Mariusz Janicki, Wiesław Władyka
20 sierpnia 2010

Trudno dziś kochać PiS

Odwrót spod Smoleńska

Lider PiS zapewne czuje się zdradzony. Inni są co najmniej zdziwieni, zwłaszcza jeśli pamiętają, jaką skomplikowaną drogę wspierania zygzaków politycznych lidera PiS wielu z tych publicystów przeszło. Jak wytrwale uzasadniało, tłumaczyło, walczyło, jak wiernie stało na froncie poparcia i uwielbienia.

Niektórzy, choćby Jadwiga Staniszkis czy Zdzisław Krasnodębski, łącząc się w bólu z Jarosławem Kaczyńskim, z jednej strony przekraczali kolejne progi czołobitności wobec niego, a z drugiej – narastającej nienawiści do konkurenta wyborczego i jego zaplecza politycznego. To było wraz z rozwojem kampanii coraz bardziej wyraziste, gdyż łączyło się z głębokim przekonaniem, że po Lechu Kaczyńskim prezydentem zostanie brat bliźniak, bo inaczej być nie może. Zresztą codzienne sondaże opinii publicznej, jak i pamięć przebiegu wyborów z 2005 r. to założenie mocno uwiarygodniały. Dzisiaj Staniszkis Kaczyńskiego nie rozumie.

Postępujący radykalizm części tej publicystyki zamienił ją w czystą propagandę w programach i filmach sygnowanych przez Jana Pospieszalskiego czy w publikacjach „Gazety Polskiej”. Również w różnych miejscach „Rzeczpospolitej” Pawła Lisickiego (która wówczas podsycała atmosferę posmoleńską, a dzisiaj ją u Kaczyńskiego krytykuje).

Ten rodzaj twórczości rozwijał się niejako wedle dwóch logik. Jedna, ta najbardziej radykalna, nie przyjmowała właściwie do wiadomości, że Jarosław Kaczyński kończy ponoć wojnę polsko-polską, że przeszedł jakąś anielską przemianę. Jak gdyby od początku wiedziano, że ta wizerunkowa przemiana ma charakter wyłącznie polityczny i kampanijny, jest prostym zabiegiem socjotechnicznym, więc tym bardziej ktoś musi bronić esencji politycznej IV RP, trzonu myślowego PiS na razie zakamuflowanego przez kandydata na prezydenta. A nawet jeszcze bardziej, im kandydat łagodniejszy, tym jego publicyści powinni być ostrzejsi, tym większa ich odpowiedzialność za wypowiedzenie i wyrażenie prawdziwych treści, idei i wartości. I tak się działo.

Prezes jest zajęty

Kaczyński tolerował, wręcz na wiele symbolicznych sposobów honorował, swoich radykałów i propagandzistów. Nawet na chwilę nie odciął się od treści przez nich wyprodukowanych. A jeśli już decydował się na jakikolwiek, bardzo limitowany i kontrolowany kontakt z publicznością, to wyłącznie w miejscach politycznie, można powiedzieć, licencjonowanych. I tylko poprzez dziennikarzy, którzy byli posłuszni i w lot łapali, o co chodzi. Z jednym wyjątkiem, gdy zgodził się porozmawiać z Moniką Olejnik; jednak gdy usłyszał pytanie o IV RP, rozmowę natychmiast przerwał pod pretekstem, że jest bardzo zajęty.

I była druga logika, która brała się z założenia, że przemiana Jarosława Kaczyńskiego – prawdziwa czy udawana – stanie się trwałym czynnikiem polskiej polityki jako sposób najpierw na wygrywanie wyborów, a potem na jej uprawianie. Nawet jeśli prezydentem zostanie Bronisław Komorowski, będzie można, wykorzystując ten nowy styl, poważnie myśleć o dobrym wyniku wyborczym do parlamentu, następnie o rządzeniu. A to dlatego przede wszystkim, że nowe wcielenie lidera PiS całej partii przydało zdolności mediacyjnych i koalicyjnych. Zaczęto wprost mówić – co było wzmacniane przed drugą turą specjalnymi umizgami do lewicowego elektoratu – o możliwej przyszłej współpracy politycznej z SLD, oczywiście też z PSL, a nawet z PO.

Ta perspektywa zdała się wielce atrakcyjna i ponętna wielu prawicowym publicystom, nawet jeśli wcześniej mocno chorowali na antykomunizm, zwłaszcza w postaci postkomunistycznej. Ile to ukazało się tekstów i komentarzy, jakimi to fajnymi politykami mogą być Grzegorz Napieralski i jego koledzy, jak nadszedł czas odcięcia się raz na zawsze od przeszłości i porzucenia historycznych podziałów.

Jeszcze do niedawna były one nie do zasypania, ba, współtworzyły ideologię szlachetności i prawdziwego patriotyzmu polskiej prawicy, która właśnie z komunistami miała się nigdy nie układać. Przedwyborcze koncesje na rzecz SLD wydawały się prawicowym publicystom sensowne jako koszt powrotu PiS do władzy. Takie otwarcie możliwości było nadzwyczaj ekscytujące i przyjemne. A też osobiście dla wielu zaangażowanych wcześniej w popieranie i wybielanie Jarosława Kaczyńskiego i jego polityki miało walor potwierdzający ich analityczne zdolności.

Tak jakoś dało się dociągnąć do wyborów, zwłaszcza że taktyka porozumiewania się z wyborcami na migi i w maskach dawała znakomite rezultaty sondażowe. Przed wieloma publicystami otwierała z kolei szanse na wyjście z zaścianka pisowskiego i wejście do obiegu opinii szeroko aprobowanych, w każdym razie poważnie branych pod uwagę. Tę przyjemność odczuli też sami politycy PiS, gdy nagle nie musieli kłócić się ze swoimi przeciwnikami, byli wysłuchiwani w czasie aktywnej żałoby ze zrozumieniem i na poważnie jako prawdziwi partnerzy w polskiej demokracji. Weszli do salonu i mainstreamu.

 

 

Zasadnicze zwątpienie

Kaczyński jednak szybko wrócił do siebie, z wyraźną ulgą opuścił woskową figurę anioła. Stalowy ton i bezdyskusyjny styl komunikatów wojennych, które narzucił swojemu obozowi, zostawiły na spalonym tych publicystów, którzy w polityce łagodności widzieli zwiększenie operatywności politycznej tej partii; zarówno wśród elektoratu,  jak i w parlamencie. Pozbawienie się tej operatywności oznacza – takie jest już chyba dość powszechne mniemanie w tych środowiskach – kolejną porażkę wyborczą, a w niedalekiej perspektywie całkowity upadek PiS. Nie da się zatem popierać Jarosława Kaczyńskiego na warunkach, jakie narzucił, bo one w efekcie przyniosą totalną klęskę. Także tym, którzy z tym obozem wiązali swoje nadzieje, lokowali tam polityczne sympatie, chcieli kiedyś PO-PiS z naciskiem na PiS.

I zrodziło się zasadnicze zwątpienie, tym bardziej że wiele z konkretnych wypowiedzi i decyzji lidera PiS trudno przyjąć jako racjonalne i zdatne do wiarygodnej obrony. Spora liczba publicystów, zwłaszcza „Rzeczpospolitej”, wyraźnie chciałaby wysiąść z pociągu jadącego do Smoleńska. Nie chcą oni podążać nadal drogą prezesa PiS, zbuntowali się, przynajmniej na razie. Jeden z prawicowych blogerów napisał: „...do grona zafrasowanych pisologów dołączyli dość tłumnie publicyści »Rzeczpospolitej«, do niedawna jedynego dziennika, który dawało się czytać. Teksty redaktorów (...) sprawiają wrażenie, jakby zostały spłodzone w którejś z reżimowych mediodajni, a nie dla niezależnej gazety. Wygląda na to, że najwyraźniej »Rzepa« po zwycięstwie Komorowskiego, a co za tym idzie – przejęciu przez Platformę niepodzielnej władzy, zaczęła »przestrajać« linię programową, jakby za wszelką cenę chciała zrzucić z siebie odium »pisowskiej gazety«”.

Wszelkie zawahanie bądź głos nawet lekko krytyczny natychmiast grozi potępieniem i wykluczeniem ze zbiorowości i to pod piętnem zachowań „niegodnych”, „moralnie podejrzanych”, „haniebnych” i tak dalej. I koło się zamyka. A powrót do łask będzie wymagał przejścia przez czyściec i głębokie upokorzenie, z niewiadomym zresztą efektem. Widzimy właśnie takie upokarzające powracanie na łono kilku byłych polityków PiS, którzy jeszcze niedawno zaprzątali nam głowy swoją opowieścią o Polsce i o demokracji, a przede wszystkim o sobie jako tych, którzy mieli odwagę oraz honor nie zgodzić się z ideami

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail

Autorzy POLITYKI

»

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną