Somalia umiera z głodu

Plagi somalijskie
Wojna, piraci, talibowie, a teraz klęska głodu. Czy jest nadzieja dla Somalii, upadłego państwa?
JR/Polityka

4-letni uchodźca z Somalii, ważony w etiopskim obozie Dolo Ado.
Thomas Mukoya/Reuters/Forum

4-letni uchodźca z Somalii, ważony w etiopskim obozie Dolo Ado.

Obóz Dadaab w Kenii - co noc staje tu u bram półtora tysiąca Somalijczyków.
Oli Scarff/Getty Images/Flash Press Media

Obóz Dadaab w Kenii - co noc staje tu u bram półtora tysiąca Somalijczyków.

W sytej Europie trudno w to ­pewnie uwierzyć, ale w Rogu Afryki dopiero wybuchnie największa od dekad kata­strofa humanitarna. – Wiosną nie spadły deszcze, nie zebrano plonów, wyschły pastwiska, padło 90 proc. bydła – mówi Rafał Hechmann, który przygotowuje somalijską misję Polskiej Akcji Humanitarnej. Wskutek suszy, niewidzianej w regionie od 60 lat, już głoduje lub zaraz będzie głodować ponad 12 mln osób na wschodzie Etiopii i w północnej Kenii, ale przede wszystkim w odciętej od świata południowej i środkowej Somalii. Regiony te kontrolują talibowie z Al-Szabab. Ich bojówki na głucho pozamykały granice i nie wpuszczają konwojów z pomocą humanitarną, bo zdaniem talibów głód to wymysł Zachodu i sprawa podejrzanie polityczna. Nikogo też nie chcą wypuszczać, próbując ukryć rozmiary kryzysu. Tymczasem w ostatnich tygodniach z terytoriów Al-Szababu (po arabsku – młodzież, to radykalni, powiązani z Al-Kaidą islamiści) do sąsiednich państw uciekł prawie milion mieszkańców, około jednej dziesiątej ludności całej Somalii (przynajmniej według domysłów demografów, bo ostatni somalijski spis powszechny przeprowadzono w 1975 r.).

Po somalijskiej stronie granicy z Kenią i Etiopią rozkwitł biznes podwózkowy, nastawiony na uciekających przed głodem. Ci wysupłują ostatnie grosze na dojazd w pobliże granic, na miejsce w autobusie, na pace ciężarówki czy na wózku zaprzężonym w osła. Zupełni nędzarze łapią darmową okazję, a wszyscy przechodzą granicę gdzieś w buszu. Idą nocą, wolą spotkania z dzikimi zwierzętami od upału i band grasujących na pograniczu. Szlak wędrówki somalijskich rodzin do kenijskich i etiopskich obozów znaczą ciała i groby tych, którzy nie wytrzymali trudów wielogodzinnej wędrówki bez prowiantu i wody.

Uchodźcy u bram

Kto dojdzie na przykład do Dadaab w Kenii, największego obozu dla uchodźców w Afryce, albo etiopskiego Dolo Ado, dostaje jedzenie, leki, materiał na sklecenie prostego schronienia, dzieci zostają zaszczepione, może nawet trafią do miejscowej szkoły. W obozach nie ma epidemii, w powszechnym użyciu są telefony komórkowe, działają sklepy, nad bezpieczeństwem czuwa policja, jest szansa, że rodzina z zagranicy dośle pieniądze. Dlatego przed bramami Dadaab staje co noc półtora tysiąca Somalijczyków.

W Kenii i Etiopii pomoc trafia do większości potrzebujących, w tym somalijskich uchodźców, ale w odciętej Somalii dociera ona do zaledwie co dwudziestego. Przeszkodą wcale nie powinny być pieniądze. Tych na walkę z głodem w Rogu Afryki na razie nie brakuje, walczą o nie organizacje pomocowe, na ich apele hojnie odpowiadają m.in. Unia Europejska, Ameryka. – To nie jest także pierwszy kryzys humanitarny w dziejach, wiemy, jak pomagać – dodaje Rashid Abdi, analityk z International Crisis Group, która monitoruje najbardziej zapalne punkty globu. – Logistyka, to jest problem – mówi Abdi, który choć specjalizuje się w sprawach Somalii, mieszka i pracuje w Nairobi, stolicy Kenii.

Nadpobudliwi nomadowie

Nie przez przypadek Somalia otwiera zestawienia najgorszych miejsc do życia na świecie. Dwie trzecie wszystkich pracowników organizacji humanitarnych, którzy zginęli w zeszłym roku, straciło życie w Somalii, przede wszystkim z rąk milicji Al-Szabab. – Dlatego Światowy Program Żywnościowy prowadzi zrzuty z powietrza, mimo że to najbardziej nieefektywny sposób niesienia pomocy – mówi Krzysztof Stanowski, który razem z unijną komisarz ds. pomocy humanitarnej niedawno podróżował do Kenii. Podobnie nie wiadomo, co się dzieje z żywnością dostarczaną w ramach operacji zwanych w żargonie pomocowym in and out (zajrzyj i zwiewaj), które polegają na tym, że samolot ląduje na lotnisku w Mogadiszu, ładunek wynoszony jest na pas startowy, po czym maszyna natychmiast odlatuje. Dalszej dystrybucji nikt już nie dogląda, bo nawet rząd federalny, ponoć sprawujący kontrolę nad całą stolicą, nikomu nie może zagwarantować pełnego bezpieczeństwa, z prezydentem włącznie.

Sporo w tym winy samych Somalijczyków. Dawni podróżnicy opisywali ich jako dzielnych, ale i nadpobudliwych nomadów, którzy nie muszą przywiązywać się do swoich sąsiadów, są więc drażliwi i kłótliwi. Obcymi gardzili, wielbili poezję, w wierszach sławili wielbłądy, na których przemierzali ogromne przestrzenie. Zamiłowanie do podróży widać mieli w genach, skoro sprawdzili się w marynarkach państw kolonialnych. Marynarze zakładali somalijską diasporę na Bliskim Wschodzie, w Liverpoolu i Londynie, później Somalijczycy przerzucili się na ciężarówki, dziś somalijscy kierowcy krążą po całym kontynencie.

Pochodzenie dzieli

W trakcie kolonialnego podboju Afryki ziemie zamieszkane przez Somalijczyków rozdzielono aż na pięć części. Maleńkie wulkaniczne Dżibuti – dziś też zmagające się z głodem – stało się francuskim portem przy wejściu z Oceanu Indyjskiego na Morze Czerwone, w którym przechowywano węgiel dla francuskich parowców. Brytyjczycy zainstalowali się w dzisiejszym Somalilandzie, głównie po to, by było skąd regularnie dostarczać mięso do koszar w Adenie. Południe Somalii, z Mogadiszu i największym portem, wzięli Włosi, etiopski cesarz Menelik zagarnął Ogaden, a część Somalijczyków pewnego dnia obudziła się w brytyjskiej Kenii.

W porównaniu z innymi ludami Afryki, kiedy w 1960 r. Somalia uzyskała niepodległość, Somalijczycy znaleźli się w wyjątkowo dogodnej sytuacji. Co prawda nowe państwo było pozbawione bogactw naturalnych (nie wszyscy na kontynencie je mają), Róg Afryki jest suchy i niegościnny, a w początkach państwowości między dwoma największymi miastami – Mogadiszu i oddaloną od niego o 800 km Hargejsą – nie było nie tylko bitej drogi, ale także połączenia telefonicznego. Za to wszyscy Somalijczycy mówili tym samym językiem, mieli tę samą kulturę, wyznawali jedną religię, a ich państwo miało najdłuższą w Afryce linię brzegową.

Tylko pochodzenie dzieli. Gdy spotyka się dwóch Somalijczyków, nie mówią, skąd pochodzą, ale do jakiego klanu należą. A klan wyznacza poglądy polityczne. I to właśnie klany, ich wodzowie, kliki i klanowe antysojusze rozdrapały kraj. Właśnie zjednoczone klany odsunęły w 1991 r. dyktatora Siada Barrego. Po udanym zamachu stanu wróciły jednak do popierania ziomków, znów dzieliły między nich publiczne pieniądze i posady. Nikt nie zdobył niezbędnej przewagi, państwo i armia przestały istnieć. Zaczęły się rządy dowódców klanowych partyzantek, którzy jednak nie świadczyli usług komunalnych. Zgasło światło, wyschły krany, rury wodociągowe w miastach zostały wykopane i sprzedane na złom, podobny los spotkał kable elektryczne, blaszane dachy i całe budynki. Te, których nie rozszabrowano, zniszczyła późniejsza wojna domowa, która obróciła Somalię w morze ruin.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną