Społeczeństwo

Mowa na nowo

Dr hab. K. Kłosińska o słowach, które zmieniają swoje znaczenie

„Język ekipy dobrej zmiany zmierza ku kształtowaniu rzeczywistości tak jak wszystkie języki propagandy”. „Język ekipy dobrej zmiany zmierza ku kształtowaniu rzeczywistości tak jak wszystkie języki propagandy”. Igor Morski / Polityka
Rozmowa z dr hab. Katarzyną Kłosińską o słowach, które zmieniają znaczenie, i języku, który zmienia rzeczywistość.
Dr hab. Katarzyna KłosińskaStefan Maszewski/Reporter Dr hab. Katarzyna Kłosińska

Joanna Cieśla: – Słowem roku 2017 według kapituły językoznawców została „puszcza”. Internauci wybrali wyraz „rezydent”, a w drugiej kolejności „smog”. Pani też miała swój typ w internetowym plebiscycie?
Katarzyna Kłosińska: – Tak. Dopisałam jako własną propozycję słowo „weto”. Ale takich dodatkowych propozycji było ok. 300. Co świadczy o sporej popularności konkursu.

A o czym świadczy ta popularność?
O tym, że rośnie świadomość wagi języka. Pomysł na podobne plebiscyty zrodził się w Europie Zachodniej właśnie z zamysłem podkreślenia roli słów, ich wpływu na rzeczywistość. W procedurach tych konkursów zwykle wychodzi się od statystyki – podliczenia, które słowa były wyraźnie częściej używane w określonym typie tekstów. A ponadto w głosowaniu – ostatnio internetowym – ustala się, co było dla odbiorców ważne. Przy czym dla mnie jako językoznawcy słowa roku pokazują nie tylko procesy społeczne, ale też procesy językowe. Kilka lat temu w czołówce było słowo „ministra”, co wyraźnie wskazywało, że wchodzimy w etap demokratyzacji języka.

To znaczy?
Nasila się przekonanie, że sami możemy sobie ustalać, jak chcemy być nazywani.

Dziś prawie nikt nie mówi „ministra”. Wynika z tego, że podobne zmiany mogą się cofać?
W tym przypadku wyraźna zmiana ostatecznie nie zaszła. W różnych okresach pewne tendencje są silniejsze, a inne słabsze. Kilka lat temu była więc tendencja, żeby używać form żeńskich, takich jak „ministra”, która moim zdaniem akurat nie jest dobra – powinna być raczej „ministerka”. Ta tendencja przygasła, choć w rządzie Beaty Szydło i w obecnym kobiet jest wyjątkowo dużo. Ale one, jak przypuszczam, nie chcą być w ten sposób nazywane.

Wiele ważnych słów i sformułowań w ostatnim czasie wyraźnie zmienia znaczenie.
Na mnie największe wrażenie w ubiegłym roku zrobiła „targowica” (i niejako w pakiecie – „targowiczanie”). To nazwy dotychczas używane albo w odniesieniu do konkretnego wydarzenia historycznego, albo grupy ludzi uczestniczących w tym wydarzeniu, a także jako metaforyczne określenie zdrady, zdrajców. W sensie metaforycznym znaczenie tych wyrazów może dotyczyć różnych działań i jest bardzo rozmyte (a przy tym, jak wiadomo, wiąże się z silną negatywną oceną). W ubiegłym roku zaczęto je stosować wobec europosłów PO, zwłaszcza tych, którzy poparli rezolucję w sprawie praworządności w Polsce – najpierw w sposób metaforyczny albo porównawczy („posłowie PO są jak targowiczanie”), a w końcu dosłowny i konkretny, także w tekstach informacyjnych. „Rozłam w Targowicy” informował nagłówek jednej z prawicowych gazet – podobnych użyć było więcej.

Co już nie brzmi jak metafora ani nawet chwyt publicystyczny, ale jak ścisła nazwa pewnego środowiska.
Tak, to przestaje być metafora. W związku z tym odbiorcom mogą się mieszać pojęcia i porządki: wydarzenie historyczne, nazwane od nazwy miejscowości, obrosłe różnymi skojarzeniami, i wydarzenie współczesne, nad którym można się zastanawiać na wiele różnych sposobów. Sferę symboliczną przeniesiono na sferę bardzo konkretną. Jeśli więc ktoś wie, że ci „pierwsi” XVIII-wieczni targowiczanie zostali powieszeni za to, co zrobili, to trudno się dziwić, że w Katowicach prawicowa młodzież rozstawiła szubienice i powiesiła na nich zdjęcia europosłów. Jedno pojęcie przenosi się na drugie, do końca i dosłownie, bez pierwiastka metaforycznego. Istotne też, że symbolika mająca interpretować te wydarzenia rodzi się in statu nascendi. Historia współczesna dopiero przecież się dzieje, a różnorakie nazwy odnoszące się do wydarzeń historycznych – jak „cud nad Wisłą” czy „karnawał Solidarności” – zwykle tworzą się dopiero po pewnym czasie.

To jest świadome kształtowanie rzeczywistości przez manipulowanie słowami i sformułowaniami?
Moim zdaniem świadomość za tym stoi, choć pewnie i pewna doza spontaniczności. Język ekipy „dobrej zmiany” zmierza ku kształtowaniu rzeczywistości tak jak wszystkie języki propagandy. Demontuje się dotychczasowy porządek – nie tylko przez zmiany o charakterze instytucjonalnym, ale też przez język. Wprowadza się chaos w stare znaczenia pojęć i w sposób trwały, stabilny i rytualny – z naciskiem na rytualny – wprowadza się nowe znaczenia i nowe pojęcia. Chodzi o stworzenie wrażenia, że tylko jeden język dobrze opisuje rzeczywistość, a przez to – że tylko jedna rzeczywistość jest możliwa. Bardzo ważne są też mniej spektakularne zabiegi perswazyjne, które na co dzień umykają uwadze, a polegają na dalekosiężnym wyprzedzaniu. Kiedy np. premier Morawiecki przedstawia jako pewnik, że za 10 lat będzie lotnisko w Baranowie albo formułuje inne wybiegające w odległą przyszłość plany, ignoruje fakt, że w Polsce jest demokracja, i nie wiadomo, czy jego ekipa wciąż będzie rządzić za 10 lat. Każe nam myśleć, że ten nowy porządek jest wieczny i niezmienny, przez co jest jedynym możliwym porządkiem.

Czy rządzący politycy, niezależnie od opcji, nie mówią zawsze w podobny sposób?
W podobny – czasem tak, w aż tak kategoryczny – nie. Teraz siła przekazu jest dodatkowo wzmacniana przez ekstremalny przekaz TVP i TVP Info. Nachalność propagandy w tych kanałach, słynne „paski” umacniają tę właśnie rytualność, która gwarantuje stabilność i poczucie pewności. Że jest tylko tak, jak jest. W czasach komunizmu też tak działano. Hasła typu „Przyjaźń ze Związkiem Radzieckim po wsze czasy” na rogatkach miast czy na fasadach dworców kolejowych pełniły podobną funkcję: podróżny od razu miał mieć pewność i jasność, do jakiej trafił rzeczywistości. Inny środek z tej kategorii uderzył mnie wczoraj, gdy leciałam samolotem Lotu z Warszawy do Gdańska i z powrotem. W komunikatach załogi wymieniano nazwę „Lotnisko Chopina w Warszawie”, ale ani w jedną, ani w drugą stronę nie podano pełnej nazwy lotniska w Gdańsku – nosi ono imię Lecha Wałęsy. Do niedawna obie nazwy wymieniano w pełnym, oficjalnym brzmieniu. Analogia ze sprawdzonymi praktykami wydaje się ewidentna.

Wróćmy do słów, które zmieniają znaczenie.
Jedna z najsilniejszych zmian dotyczy słowa „Niemiec”, które nie było tak mocno nacechowane negatywnie od końca lat 60. Zaraz po wojnie Niemiec to oczywiście był wróg, okupant, morderca, ale liczne badania potwierdzały, że w ciągu dekad ten stereotyp mocno się zmieniał. W latach 70. coraz częstsze były skojarzenia z niemiecką gospodarką, z solidnością, a pod koniec lat 90., gdy Polska zaczynała wchodzić do UE, Niemiec zaczął być kojarzony z członkiem wspólnoty europejskiej, sąsiadem, kolegą. Ostatnio znów pojawia się narracja związana ze złem, które Niemcy kiedyś wyrządzili Polakom, a w szerszym pakiecie Niemcy, razem z Brukselą, tworzą dziś „zagranicę”, czyli połowę frazeologizmu „ulica i zagranica” mówiącego, że krytyka władz jest inspirowana przez „obcych” lub przez „chuliganów”. Ten trop myślenia też cieszył się powodzeniem m.in. w latach 80. i wcześniej w 60. Natomiast najbardziej szokująca zmiana znaczenia zaszła w słowie „uchodźca”. Analizowała to moja magistrantka Katarzyna Kucharska, która precyzyjnie uchwyciła, że ta nazwa, tradycyjnie przez lata opisująca kogoś, kto „opuścił swój kraj, aby ratować życie lub uniknąć prześladowań”, zaczęła oznaczać osobę, a właściwie: element masy ludzkiej, która jest niebezpieczna, agresywna, nieobliczalna, niszcząca i okrutna. Inna moja studentka – z Ukrainy, która miała pomysł na podobną pracę o używaniu słowa „Ukrainka” na forach internetowych, po dokładniejszym przejrzeniu cytatów przyszła do mnie z płaczem. Ta lektura przygnębiła ją tak, że ostatecznie zmieniła temat.

Jak to możliwe, że propagandowe przekazy są skuteczne, podczas gdy ludzie coraz bardziej są świadomi języka? Wielu twierdzi, że nie jest w stanie oglądać telewizji publicznej, bo odstręcza ich i śmieszy nachalność komunikatów.
Nie są w stanie oglądać ci, którzy dopuszczają, że rzeczywistość jest złożona i wymyka się jednoznacznym ocenom. Ale oferta TVP odpowiada np. czytelnikom tabloidów, którzy widzą świat zero-jedynkowo, czarno-biało. Dostają na tacy prosty osąd, kto jest dobry, kto jest zły i dlaczego. Ten osąd często nawiązuje do różnych schematów z przeszłości, aktualizuje dawne przekonania. Przez to, nawet strasząc, paradoksalnie daje poczucie bezpieczeństwa.

Czy siła tej propagandy postępuje?
Tak. Stabilizuje się. Dwa lata temu jeden kuriozalny „pasek” emocjonował publiczność przez kilka dni. Teraz prezenterzy „Wiadomości” powtarzają, że „totalna opozycja” „totalnie przegrała” i funkcjonuje to jako oczywisty pakiet, który zastępuje myślenie, nakierowując tylko na zestaw wartości. Bo co jest „totalne”? Wojna, klęska, zagłada. „Opozycja” wpisuje się w ten ciąg.

Zaraz, to Platforma Obywatelska sama określiła się jako „totalna opozycja” na początku rządów PiS!
Z perspektywy procesów, o których mówimy, autorstwo nie gra roli. Intencja, z którą początkowo słowo to zostało użyte, już dawno nie jest rozpoznawana.

Mnie ciekawi ewolucja znaczenia słowa „narodowy”. Jedna strona politycznego sporu postanowiła je zawłaszczyć, nasycić wyłącznie prawicowymi treściami, druga w odwecie zaczęła go używać w formie obelgi, drwiny, jako synonim obciachu. I tak słowo „narodowy” najskuteczniej dzieli dziś naród.
Faktycznie, nie wyobrażam sobie obecnie neutralnego użycia przymiotnika „narodowy” w odniesieniu do narodu jako bytu związanego wspólną historią, kulturą. Został wypchnięty z tych znaczeń w kierunku konotacji związanych z siłą, agresją, konfrontacją i niechęcią wobec obcych, a w wersji minimum – z myśleniem o Polsce w kategoriach dumy wynikającej z mitów. Nasiliły się postawy, które zanim PiS doszedł do władzy, były uważane za skrajne, na pograniczu faszyzmu – nacjonalistyczne. Nacjonalizm nadal jest postrzegany negatywnie, ale przymiotnik „narodowy” wszedł w pole zajmowane częściowo przez „nacjonalistyczny”, przesuwa się w tym kierunku, treści zaczynają się mieszać. W to pole wchodzą też słowa „patriota”, „patriotyczny”, „patriotyzm”, które obecnie coraz silniej kojarzą się właśnie z nacjonalizmem.

A jak widzi pani karierę słowa „kasta” – jednego z częściej ostatnio używanych? „Kasta” to słowo w pierwotnym znaczeniu neutralne.
Ale w tym pierwotnym znaczeniu – grupy społecznej w Indiach – używane bardzo rzadko, bo w Polsce rzadko się mówi o Indiach. W potocznym znaczeniu od dawna jest to grupa ludzi wyjątkowo uprzywilejowanych, którzy uważają, że nie obowiązuje ich prawo. Za popularność określenia „kasta sędziowska”, podobnie jak to jest z „totalną opozycją”, współodpowiedzialność ponoszą sami zainteresowani – to jedna z sędziów określiła swoje środowisko „nadzwyczajną kastą” w twitterowym wpisie. Skwapliwie podjęto to w obozie władzy, bo słowo „kasta” ma świetne warunki do propagandowych, hasłowych zastosowań. Nie jest bardzo wytarte i zużyte, a jednocześnie na tyle znane, że wiadomo, z czym się ma kojarzyć. Dzięki temu wraz z przymiotnikiem dobrze się je zagospodarowuje do jakiegoś nowego obszaru rzeczywistości, tworzenia nowych pojęć. Obok „kasty sędziowskiej” jest też „kasta lekarska”. Powstają byty, o których od razu wiadomo, co myśleć, dostajemy gotową definicję sytuacji. To charakterystyczne dla propagandy, że słowa wyprzedzają myślenie, wyodrębniają nowe pojęcia – tak jak w zestawieniach „totalna opozycja”, „ulica i zagranica” czy „złodziejska reprywatyzacja”.

Jaka w takim razie jest funkcja neologizmów, z upodobaniem tworzonych przez ludzi obozu władzy? Prof. Andrzej Zybertowicz postulował niedawno, by placówki dyplomatyczne, Instytuty Kultury Polskiej itd. wspólnie tłumaczyły światu, co się dzieje w Polsce. Można to nazwać spójną polityką informacyjną, promocją, ale prof. Zybertowicz mówi: Maszyna Bezpieczeństwa Narracyjnego, w skrócie MaBeNa. MaBeNa to plan na ten rok.
Niektórzy podejrzewają, że to lapsus, którym profesor niechcący ujawnił kuchnię prac rządu, próby manipulacji na kształt inżynierii dusz. Określenie „maszyna” jest podobne do „przemysłu pogardy”, w obu zawiera się przekonanie o wielkiej mocy sterowania językiem i przekonaniami.

Swoją drogą hasło „przemysł pogardy” ostatnio wyszło z użycia.
Pewnie już się trochę zużyło. Teraz inne hasła są paliwem propagandy.

Dlaczego te wymyślane słowa i sformułowania często mają infantylny charakter? Lech Wałęsa np. to „prezydent wszystkich Bolków”. Przypomina to wyzwiska i przezywanki dzieci z podstawówki.
Bo pokazują tylko jeden wycinkowy sposób myślenia o rzeczywistości, są schematyczne w sposób częsty dla dziecięcego pojmowania świata. O Wałęsie ma się myśleć tylko w kategoriach jego bycia Bolkiem, o sędziach – tylko że interesują ich jakieś korzyści, o demonstrantach – że zakłócają spokój, o zagranicy – że chce nam szkodzić itd. Ze złożonej rzeczywistości wybieramy jeden malutki fragmencik, podświetlamy go wybranym słowem albo wyrażeniem i powstaje nowe pojęcie. A stabilność, rytualność i powtarzalność zwiększają szanse, że utrwali się ono w powszechnym obiegu.

rozmawiała Joanna Cieśla

***

Dr hab. Katarzyna Kłosińska pracuje w Instytucie Języka Polskiego UW. Jest sekretarzem Rady Języka Polskiego przy Prezydium PAN. Autorka licznych artykułów i książek, także o języku polityki, m.in. „Etyczny i pragmatyczny. Polskie dyskursy polityczne po 1989 roku”.

Polityka 4.2018 (3145) z dnia 23.01.2018; Społeczeństwo; s. 29
Oryginalny tytuł tekstu: "Mowa na nowo"
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Los bezpłodnych katolików: niech Bóg decyduje

Wierzą w Boga, dlatego nie decydują się na potępiane przez Kościół in vitro i inseminację. Niepłodni po katolicku.

Elżbieta Turlej
24.01.2013
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną