Kto zarabiał na Małyszu

Skaczące pieniądze
Adam Małysz skakał na pocztę, namawiał do picia mleka, zachwalał okna i telefony. Nad wszystkim zawsze czuwał Edi Federer. Finał sportowej kariery Orła z Wisły to także koniec jego osobliwego związku z austriackim biznesmenem.
W 2005 r. Adam Małysz wsparł swego menedżera Ediego Federera w jego sporze z PZN.
Andrzej Grygiel/PAP

W 2005 r. Adam Małysz wsparł swego menedżera Ediego Federera w jego sporze z PZN.

Interesy skoczka nadal reprezentuje Edi Federer.
Sebastian Wolny/EAST NEWS

Interesy skoczka nadal reprezentuje Edi Federer.

Edi nie przyjedzie do Zakopanego. W ostatnich miesiącach dotknęła go tajemnicza choroba i ma ograniczony kontakt z otoczeniem. Małysz odwiedził go w listopadzie i wrócił wstrząśnięty. Nie ma szans, by Edi zobaczył jego ostatni występ podczas sportowo-rozrywkowej imprezy – Adam’s Bull’s Eye. Firmuje ją Red Bull, firma, która przez wiele lat była czołowym sponsorem naszego skoczka. Czołowym – w sensie dosłownym, bo umowa przewidywała, że podczas publicznych występów zawodnik musi mieć zawsze na głowie kask lub czapkę z firmowym znakiem na czole.

To Edi namówił swego salzburskiego krajana Dietricha Mateschitza, właściciela koncernu Red Bull, produkującego napoje energetyzujące, by zainteresował się skokami narciarskimi i do licznej grupy sponsorowanych sportowców włączył Adama. Nie pożałował tego. Jak policzyła wrocławska firma Pentagon Research, Red Bull zyskał na współpracy z Małyszem ponad 90 mln zł. Ile zyskał sam Małysz, to tajemnica kontraktów. Wiadomo, że za pierwszy sezon otrzymał 2 mln zł. Potem cena się wahała w zależności od kondycji skoczka. Ile zarobił Federer, to tajemnica największa.

Słup reklamowy

W zastępstwie Federera imprezą kończącą karierę mistrza zajmuje się Hans Gschwendtner. Gdyby nie choroba, Edi być może zdołałby przekonać Adama, by dotrwał do olimpiady w Soczi. Prawa ręka Ediego, Gschwendtner próbował, ale nic nie wskórał. Bo dla firmy „Edi Federer Sportmarketing” emerytura Małysza stanowi wymierną ekonomiczną stratę. Choć bywały między nimi napięcia, to Austriak zawsze miał ogromny wpływ na decyzje Orła z Wisły. Zresztą nie tylko na niego. Energiczny, porywczy, nierzadko agresywny, przez wiele lat trząsł polskimi skokami. Potrafił pojawić się nagle w Zakopanem i w środku nocy postawić na nogi zarząd Polskiego Związku Narciarskiego.

Ten 56-letni biznesmen sam w młodości był skoczkiem. Krótko i bez wielkich sukcesów. Na początku lat 90. wrócił do skoków jako spec od marketingu sportowego. Założył firmę, która reprezentowała zawodników i drużyny wobec spółek zainteresowanych sponsoringiem i reklamowaniem się poprzez sport. W jego stajni znaleźli się nie tylko zawodnicy austriaccy, ale także m.in. drużyna Kazachstanu. W połowie lat 90. zwrócił uwagę na Polaków. Nasi skoczkowie nie należeli wtedy do gwiazd, Małysz był na początku kariery. Federer zaproponował działaczom PZN, że kupi powierzchnię reklamową na polskich skoczkach i ją zagospodaruje.

Każdy kibic wie, że zawodnik jest słupem reklamowym. Ma na sobie znaki firmowe wielu sponsorów. Firmom zależy, by dostrzegli je widzowie, zwłaszcza ci przed telewizorami. W sponsoringu sportowym chodzi o zwiększanie rozpoznawalności marki, a przez skojarzenie jej z popularnym sportowcem na budowanie wokół niej pozytywnych emocji.

Na skoczku jest ok. 300 cm kw. powierzchni reklamowej. Federer kupił prawa do całości na każdym reprezentancie. Pierwszą zapłatą był... telefon komórkowy z abonamentem w austriackiej sieci i dwa użyczone samochody marki Chrysler.

To były zupełnie inne czasy. PZN był małym, niszowym związkiem sportowym. Sponsoring sportowy w Polsce dopiero raczkował, nikt nie miał doświadczenia w zdobywaniu sponsorów – tłumaczy sekretarz generalny PZN Grzegorz Mikuła.

Szybko okazało się, że inwestycja w polskich skoczków dobrze rokuje. Oczywiście dzięki Małyszowi. Jego kolejne sportowe sukcesy wywołały wśród polskich kibiców małyszomanię, a wśród firm pragnienie sponsorowania skoczków, a zwłaszcza mistrza. Do Federera zaczęła się ustawiać kolejka firm polskich i zagranicznych. Austriak zorientował się, jakim skarbem jest Małysz, więc podpisał z nim indywidualną umowę, zostając jego menedżerem.

Zaczęło się od głowy, bo prawa do tej części ciała każdy zawodnik zachowuje dla siebie. Oczywiście mowa o głowie z punktu widzenia sponsoringu. Każdy narciarz może sam sobie znaleźć sponsora, który będzie chciał się reklamować na jego nakryciach głowy. Federer dla głowy Małysza znalazł Red Bulla. Potem zagospodarowywał go coraz bardziej. Skorzystał z faktu, że Małysz powierzył mu także zarządzanie swoimi prawami do wizerunku i nazwiska. Każdy, kto chciał zatrudnić Orła z Wisły w reklamie, musiał dogadać się z firmą Edi Federer Sportmarketing.

Dochody mistrza

Edi Federer coraz swobodniej zarządzał marketingiem całej polskiej ekipy. Do historii przeszła sprawa biało-czerwonej chorągiewki z reklamą firmy Maxdata, którą trener reprezentacji dawał znaki skoczkom na skoczni. Wybuchła awantura. W mediach, bo uznano to za szarganie barw narodowych, a w PZN, bo pomysł z flagą łamał umowę określającą przyznane Austriakowi powierzchnie reklamowe. Po protestach Federer zabrał trenerowi chorągiewkę, a reklamę Maxdaty zawiesił mu na szyi. Też nielegalnie, ale musiał się jakoś rozliczyć z reklamodawcą. Bywały też inne incydenty, gdy np. samowolnie przyznawał tytuły generalnego sponsora polskiej reprezentacji.

W efekcie napięcie między PZN a Federerem narastało. Austriak domagał się przedłużania z nim umowy i niechętnie przystawał na zmiany warunków. W 2001 r. za półmilionowe odszkodowanie oddał związkowi połowę powierzchni na kombinezonach, zastrzegając sobie, że to, czego PZN nie zdoła sprzedać, wróci do niego. Pieniądze, jakie krążyły w narciarskim biznesie, stawały się coraz większe, a wzajemne rozliczenia coraz bardziej zagmatwane. Ile Federer płacił i komu, gdzie się te pieniądze podziewały, próbowali w ostatnich latach ustalać prokuratorzy, sędziowie i dziennikarze. Bez szczególnych efektów.

Federer miał w zarządzie zagorzałych zwolenników. Wyszło to na jaw, kiedy wygasł kontrakt z jego firmą i pojawiła się niemiecka firma Maerz Marketing, oferując milion euro za to, za co Austriak gotów był zapłacić tylko 150 tys. euro. Wybrano jednak Federera, choć okazało się, że część sponsorów pozyskuje jako pośrednik Maerz Marketing – opowiada Ryszard Cydejko, były dyrektor generalny PZN.

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną