Społeczeństwo

Żegluga poprzeczna

Polskie przeprawy promowe

Wisła między Krakowem a Oświęcimiem. Polskie rzeki są puste. Żegluga poprzeczna i biała rzadko się spotykają. Wisła między Krakowem a Oświęcimiem. Polskie rzeki są puste. Żegluga poprzeczna i biała rzadko się spotykają. Wojciech Śmieja / Polityka
Lody spływają i w cieniu sporów o tempo budowy autostrad i o stan kolei na rzeki wracają promy, ze staropolska nazywane przewozami. Jest ich w Polsce wciąż kilkadziesiąt na 18 rzekach i jeziorach, z czego 13 na Odrze i 18 na Wiśle. Zszywają kawałki Polski. Coraz słabiej.
Odra, Zdzieszowice. Prom ręczny napędzany jest za pomocą maczugiWojciech Śmieja/Polityka Odra, Zdzieszowice. Prom ręczny napędzany jest za pomocą maczugi
Wisła, Chrząstowice. Tu zjazd na prom jest stromy, ale to dobry skrót na lotnisko w Balicach.Wojciech Śmieja/Polityka Wisła, Chrząstowice. Tu zjazd na prom jest stromy, ale to dobry skrót na lotnisko w Balicach.
Wisła, Jeziorany. To nie autobus, można rozmawiać z przewoźnikiem.Wojciech Śmieja/Polityka Wisła, Jeziorany. To nie autobus, można rozmawiać z przewoźnikiem.

W dramacie Jerzego Szaniawskiego przewoźnik promowy w akcie desperacji podcina filary nowo wybudowanego mostu, bo pozbawia go on sensu życia i źródła dochodów. Most w podraciborskich Grzegorzowicach spiął pięknym łukiem brzegi Odry w latach 70. XIX w. Nie wiemy, jak ówczesny przewoźnik przeżywał konieczność zawodowego przekwalifikowania się. Wiemy, że kiedy Niemcy wycofywali się w 1945 r., most wysadzili, a żadnej z powojennych władz nie udało się go odbudować. I od tamtego czasu każdy, swój czy obcy, daje tu przewoźnikowi robotę. Oby tylko woda sprzyjała, bo jeśli nie sprzyja i kaprysi, to z 45 m przeprawy przez rzeczne koryto robi się 30 km objazdu przez zatłoczony Racibórz.

Sami swoi i ten obcy

Wjeżdżających na prom można podzielić zasadniczo na dwie kategorie: swoich i obcych. Swój, jeśli nie idzie pieszo albo nie jest na rowerze, wjeżdża autem pewnie, z pojazdu wychodzi nie dlatego, że na tablicy przed wjazdem stoi napisane jak wół, że wysiąść trzeba, ale dlatego, że podczas przewozu zawsze można chwilę pogadać, wymienić plotki. Swój wychodzi choćby i po to, żeby poczytać ogłoszenia, które ludzie umieszczają na sterówce: ktoś chce sprzedać samochód z instalacją LPG z 1997 (stan b. dobry), ktoś inny telewizor LCD (42 cale).

Promowi w Spytkowicach (na Wiśle, pomiędzy Oświęcimiem a Krakowem) towarzyszą nieustannie dwa łabędzie: – Goryle, nie łabędzie. Rano kierowca z piekarni w Alwerni wozi pieczywo. Zawsze im chleba kruszył – opowiada przewoźnik, Józef Kozioł. – Teraz nie kruszy, bo mu rozliczają każdy bochenek i każdą kajzerkę, ale łabędzie się przyzwyczaiły i tak sobie żyją przy promie.

Do spytkowickiego przewozu podjeżdża Audi na nietutejszych numerach rejestracyjnych. Jakaś rodzina zapuściła się na przeprawę; pewnie ich zwiodła nawigacja. Przez szybę widać, że w aucie konsternacja, bo droga się kończy w rzece. Naradzają się chwilę. I decyzja: wjeżdżają na prom. Wysiadają przepisowo i przepisowo dzieciaki wyganiają z auta na ziąb (swój tego, na pohybel przepisom, raczej nie zrobi). Ojciec rodziny uiszcza stosowne opłaty i zagaduje przewoźnika, bo obcy też zawsze zagadują. Bo ciekawi. Bo wypada. Bo tę lekką niepewność jakoś zagadać trzeba.

Most to most. Rzecz z betonu lub stali. Przewóz to już chybotliwa niepewność. – Ludzie, jak ich tu nawigacja doprowadzi, często się wycofują. Boją się promu – mówi Zbyszek, przewoźnik w Chrząstowicach, kolejnej podkrakowskiej przeprawie. – Raz facet się spieszył na Balice (krakowskie lotnisko) i nie miał wyjścia, musiał wjechać, ale tak się bał, że ze złości GPS wyrzucił do Wisły.

Zjazd na prom Zbyszka rzeczywiście stromy, trzeba być ostrożnym, szczególnie kiedy jest ślisko. Wyjechać po drugiej stronie w Czernichowie też niełatwo.

Potomkowie Charona

Przewozy promowe należą najczęściej do powiatowych zarządów dróg, a te zwykle puszczają je w dzierżawę. Przewoźnicy albo pracują u siebie, jak w Chrząstowicach, albo u dzierżawcy, jak Zygmunt Szymula w Jeziorzanach (trzecia przeprawa pod Krakowem). Najczęściej to ludzie rzeki, jak Józef Kozioł ze Spytkowic, który zna wszystkie połączenia promowe na Wiśle: Opatowiec, Nowy Korczyn, Połaniec, Baranów, Zawichost... – Na wodzie jestem dokładnie od 4 kwietnia 1964 r. Najpierw w białej flocie woziłem ludzi z Krakowa do Sandomierza, potem była żegluga towarowa, a tu już 18 lat – opowiada.

Kozioł jest dumny, że jego prom, po zamknięciu kilka lat temu przeprawy w Mętkowie koło Oświęcimia, jest pierwszy na Wiśle, licząc od źródeł rzeki. Pracuje na zmianę z kolegą. Pełnią 24-godzinne dyżury, mają na brzegu budkę, w której mogą się przespać, pooglądać telewizję. Święto, nie święto, noc, nie noc – ktoś przy promie jest. Ludzie tędy często jeżdżą na krakowskie lotnisko – gdyby prom nawalił, nie polecą do Egiptu czy Tunezji. – Prom ma swoje godziny kursowania, ale ludzie dzwonią i po nocy. Co ma człowiek zrobić, jak trzeba, to się jedzie.

Żegluga poprzeczna wydaje się przeraźliwie nudna. To nie to co kiedyś, gdy przy przewozach budowano karczmy, żeby goście mogli się posilić przed dalszą podróżą, wokół zawsze było gwarno i ciekawie, wielki świat mieszał się ze swojskością. Co może być dzisiaj głupszego niż takie pływanie? Te parędziesiąt metrów w tę i we w tę, w miarowym szumie siedmiokonnego dieselka z Andorii (andrychowskiej fabryki silników), dzięki któremu nawijana jest lina, która holuje prom?

Są jeszcze promy ręczne. Józef Kudla z górnośląskich Zdzieszowic, który zaczął ludzi przeprawiać jeszcze przed wojną, wciąż, choć po osiemdziesiątce, zakłada kapitańską czapkę i co drugi dzień stawia się na wachtę na przewozie na Odrze, między Zdzieszowicami a Mechnicą. Niezmiennie ciągnie się tu prom wzdłuż liny rozpiętej w poprzek rzeki; zaczepia się o nią tzw. maczugi i odpycha spod nóg pokład promu. Posługiwanie się maczugami nie wymaga finezji, ale trzeba mieć sporo krzepy. Kurs w jedną stronę trwa ok. 5 min. Dziennie kursów jest kilkadziesiąt.

Ludzie korzystają z promu falami: rano i po południu jest ich więcej, ruch jest większy także latem, bo pojawiają się turyści, rowerzyści, zaczynają się prace polowe, na pastwiska goni się bydło. Od święta zdarzają się pielgrzymi. Ot, np. na brzeg w Czernichowie przychodzi kleryk i pyta, ile przewoźnik weźmie za przewiezienie pielgrzymki. – Co łaska – pada odpowiedź, a po chwili zza wału ciągnie rozśpiewana 1300-osobowa kolumna, zamykana przez 40 samochodów. – Cztery godziny w upale kręciło się korbą, żeby ich przewieźć. Zapłacili, jak powiedzieli, co łaska.

Nieco lepsze pielgrzymkowe wspomnienia może mieć przewoźnik ze Zdzieszowic, w których prom powstał m.in. do obsługi ruchu pątniczego na pobliską Górę Św. Anny. Przed parunastu laty gościem był tu – zaproszony przez metropolitę opolskiego Alfonsa Nossola – ówczesny kard. Joseph Ratzinger, dzisiejszy Benedykt XVI. Ciekawe, czy pamięta zdzieszowicki prom? Może pamiętać, bo prom jest wyjątkowy przez ten swój ręczny napęd, z którego ponoć Niemcy, ku irytacji Józefa Kudli, się śmieją.

Na długie lata w pamięci przewoźników zapisują się takie sytuacje, gdy do rzeki wpada samochód. Tak się zdarzyło kilka lat temu w Czernichowie. Jesienna mgła, młodzieńcza brawura i nieświadomość, że mostu nie ma, a prom stoi na drugim brzegu rzeki, kosztowały 22-letniego kierowcę życie. Chyba. Bo ciała, jako jednego z trzech, w ostatnich latach na tej przeprawie nie odnaleziono…

12 lat temu przewoźnik po prostu zniknął. Była noc, zacumował prom, wszystko pozamykał, jak trzeba, i zniknął. Osierocił 12 dzieci, został po nim tylko rower. Do dziś nikt nie wie, co się z nim stało, rodzina na wiślańskiej skarpie składa wieniec i pali znicze. 5 lat temu zniknął kolejny przewoźnik, ten miał zastawkę serca i pewnie coś z tym sercem było, że do wody wypadł i tyle go widzieli.

Po kolana w żywiole

W Spytkowicach i Jeziorzanach nie martwią się niskimi stanami wody. Rzekę spiętrzają stopnie wodne Łączany i Kościuszko. Niska lub wysoka woda to zmartwienie w Czernichowie. Opadnie i trzeba będzie zamykać. Kierowca furgonetki, który jedzie do Kalwarii Zebrzydowskiej i będzie wracał po południu, pyta, czy ma od razu kierować się na most? Zbyszek uspokaja, że prom będzie kursował, i trochę sam sobie tłumaczy, że gdy kursuje, to piach wymiata spod siebie, więc wody jeszcze trochę pod krypą jest. Przewoźnik z Grzegorzowic na Odrze też się tak pewnie pocieszał, zanim mu z końcem listopada przyszło zamknąć przeprawę na ponad miesiąc. W lutym zamknął po raz drugi, bo mrozy, a potem przyszła wiosenna wysoka woda.

Niektórych martwi mała woda, wszystkich bez wyjątku – zbyt wysoka. Nie chodzi tylko o to, że prom może się zerwać albo – jak spytkowicki „Drogowiec” przy ostatniej powodzi – zatonąć (wyłowienie i remont kosztowały wadowickie starostwo ćwierć miliona złotych), ale też o to, że to nieprzespane noce i dnie. Dwa lata temu w Czernichowie poziom wody w ciągu nocy zmienił się o 2 m. Promiarze co chwilę musieli prom przecumowywać. Koparki firmy remontującej wały potopiło wszystkie.

I tak jest lepiej, bo krakowski IMiGW wysyła esemesy z informacjami o stanie wody. Kiedyś latało się nad rzekę przy każdym deszczu. – Przy wyższej wodzie jest jeden plus. Ustawisz prom pod właściwym kątem i sam chodzi od brzegu do brzegu – twierdzi Zbyszek, któremu od kilku lat i tak jest łatwiej, bo zamiast kręcić korbą, pilotem uruchamia umieszczony na brzegu silnik.

Tylko kiedy rzeka zamarza, krypa nie powinna chodzić. No bo jak? Po lodzie?

Ale Józef Kozioł ma sposób. „Drogowiec” chodzi nawet przy 20 stopniach na minusie. Idzie się nocą co godzinę parę razy w obie strony, zamącona woda nie ma szans zamarznąć – wytwarza się tor wodny, nawet gdy wokół lodowe pole. Chyba że, jak w tym roku, mróz trzyma prawie miesiąc – pan Józef swoją walkę z lodem przegrał.

Wóz albo przewóz

W Polsce działa wciąż kilkadziesiąt przepraw promowych. W wielu miejscach będą jeszcze długo kursowały, bo budowa mostu dla lokalnego ruchu jest po prostu nieopłacalna. I nawet jeśli przewoźnik staje się jedną z najważniejszych osób w okolicy i wszyscy, chcąc nie chcąc, muszą żyć z nim dobrze, a niektórym przeprawom poświęcono, jak to się stało w Zdzieszowicach, naukowe monografie, to jednak ludzie nie są z nich zadowoleni. Pojedyncza przeprawa kosztuje 3–4 zł, ale jeśli ktoś dojeżdża do pracy codziennie albo, nie daj Boże, musi się przeprawić kilka razy dziennie lub jeśli musi przez rzekę wyprawiać dzieci do szkoły, robi się z tego poważna kwota. Starostwa powiatowe, jak np. w Wadowicach, próbują podnosić koszty przejazdu (promy są deficytowe) – ostatnio do 7 zł. Po buncie okolicznych mieszkańców stanęło na 4 zł.

Likwidacja promów była już wizją gierkowskich planistów. Przewozy – czyli w ówczesnej nomenklaturze tzw. przedprzemysłowe elementy krajobrazu polskich rzek – nie zniknęły. Temat wrócił w pewnym sensie w haśle premiera Donalda Tuska z kampanii samorządowej w 2010 r.: „Nie róbmy polityki, budujmy mosty”. W Czernichowie, Grzegorzowicach czy Spytkowicach pamiętają, że przy każdych wyborach samorządowych pojawiają się kandydaci, którzy chcą budować mosty albo wymusić darmowe przejazdy promem. A potem wszystko wraca do starego rytmu.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Kiedy lekarze podlegają karze

Lekarze do więzień za błędy medyczne? Co jest zagrożeniem dla zdrowia: kadra medyczna czy polityczna?

Ewa Siedlecka
11.06.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną