Społeczeństwo

Ból osobisty, ból polityczny

ROZMOWA: O żałobie i traumie prezesa PiS

10 sierpnia pod Pałacem Prezydenckim Jarosław Kaczyński kolejny raz upublicznił swój ból 10 sierpnia pod Pałacem Prezydenckim Jarosław Kaczyński kolejny raz upublicznił swój ból Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
W prywatnie przeżywanej żałobie przechodzi się do kolejnych etapów z pomocą kogoś bliskiego. Obawiam się, że w tej szczególnie skomplikowanej sytuacji właściwy skutek może przynieść jedynie pomoc profesjonalisty - mówi Elżbieta Zdankiewicz-Ścigała.

Martyna Bunda: – Jarosław Kaczyński tuż po śmierci brata wydawał się zaskakująco twardy i opanowany. Teraz forsuje teorię spiskową wypadku, angażuje się w wojnę na riposty i prywatne urazy z życzliwym mu dotąd dziennikarzem. Nie pojawił się na zaprzysiężeniu konkurenta w wyborach. Jak to wszystko rozumieć?

Elżbieta Zdankiewicz-Ścigała: – To są modelowe wręcz reakcje na sytuację psychologiczną, w której Jarosław Kaczyński znalazł się po śmierci brata. Wszystkie te zachowania mieszczą się w normie i są charakterystyczne dla kolejnych etapów żałoby. Tyle że w tym wypadku przebiegają publicznie.

Radzenie sobie z traumą zawsze przebiega według tego samego schematu?

Zawsze. U każdego, niezależnie od jego typu osobowości, wcześniejszych doświadczeń, lepszych lub gorszych kompetencji społecznych, najpierw przychodzi faza szoku. Rzekome opanowanie jest jej typowym objawem. Osierocony człowiek jest wtedy jak zamrożony emocjonalne: chodzi, rozmawia, działa tak, jakby to się nie stało, jakby nie przeżywał emocji. A tymczasem jest emocjonalnie niedostępny. Ogląda świat przez szybę. Na poziomie percepcyjnym przyjął już tragedię do wiadomości, ale na głębszym – jeszcze nie jest w stanie tego przyjąć. Działają więc mechanizmy obronne psychiki. Chronią nas przed zbyt nagłym przetworzeniem sensu i znaczenia tego, co się stało. Bo inaczej to mogłoby być niebezpieczne dla naszego życia. Zachowywalibyśmy się nieobliczalnie.

Ta pierwsza faza trwa około miesiąca. Potem zawsze przychodzi faza druga: załamanie i dezorganizacja.

Czyli ból i łzy?

Człowiek oscyluje pomiędzy udręką, bólem i płaczem a wściekłością. To faza szukania winnych, budowania spiskowych teorii i idealizacji, a wręcz kanonizacji zmarłego. Wszystkie te reakcje, myśli, emocje i zachowania są naturalne. Osoba w tym stadium może wydawać się nie do końca sprawna psychicznie, ale z punktu widzenia psychologii traumy wszystko jest w porządku, proces radzenia sobie z nieodwracalną stratą toczy się właściwie. Koncepcje spiskowe, uparte szukanie winnych, pełnią zresztą ważną funkcję. Dają złudzenie przewidywalności w świecie, który właśnie się zawalił. Dają złudzenie odzyskania kontroli. Porządkują rzeczywistość i na krótko łagodzą ból. Tak jakbyśmy wzięli kolejną tabletkę przeciwbólową, którą tym razem serwuje nam własny umysł.

Jeśli jesteśmy osobami względnie dojrzałymi, to po około 4–6 miesiącach dociera do nas, że czas zrobić kolejny krok w żałobie. I na tym kolejnym etapie musimy dać sobie prawo do poczucia bezradności i żalu. To jest czas przełomowy, bo wymaga zmiany dotychczasowych strategii. Zrezygnowania z szukania winnych czy spiskowych teorii na rzecz prób zrozumienia nowej sytuacji. To wszystko jest bardzo trudnym procesem, który musi trwać. Dopiero gdy faza dezorganizacji przedłuża się ponad rok, psychotraumatolog zaczyna się niepokoić. Bo może dojść do rozwoju zaburzeń pourazowych, do podejmowania zachowań ryzykownych, nadużywania alkoholu czy leków.

Na długo można utkwić w tej drugiej fazie?

Nawet na całe życie. Jeśli nie akceptujemy u siebie poczucia bezradności, to je wypieramy, a na poziomie świadomym zostaje wściekłość, czyli działanie. To samooszukiwanie nie ma właściwości leczących, a bywa destrukcyjne. Bo trauma odwraca właściwy porządek – teraz to śmierć staje się figurą, a życie tłem. Życie toczy się, ale nic nas nie obchodzi. W przypadku polityka to wręcz niebezpieczne. W dodatku, jeśli będąc ofiarą traumy, zaczniemy wykorzystywać swój nowy status do uzyskiwania określonych korzyści – współczucia, podziwu, pomocy, ciągłej opieki, także materialnej – to z czasem może utrwalić się w nas syndrom ofiary. Stracimy motywację, żeby z tego stanu wyjść.

Beata Gosiewska zadaje sobie pytanie, czy w trumnie naprawdę leży jej mąż i postanawia to sprawdzić. Magdalena Merta chce odzyskać strzępy ubrania męża, żeby je traktować jako relikwie.

Czyli zachowują się jak osoby, do których jeszcze nie dotarło na płaszczyźnie głębszej, że ich bliscy nie żyją. Mówią dużo o zmarłym, ale de facto skupiają się w tej fazie żałoby na sobie, celebrują własne cierpienie. I tak ma być. Dla niektórych będzie to brzmiało obrazoburczo, ale wiem, co mówię. Wiem też, że jeśli nic nie zaburzy procesu przechodzenia przez traumę, osoby te z jednej fazy żałoby przejdą naturalnie do następnej.

Jarosław Kaczyński też publicznie celebruje teraz swoje cierpienie?

Jego sytuacja jest jeszcze bardziej skomplikowana. Bo mamy płaszczyznę prywatną, na której brat opłakuje brata, i płaszczyznę publiczną, gdy jedna osoba publiczna organizuje pochówek drugiej szczególnej osoby – prezydenta. Wiadomo, że pożegnanie wymaga wyjątkowego scenariusza, ale nic podobnego w historii się nie wydarzyło, brakuje skryptów. Jarosław Kaczyński prywatny musi więc zamrozić swoje własne emocje, delegując samego siebie do wypełnienia misji – godnego uczczenia prezydenta. Gdyby dopuścił naturalne emocje do głosu, nie byłby w stanie tej misji wykonać. A po pochówku na Wawelu przychodzi kolejna – wybory prezydenckie, i prywatny Jarosław Kaczyński wciąż nie ma szans zacząć przeżywać własnej żałoby. Proces, którego wszystkie fazy muszą się dokonać, żeby rana miała szansę zacząć się zabliźniać, podlega ciągłym zaburzeniom.

W wywiadzie, jakiego Jarosław Kaczyński udzielił pismu „Gala” dwa miesiące po katastrofie, opowiada, że w życiu z różnych przyczyn nie miał szans na zwyczajność. A śmierć to kategoria, która sprowadza nas do poziomu zwykłości, niezależnie od tego, jak wyjątkowymi się czujemy. To kolejny cios w konstrukcję psychiczną. Co więcej, Jarosław Kaczyński zrobił jeszcze rzecz dla siebie bardzo trudną: identyfikował ciało.

To nie pomaga? Takie doświadczenie pozwala się pożegnać. To jednak lepiej, niż dostać zalutowaną trumnę.

Dla osoby, u której proces radzenia sobie ze stratą został zablokowany, takie przeżycie jest jedynie przyczynkiem do rozwinięcia zaburzeń pourazowych. Pierwsze symptomy stresu pourazowego można zdiagnozować już w trzy miesiące po traumatycznym przeżyciu: fleszbeki, czyli nagle pojawiające się wspomnienie najtrudniejszych momentów, koszmary senne, podwyższony poziom nieufności, fazy pobudzenia i niekontrolowanych emocji, a zaraz potem unikanie kontaktów, zamykanie się w sobie. Z czasem – niemożność spontanicznego cieszenia się, odmawianie sobie do tego prawa.

Żeby sobie jakoś radzić, człowiek zaczyna unikać wszelkich sytuacji, które kojarzą mu się z traumatycznym doświadczeniem. Niepojawienie się Jarosława Kaczyńskiego na zaprzysiężeniu prezydenta tak właśnie można interpretować.

 

Unika się wspomnień, a jednocześnie stawia się pomniki.

Tak, to błędne koło.

Czy w którymś momencie może przyjść załamanie psychiczne?

W wypadku Jarosława Kaczyńskiego nie. Bo on, mówiąc obrazowo, w 95 proc. jest teraz osobą publiczną, a tylko w 5 proc. prywatną. Zawsze będzie miał jakąś misję. Kolejny pretekst, by nie dopuścić do głosu prawdziwych emocji. Ale człowiek to nie tylko psychika. To także ciało. Jeśli sytuacja będzie się przedłużać, pojawią się reakcje somatyczne.

Co by było, gdyby Jarosław Kaczyński wygrał wybory? Wpłynęłoby to na jego sposób przeżywania żałoby?

Nie, kolejne fazy i tak by nastąpiły. Tyle że leczenie ran następowałoby w bardziej komfortowych warunkach. Miałby więcej narzędzi, żeby brać się za kolejne zadania, a więc zgłębiać teorie spiskowe, jeszcze godniej upamiętniać zmarłego brata.

Nie ma prezydentury, jest ruch społeczny. Jak daleko jest w stanie posunąć się osoba w podobnej sytuacji psychologicznej, która czuje potrzebę upamiętniania i rozliczania?

Ponieważ jest to forma zagłuszania bólu i udręki, to nigdy nie ma się dość. Nie ma takiego mauzoleum, pomnika, które byłyby wystarczająco dobre, bo nasza motywacja wynika przede wszystkim z tego, że nie chcemy się skonfrontować z bólem, z bezradnością, cierpieniem. Więc jeszcze jeden pomnik, i następny.

A co się dzieje, kiedy na ścianie zawisa tylko mała tablica? Pojawia się złość?

To nie był wystarczająco przemyślany krok: upamiętnić ofiary takiej tragedii znienacka i bez właściwej oprawy. Gdyby w podobnych okolicznościach odsłonięto tablicę rok po tragedii, sytuacja byłaby inna. Ale cztery miesiące po śmierci to jest akurat moment najsilniejszej idealizacji zmarłych u ich rodzin. Dla nich to policzek wymierzony ich bliskim. W tym wypadku złość jest więc zupełnie uzasadniona. Dla Jarosława Kaczyńskiego taka złość to dziś napęd do działania.

Dlatego sam też prowokuje konflikty?

Szuka konfrontacji, jak zraniony wojownik szuka innych wojowników, bo w tej fazie to konflikt pozwala najskuteczniej uśmierzyć własny ból, niewyobrażalny.

Coś może to zatrzymać?

W prywatnie przeżywanej żałobie przechodzi się do kolejnych etapów z pomocą kogoś bliskiego. Obawiam się, że w tej szczególnie skomplikowanej sytuacji właściwy skutek może przynieść jedynie pomoc profesjonalisty. Ogromną siłą i przekleństwem Jarosława Kaczyńskiego jest intelekt. To intelekt skutecznie podsuwa różne quasi-tabletki, kolejne koncepcje i pomysły, które powodują dalsze odsuwanie przeżywania traumy. Tylko profesjonalista nie da się temu zwieść.

Ale tego nie dałoby się pewnie przeprowadzić, nie wycofując się z życia publicznego.

Dlaczego? Interwencja kryzysowa opiera się na 12 spotkaniach, w tym czasie specjalista jest w stanie przeprowadzić kogoś przez najgłębsze pokłady rozpaczy i goryczy i oddać społeczeństwu. Nie powiem, że zdrowego, bo rana nie zniknie – trochę się zabliźni.

Co się dzieje z otoczeniem człowieka w kryzysie?

Zwykle czuje się ono bezradne. Jeśli nie jest w stanie pomóc, jeśli wciąż konfrontuje się z własną bezradnością, to w końcu się wykrusza.

Norman Davies powiedział, że partia Prawo i Sprawiedliwość w głębokich zasadach funkcjonowania przypomina sektę.

Ja bym tak ostro nie powiedziała. Niemniej Jarosław Kaczyński, rzeczywiście, jest twórcą pewnego sposobu myślenia, stylu życia i zgromadził wokół siebie osoby, z których część głęboko w ten styl myślenia wierzy. Jarosław Kaczyński chce mieć rząd dusz, jest jak guru. W samolocie byli najwierniejsi, jeśli chodzi o realizację tej koncepcji. Ale sam prezes jest teraz szalenie przewidywalny. Brutalnie mówiąc – Platforma może zacierać ręce z radości, że ma taką opozycję. Mimo wciąż nakręconych emocji będzie to opozycja niegroźna, bo skupiona na sobie.

Jarosław Kaczyński byłby groźniejszym przeciwnikiem dla rządzących, gdyby przeszedł przez cały ten proces traumy?

O, z pewnością. Ale psychotraumatolog poprowadziłby go w stronę tak zwanego wzrostu potraumatycznego. Pokazałby mu inną hierarchię spraw, dał impuls, żeby zacząć rozwijać się w dziedzinach, których Jarosław Kaczyński pewnie już by nie eksplorował. Wtedy byłby naprawdę dużego kalibru rywalem.

 

Dr Elżbieta Zdankiewicz-Ścigała – psycholog, adiunkt w Katedrze Psychologii Osobowości w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie, psychoterapeutka w Centrum Terapii SWPS. Autorka licznych publikacji z dziedziny poznawczej psychologii klinicznej, m.in. „Poznawcze uwarunkowania choroby wieńcowej i zawału serca”, „Emocje – aleksytymia – poznanie” (wraz z Tomaszem Maruszewskim), „Trauma. Proces i diagnoza. Mechanizmy psychoneurofizjologiczne” (z Moniką Przybylską).

Polityka 34.2010 (2770) z dnia 21.08.2010; Kraj; s. 22
Oryginalny tytuł tekstu: "Ból osobisty, ból polityczny"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Jak się leczy na Stadionie? „Wstyd mi, że w tym uczestniczę”

Doktor M. leczy na Narodowym. Zaprosił mnie do Regent Warsaw Hotel, jednego z droższych w stolicy. To tutaj zakwaterowano personel szpitala tymczasowego.

Paweł Reszka
21.11.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną