Sutanna niewidka, czyli rejestr pedofilów ocenzurowany
W rejestrze pedofilów opublikowanym przez rząd dobrej zmiany brak nazwisk księży. A przecież nawet duchownych skazuje się w Polsce całkiem sporo.
Czy Kościół poniesie konsekwencje?
Bence ▲ Boros/Unsplash

Czy Kościół poniesie konsekwencje?

Dzięki frapującej wypowiedzi byłego rzecznika Ministerstwa Sprawiedliwości Sebastiana Kalety (PiS) powróciła sprawa nieszczęsnego wykazu pedofilów, opublikowanego jakiś czas temu przez dobrą zmianę. Nieszczęsnego, bo ujawnianie personaliów przestępców to szczucie, zastraszanie, jeśli nie wprost zapraszanie do linczu (nazwisk morderców się nie ujawnia...). Niemniej taka lista zgodnie z prawem, z inicjatywy Zbigniewa Ziobry i Patryka Jakiego, powstała i została przez Ministerstwo Sprawiedliwości ogłoszona. I jak dobrze wiadomo, nie ma na niej księży pedofilów, których nawet w Polsce skazuje się całkiem sporo.

Czytaj także: Hańba Kościoła

Księża prawomocnie skazani

Otóż pan Kaleta stwierdził – i chwała mu za to – że „księży, jak każdego innego, obowiązują te same przepisy. Rejestr pedofilów nikogo nie chroni”, lecz za to zaraz dodał, że brak księży w wykazie wynika z lżejszego kalibru aktów pedofilskich w wykonaniu księży. Dobre sobie! „Gazeta Wyborcza” z punktu wypomniała niedoinformowanemu urzędnikowi prawomocnie skazanego na siedem lat za gwałt na nieletnim ks. Pawła Kanię, a także ks. Romana B., który przez kilka miesięcy więził i gwałcił trzynastolatkę. Tych mężczyzn w koloratkach i wielu im podobnych nie ma – i nie może być – na liście. Trudno o jaskrawszy dowód na to, że agencja Watykanu funkcjonuje w Polsce na zasadach eksterytorialności, to znaczy dosłownie jak (jako) państwo w państwie.

Czytaj także: Co z pedofilią w polskim Kościele

Kościół nie może ukrywać pedofilów

Brak nazwisk księży na liście to coś tak obrzydliwie dosłownego, że zasługuje na miano politycznej pornografii. Podobną kwalifikację ma odmowa podania przez Kościół informacji choćby o liczbie ukaranych księży pedofilów. Nie żebyśmy zaraz wierzyli, że liczba ta pozwoli nam oszacować skalę tego zjawiska (nie mamy pojęcia, jaka część pedofilów ponosi odpowiedzialność karną – wiadomo tylko, że tak jak w przypadku gwałtów na dorosłych jest to wszędzie na świecie znikomy dość procent), lecz na tle padających od kilkunastu lat deklaracji, że Kościół dłużej pedofilii osłaniał nie będzie, zatajanie tych informacji jest szyderczym grymasem hipokryty i niczym więcej. Tu już nie ma o czym w ogóle rozmawiać.

Potrzeba konkretnych działań

Sprawa pedofilii nie zejdzie już z agendy polskiego życia publicznego. Przynajmniej do czasu, gdy Kościół poniesie konsekwencje. Jak na razie nie udaje nawet, że ma w tej mierze jakąkolwiek dobrą wolę – nie tylko że nie powstał fundusz odszkodowawczy dla ofiar, lecz w dodatku biskupi już z góry odżegnują się od jakichkolwiek wypłat, których „prawo polskie nie przewiduje”.

Jeszcze się przekonają, że jak nie zaczną płacić po dobroci, to prawo się znajdzie. Tymczasem chcą się wykupić tanią modlitwą. Nie, różańce w intencji wynagradzającej i specjalne nabożeństwa nie pomogą ani Kościoła nie oczyszczą. Po prostu dlatego, że nie są dolegliwe. A w karze chodzi właśnie o dolegliwość. Jedyny środek, który mógłby zmusić Kościół do zerwania z wielosetletnią tradycją gwałcenia dzieci, to porządne odszkodowania dla ofiar. Bo to język „złota i dolarów” był zawsze dla kapłanów Jezusa najbardziej zrozumiały – Kościół nigdy nie czynił niczego wbrew swoim interesom ekonomicznym i pod tym względem nadal można na nim polegać.

Kościołowi wolno więcej?

Mówię o „wielosetletniej tradycji”, bo narzekania na „nadużywanie dzieci” przez księży i zakonników znajdują się w literaturze co najmniej od czasów oświecenia. Nie wolno nam zapominać, że Kościół nie zaczął praktykować pedofilii ot tak, znienacka, w XX w. To nie jest tak, że „coś złego się stało” i teraz trzeba to naprawić. „Coś złego” było tam zawsze – i nie „to” jedno. Cóż, może organizacjom „świętym” wolno więcej...

PS Zbigniew Ziobro odniósł się do publikacji „Gazety Wyborczej” na temat ukrywania nazwisk księży w rejestrze pedofilów, nazywając przypisywanie mu takiej intencji kłamstwem, insynuacją oraz „nikczemnym dziennikarstwem”. Jako że nie podał żadnego wyjaśnienia dla nieobecności księży w wykazie, można Ziobrze zapisać na koncie oprócz osłaniania księży pedofilów lżenie prasy. W powodzi przewin pana Ziobry nie ma to jednak żadnego znaczenia.

Czytaj także: Ofiary i państwo, które nie pomaga

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj