego warunki.

Jak wygląda taka lekcja?

Jeśli na przykład dzieci mają nauczyć się czegoś o zjawisku agresji, to nie będzie tu miała sensu metoda polegająca na tym, że nauczyciel wygłosi, czym ta agresja jest, i pouczy, że jest zła. Może i część dzieci nauczy się tego na pamięć, lecz nie staną się przez to mądrzejsze. Ale możemy też podzielić dzieci na grupy, zadać im mnóstwo pytań o ich doświadczenia. Emocje i opinie. Udzielenie odpowiedzi na pytania skłania do przemyśleń. Na przykład: jak się czułeś, gdy zostałeś na boisku sam, uderzony przez kogoś piłką? Dzieci same muszą odkryć to w sobie. Same dojść do wniosku, że agresja jest zła. To zapamiętają.

W Polsce trudno się jednak pracuje metodą aktywną. 45 minut lekcji to dla tej metody za krótko. Dzieci potrzebują więcej czasu, żeby przejść przez proces odpowiedzi na pytania i formułowania wniosku. A po przerwie rozmowa nigdy już nie ma tej temperatury. Drugi problem tkwi w tym, że na lekcji jest głośno. Musi być, bo dzieci pracują w grupach, rozmawiają ze sobą i przeżywają.

Czy na tym właśnie powinny polegać zmiany w uczeniu nauczycieli? Żeby rozumieli i uczyli rozumienia?

Tak. Bo trzeci, być może najważniejszy powód, dla którego nowoczesna, aktywna metodyka z trudem toruje sobie drogę, polega na tym, że wielu nauczycieli wykształciło się w przekonaniu, iż uczenie polega na utrzymywaniu dyscypliny i podawaniu wiedzy. To często odruch powiedzieć uczniowi: „Jak czuł się ten chłopiec? Ten chłopiec był smutny”. Nie dając dziecku szans, by myślało samodzielnie.

rozmawiała Martyna Bunda

 

Agnieszka Milczarek, prezeska stowarzyszenia Bliżej Dziecka, trenerka Polskiego Towarzystwa Psychologicznego, prowadzi konsultacje i szkolenia dla nauczycieli, pracuje z dziećmi i rodzicami, autorka wielu programów edukacyjnych dla szkół, między innymi programu przeciwdziałania przemocy STOP.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną