Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Świat

Putin mówi „spasiba”. Komu jeszcze przydał się chiński balon nad Ameryką

. . Randall Hill/Reuters / Forum
Sprawa chińskiego balonu szpiegowskiego, który przeleciał nad USA i został zestrzelony, urosła od ciekawostki do głównego problemu bezpieczeństwa narodowego Ameryki. W kluczowym momencie odwracał uwagę Amerykanów i ich elit od Ukrainy, Rosji i Europy.

Jeśli Putin i Xi mieli to zaplanowane i uzgodnione, to na Kremlu strzelają przysłowiowe korki od szampana, a w Pekinie słychać „bolszoje spasiba”. Afera z chińskim szpiegowskim balonem nie mogła wybuchnąć w lepszym dla Moskwy czasie: gdy szykuje się do nowej ofensywy przeciw Ukrainie, a Ameryka do ostatnich dwóch lat prezydentury Joe Bidena i nadchodzącej kampanii. O ile miniony rok – wskutek wojny Putina – stanowił odstępstwo od koncentracji Ameryki na Chinach, a ostatnie miesiące to wręcz próba obniżenia napięć między Waszyngtonem a Pekinem, ostatnie kilka dni i godzin przypomniało Amerykanom, że Chiny to strategiczny rywal, którego muszą się obawiać.

Czytaj też: Chiński balon szpiegowski nad USA. Pekin reaguje

Tego Amerykanie nie lubią

Opisywane w prasie samoloty i okręty wokół Tajwanu czy nawet chińskie rakiety międzykontynentalne w pustynnych silosach są dla Amerykanów odległą abstrakcją, ale przelatujący im nad głowami gigantyczny balon widoczny gołym okiem – wyraźnym i bolesnym konkretem. Guzem na poczuciu narodowej dumy, ujmą w statusie supermocarstwa i znakiem zapytania nad bezpieczeństwem nie tylko narodowym, ale całkiem prywatnym. Gdy wojsko przyznało, że nie zestrzeliło balonu nad lądem w obawie o skutki upadku ważącego setki kilogramów ładunku, mogło mówić prawdę, ale tylko pogorszyło sytuację. Jeszcze bardziej, gdy okazało się, że balony latały wcześniej, ale nie zostały wykryte. Amerykanie przez chwilę poczuli się bezradni, a bardzo tego nie lubią.

Nic dziwnego, że w ciągu kilkudziesięciu godzin sprawa chińskiego balonu zdominowała amerykańską debatę polityczną i medialną. Padają zarzuty o brak zdolności i brak decyzji, o bezczynność wojskowych oraz rządzących polityków, o nadmierne skupienie się rządu na „jakiejś odległej wojnie” zamiast na terytorium USA i życiu Amerykanów. A to dopiero początek. W Kongresie szykują się już przesłuchania odpowiedzialnych za bezpieczeństwo urzędników i dowódców, zaplanowane co prawda wcześniej, ale których głównym tematem niechybnie stanie się chiński balon i Chiny jako przeciwnik zamiast np. wojna w Europie i kolejne wsparcie wojskowe dla Ukrainy. Sytuacji nie bardzo ratuje przy tym fakt, iż balon został ostatecznie zestrzelony do oceanu i że jego śledzenie też miało swój cel. Misja zakończona sukcesem po kilku dniach dryfowania balonu tak wygląda tylko w oczach wojskowych. Wygłoszone przez czterogwiazdkowego generała zdanie, że nie był w stanie podjąć zdecydowanych działań, gdyż „balon nie zdradzał wrogich intencji”, prawie że ośmiesza procedury. Wydarzenia ostatnich dni jednoznacznie każą skupić się na zdolnościach do ostrzegania, wczesnego wykrywania i zwalczania takich zagrożeń. Być może jest to moment definiujący ostatnie dwa lata prezydentury Joe Bidena i ustawiający tematykę następnej kampanii prezydenckiej.

Bo niezależnie od tego, iż wojskowi przywołują brak reakcji poprzedniej, republikańskiej – a raczej trumpowskiej – administracji na wcześniejsze kursy balonów ze wschodu, tu i teraz na cenzurowanym są demokraci, Joe Biden i jego polityka wobec Chin (a w domyśle również wobec Rosji). Kryzys balonowy – jakkolwiek śmiesznie to nie brzmi – doprowadził do odwołania planowanej wizyty sekretarza stanu Anthony’ego Blinkena w Pekinie, uzgodnionej i zapowiedzianej w trakcie pierwszego bezpośredniego spotkania Biden–Xi w czasie listopadowego szczytu G-20 na Bali. Szczytu, w którym nie wziął udziału Władimir Putin i który – być może dzięki temu – stał się okazją do publicznego zbliżenia Waszyngtonu i Pekinu, zademonstrowania woli deeskalacji napięć. Podróż Blinkena miała być kolejnym etapem tego wysiłku dyplomatycznego, który nie miał zmienić strategicznego postrzegania Chin jako długofalowego głównego rywala Ameryki, ale przynajmniej na pewien czas złagodzić napięcia, również po to, by umożliwić uporanie się z określanym jako „pilne” zagrożeniem rosyjskim w Europie. W opinii tłumaczących amerykańską taktykę ekspertów Biden chciał „zaparkować” większy i ważniejszy problem chiński, by uporać się z nagłym, ale strategicznie mniej istotnym problemem rosyjskim. Nawet największe dzisiejsze mocarstwo zna swoje ograniczenia i wie, że nie jest w stanie jednocześnie zarządzać dwoma kryzysami, a tym bardziej prowadzić dwóch konfliktów z przeciwnikami określanymi jako równorzędni. Ameryka nie jest w stanie wojny z Rosją, ale jej zaangażowanie zbrojeniowe, szkoleniowe, wywiadowcze i polityczne jest bliskie progu wojny, a by dać Ukrainie zwycięstwo, powinno być utrzymane i zwiększane. Incydent z balonem też nie jest bitwą z Chinami, w fazie śledzenia wymagał zaangażowania zaledwie kilku samolotów rozpoznawczych, a w fazie egzekucji pary myśliwców i jednego pocisku przeciwlotniczego. Ale fakt, że cała sytuacja rozgrywała się nad terytorium USA i przez dłuższy czas Ameryka nie była w stanie podjąć decyzji o neutralizacji zagrożenia, sprawia, że powstaje wrażenie bezkarnego ataku Chin na USA. Był to atak hybrydowy, wykorzystujący narzędzia cywilno-wojskowe (balon nie był w ścisłym znaczeniu środkiem napadu powietrznego), ale w większym stopniu sferę informacyjną i polityczną niż militarną. I ten atak w znacznym stopniu się powiódł.

Mimo że balon został pokonany w pierwszej wykonanej nad terytorium USA misji bojowej myśliwca F-22, to Ameryka daleka jest od poczucia zwycięstwa, a Chiny od porażki. Pekin zdołał namieszać w amerykańskiej debacie publicznej i podważyć zaufanie do zdolności obronnych, a amerykańskie siły zbrojne – jak wynika z tego, co przetacza się przez media – raczej nie zdołały przekonać opinii publicznej, że można im bezgranicznie ufać. Co gorsza, wszystko miało miejsce tuż przed tradycyjnym „orędziem o stanie Unii” prezydenta, które zapewne trzeba było w reakcji na wydarzenia w ostatniej chwili zmieniać.

Czytaj też: Chińska strona Księżyca

Czy Chiny zepchną Ukrainę

W atmosferze podwyższonych emocji pojawia się mnóstwo teorii spiskowych, których autorzy bez szacunku dla realiów i inteligencji czytelników rzucają w internetową chmurę coraz to bardziej brawurowe domysły, co taki balon mógł przenosić (broń chemiczną, jądrową, głowice hipersoniczne, broń służącą do wywołania impulsu elektromagnetycznego, który z kolei mógł być wstępem do chińskiego ataku nuklearnego). Ale jeśli samo wojsko przyznaje, że balon był wielki – liczył 60 m wysokości – a masa podwieszonej aparatury mogła przekraczać tonę, niepokój jest uzasadniony. Czyżby bez odpalania pocisków balistycznych i wywoływania III wojny światowej Chiny znalazły sposób, by zaatakować Amerykę? Jak to możliwe, że taki „system uzbrojenia” latał bezkarnie nad kontynentem północnoamerykańskim przez parę dni? Czy rzeczywiście trzeba było zwlekać z zestrzeleniem? Te pytania mogą nękać Joe Bidena do końca jego prezydentury, o ile oczywiście w tym czasie nie nastąpi kryzys jeszcze bardziej zaskakujący i jeszcze groźniejszy w skutkach. Do tego czasu każde zagrożenie z Chin będzie porównywane do bezkarnie latającego balonu, a każde zawahanie w reakcji do tych kilkudziesięciu godzin. W efekcie amerykańsko-chiński konflikt może przybrać na sile, wizyta Blinkena w Pekinie może nigdy nie dojść do skutku, a presja opinii publicznej sprawi, że temat Chin zepchnie Ukrainę i Rosję na drugi plan.

Chiny tej balonowej bitwy mogą więc nie wygrać. Już teraz mówi się o powrocie ostrych sankcji i konieczności wzmocnienia wojskowej czujności Ameryki w kierunku Pacyfiku. Choć język amerykańskich dokumentów strategicznych – tak Trumpa, jak i Bidena – nie pozostawia wątpliwości, że Chiny są rywalem numer jeden, to bieżące decyzje dotyczące rozmieszczenia wojsk i pomocy zbrojeniowej wyraźnie faworyzowały Europę, wschodnią flankę NATO i oczywiście walczącą Ukrainę. Wątpliwe, by balon zmienił politykę amerykańskiej administracji, ale może zwiększyć jej krytykę ze strony opozycji i części mediów. Już opublikowany przed kilkoma dniami sondaż Pew Research, związany z rocznicą wojny w Ukrainie, wskazywał na rosnący odsetek przeciwników pomocy dla Kijowa, którzy wciąż są w mniejszości. Ale gdyby dziś pytanie o Ukrainę postawić obok pytania o balon i Chiny, kto wie, jakie byłyby proporcje odpowiedzi. Wisząca dosłownie w powietrzu groźba o wiele bardziej przemawia do wyobraźni niż kolejna odległa wojna, widoczna głównie w telewizji i internecie.

A przecież kandydat Biden w kampanii obiecywał wycofanie Ameryki z odległych wojen. W zderzeniu z widokiem chińskiego balonu, który Bóg wie, co mógł zrzucić na głowy Amerykanów, obrona kraju na peryferiach Europy napadniętego przez Rosję nie musi od razu stracić zwolenników, ale pytanie, jak wielu ich utrzyma i jak długo. Emocje nadchodzącej kampanii wyborczej będą już wyłącznie rosnąć, a nie ma siły, by tej okazji nie wykorzystały kręgi izolacjonistyczne czy otwarcie prorosyjskie, których głos ostatnio przycichł.

Bo jeśli ktoś tu i teraz jednoznacznie korzysta na aferze z chińskim balonem, to na pewno Putin. Temat wojny, Ukrainy i Rosji niemal zniknął z amerykańskich mediów, a uwaga opinii publicznej ponownie skierowała się z Rosji na Chiny. Prezydent Biden – lider światowej koalicji wspierającej Ukrainę i powstrzymującej rosyjską agresję – został wewnętrznie osłabiony i musi się zmagać z nową falą krytyki. Chińskie zagrożenie, chwilowo przyćmione rosyjską wojną, wróci jako główny powód obaw Amerykanów o własne bezpieczeństwo, a pod naciskiem politycznym również jako główny kierunek wysiłków zbrojnych.

Warto pamiętać, że potrzeby przeciwstawienia się Chinom i wymagania europejskiego teatru działań przeciw Rosji nie zawsze się pokrywają, czasem wręcz ze sobą rywalizują. Bidenowi może być trudniej tłumaczyć potrzebę dozbrajania Ukrainy i odbudowy tych zdolności, które ewidentnie pomogą Ameryce i NATO w ewentualnej wojnie z Rosją, lecz niekoniecznie będą przydatne w starciu z Chinami. To kreuje bardzo niekorzystne położenie w sytuacji, gdy zbliża się decydująca faza wojny i gdy amerykańskie wsparcie wojskowe liczy się jeszcze bardziej i powinno być jeszcze większe. Biden i jego wojskowi muszą pilnie znaleźć przekonujące argumenty, że jeden balon to jeszcze nie nalot bombowców. Trudno im będzie jednak powstrzymać nacisk na wzmocnienie obrony samej Ameryki zamiast inwestowania w wysunięte rubieże w Europie. Postawi to jeszcze większe wyzwanie europejskim członkom NATO i – niestety – może dać więcej swobody Rosji.

Podkast: Chiny jak smok budzą się ze snu. Na czym polega ich fenomen?

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

O Polityce

Uwaga czytelnicy! Kioski Garmond Press bez „Polityki”

Znajdziecie nas w punktach sprzedaży innych dystrybutorów.

Wydawca „Polityki”
14.03.2023
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną