Co reprezentuje nasza piłkarska reprezentacja

Rok do Euro: nic się nie stało
Do mistrzostw Europy niespełna rok, a piłkarska reprezentacja Polski jest w takim stanie jak autostrady na Euro. Ma być; na razie są awarie, spory i opóźnienia.
Trening polskiej reprezentacji
Bartek Wutke/CyfraSport/Newspix.pl

Trening polskiej reprezentacji

Trener nie ustaje w wysiłkach, by kadra grała na modłę prowadzonych przez niego wcześniej klubów, czyli bez wytchnienia.
Piotr Kucza/Newspix.pl

Trener nie ustaje w wysiłkach, by kadra grała na modłę prowadzonych przez niego wcześniej klubów, czyli bez wytchnienia.

Impreza nie może się zacząć bez gospodarza, więc starym zwyczajem reprezentacja organizatora miejsce dostaje z urzędu, ale za ten luksus trzeba najpierw zapłacić zesłaniem na peryferie futbolu. Gdy cała Europa walczy w eliminacjach do polsko-ukraińskiego turnieju, my gramy z tym, kto akurat ma wolny termin i chęci. Temperatura sparingów jest niska, trzeba wierzyć, że przeciwnik gra na poważnie. A na to nie ma gwarancji. Jak w ostatnim przed wakacjami meczu reprezentacji z Francją – wprawdzie w kontrakcie znajdował się zapis o obowiązku wystawienia najsilniejszego możliwego składu, ale gdy przyszło co do czego, trener Laurent Blanc posłał w bój drugi garnitur.

Akurat drużynie prowadzonej przez Franciszka Smudę otrzaskanie w bojach z prawdziwego zdarzenia bardzo by się przydało. Półtora roku temu Smuda przejmował od Leo Beenhakkera kadrę rozbitą w drobny mak, po klęsce w eliminacjach do mistrzostw świata w RPA. Reprezentacja, którą Holender doprowadził do historycznego startu w mistrzostwach Europy, rozpadała się w oczach. Jego następca uznał, że nie wypada w ten naturalny proces ingerować. Bez żalu pożegnał się z dotychczasowymi liderami zespołu i wymyślił nowych. Dziś w jego kadrze z pewniaków Beenhakkera zostali tylko Jakub Błaszczykowski i Dariusz Dudka.

Piłkarze odsunięci przez selekcjonera, jak Michał Żewłakow czy Mariusz Lewandowski, dawali w wywiadach do zrozumienia, że czystka nieprzypadkowo dotknęła tych, którzy w szatni nie bali się odezwać. Niezależnie od intencji przyświecających Smudzie, świeże powietrze w drużynie narodowej było konieczne. Za Beenhakkera mieliśmy jedną z najstarszych reprezentacji w Europie, teraz powiało młodością. – Większość podstawowych piłkarzy kadry wciąż ma spore możliwości rozwoju. Jeśli nie staną w pół drogi, na eliminacje do kolejnych turniejów – mistrzostw świata w Brazylii i mistrzostw Europy we Francji – zespół będzie jak znalazł – przekonuje Hubert Małowiejski, asystent Smudy.

Krytycy twierdzą, że rewolucja poszła za daleko i na Euro drużyna młoda, krucha i niepewna swojej wartości nie udźwignie ciężaru. Tyle że na poprzednich turniejach narodowe nadzieje na sukces brali na siebie zawodnicy doświadczeni, obyci z wielkim futbolem, a kończyło się porażkami w marnym stylu i pakowaniem walizek w najszybszym możliwym terminie. – Ambicja i głód zwycięstw to największe wartości tej grupy – Małowiejski stara się zarażać optymizmem.

Prosta gra

Kto zna Smudę, mógł się obrania takiego kierunku spodziewać. Z nim się o futbolu nie pofilozofuje: w jego ocenie, piłka jest prostą grą i nie należy jej zanadto komplikować. Jeśli piłkarz nie wypluwa na boisku płuc, nie ma u Franza czego szukać. A z reprezentantami trzeba ostrożnie – przyjeżdżają na zgrupowania oderwani od obowiązków klubowych, nie od razu chce im się na treningach harować do upadłego. U Smudy taryfy ulgowej nie ma. – Uznał, że prędzej uda mu się to wymóc na młodych, głodnych sławy i wygrywania. To też przyspieszyło rewolucję pokoleniową w kadrze – mówi osoba z kręgu reprezentacji.

Więc jak na razie Smuda ma przynajmniej tę satysfakcję, że nikt nie odmawia jego piłkarzom chęci i zaangażowania. Tak samo jak trudno zarzucić trenerowi zaniedbania w przeglądzie kadr. Nie było weekendu, by nie objeżdżał ligowych stadionów, uaktualniając prywatną listę kandydatów do reprezentacji. W ciągu półtora roku przez kadrę przewinęło się 67 zawodników, niektórzy na kredyt albo na odczepnego dla ich klakierów. Bez kogo reprezentacja nie może się obyć, było już jasne mniej więcej rok temu. Od tego czasu odkrycia były właściwie tylko dwa – bramkarz Wojciech Szczęsny oraz Łukasz Piszczek, wybrany na najlepszego prawego obrońcę minionego sezonu Bundesligi.

Na Piszczka trener chucha i dmucha, a nawet puszcza w niepamięć korupcyjne grzechy z okresu gry w polskiej lidze. Nie ma wyjścia, bo piłkarzy o jego klasie i potencjale właściwie u nas nie ma. Wycieczki po ligowych boiskach wywołują u trenera rosnące przygnębienie, więc tak jak i jego poprzednicy musi postawić na tych, którzy grają za granicą.

Więc choć z jednej strony ostatni bilans kadry w meczach towarzyskich wychodzi na plus (dwie porażki w 10 spotkaniach), ograniczone pole manewru peszy i niepokoi. Jedynym zawodnikiem z polskiej ligi, który nie zawiódł oczekiwań Smudy, jest Adrian Mierzejewski z warszawskiej Polonii (właśnie sprzedany za rekordową kwotę ponad 5 mln euro do tureckiego Trabzonsporu). Reprezentanci, którzy wrócili do ekstraklasy po przygodach w europejskich klubach, jak Rafał Murawski czy Adam Kokoszka, cofnęli się w rozwoju. Zresztą sam powrót jest już jak przyznanie się do porażki.

Mimo wszystko trener nie ustaje w wysiłkach, by kadra grała na modłę prowadzonych przez niego wcześniej klubów, czyli bez wytchnienia, do przodu, z pierwszej piłki, jak najdalej od własnej bramki. Momentami nawet obiecująco to wygląda, choć złośliwi mówią, że wszystko, co składne w ataku, to nie zasługa Smudy, ale Jürgena Kloppa, trenera mistrza Niemiec Borussii Dortmund, gdzie grają Piszczek, Błaszczykowski i Robert Lewandowski. Poza tym, jak tu się cieszyć z obiecującego ataku, gdy w obronie jest dziura na dziurze?

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną