Joanna Podgórska
2 maja 2012

Rozmowa z E. Janicką, autorką książki „Festung Warschau”

Wojna powstań

O tym, jak w miejskim krajobrazie jedne upamiętnienia rywalizują z innymi - mówi Elżbieta Janicka.

Joanna Podgórska: – Co to jest syndrom warszawski?
Elżbieta Janicka: – To poczucie, że rzeczywistość nie jest do końca wiarygodna. Życie ze świadomością, że miasto i wszystko inne jest tymczasowe.

Kiedy zapadła pani na ten syndrom?
Wczesne dzieciństwo (lata 70.) spędziłam w Śródmieściu Północnym, wśród przyjaznych bloków z betonu, wertepów i chaszczy. Gdzieniegdzie jednak wciąż straszyły mroczne i lodowate czeluście kamienic. Groziły śmiercią lub kalectwem. Przestrzeń rodziła pytania. Legenda Powstania Warszawskiego objaśniała wszystko. Aż w pewnym momencie poznałam inną opowieść. Przychodnia dziecięca pod domem okazała się żydowską szkołą pielęgniarstwa. Szpital im. Dzieci Warszawy, zwany także szpitalem powstańczym, okazywał się Szpitalem dla Dzieci im. Bersohnów i Baumanów. Odkryłam, że tam, gdzie w Pałacu Kultury znajduje się teatr dla dzieci, stał ostatni sierociniec Korczaka. Na domiar wszystkiego sam Korczak okazał się w którymś momencie Żydem. I tak dalej. A im dalej, tym gorzej.

Wtedy zaczęła pani szukać w Warszawie drugiego dna?
Ono się samo wypiętrzyło. Laboratorium fotograficzne, z którego korzystałam, przeniesiono w miejsce, gdzie znajdowała się jedna z bram Umschlagplatzu. A ponieważ Warszawa jest zwykle zakorkowana, zaczęłam chodzić w to miejsce piechotą, przemierzając całą długość dawnego getta tam i z powrotem kilka razy w tygodniu. Czekając na materiały z laboratorium, krążyłam po okolicy. W końcu zadałam sobie pytanie, jaka opowieść wyłania się z nagromadzonych w tej przestrzeni upamiętnień. Jak one funkcjonują razem i w kontekście miejsca. W tej opowieści zwrócił moją uwagę pewien powtarzający się wzór.

Jaki?
Wzór współwystępowania dwóch historii, z których jedna komentuje drugą. Polska opowieść sprawia wrażenie, jakby komentowała żydowską obecność, choćby po tej obecności nie pozostał kamień na kamieniu.

Najpierw zastanowił mnie krucyfiks na Chłodnej. Rozległy skwer na środku ulicy nazwano imieniem księdza Popiełuszki i wmurowano tam obelisk, do którego dostawiono duży i dobrze wówczas widoczny krucyfiks, od zeszłego lata obsadzony drzewkami akacji. Pod tym krucyfiksem regularnie widywałam izraelskie i żydowskie wycieczki. Niekiedy mężczyzn w kipach odmawiających modlitwy. Z kawiarnianego ogródka obok dolatywały komentarze w stylu: O, Żydki! Słowem, polifoniczność i wielokulturowość. Od jednej z grup dowiedziałam się o istnieniu w Warszawie drewnianej kładki łączącej małe i duże getto, zanim film „Pianista” wprowadził ją do zbiorowej polskiej wyobraźni.

Zastanowiły mnie też dwie tablice identycznej treści, z kotwicą Polski Walczącej, na Umschlagplatzu. Jedna z nich także w języku angielskim i hebrajskim, wychylona ze ściany w kierunku pomnika wywózek Żydów Warszawy do komór gazowych Treblinki i Majdanka w latach 1942–43. Tablice upamiętniają powstańczy szlak bojowy jednostki AK, która 1 sierpnia 1944 r. przy okazji ataku na magazyny na Stawkach uwolniła 50 Żydów europejskich. Jak głosi napis, tablice zostały ufundowane ku chwale oddziału. Figuruje na nich nazwisko dowódcy jednostki. Jest to jedyne imienne upamiętnienie w miejscu, skąd Niemcy zabrali przemocą na śmierć kilkaset tysięcy ludzi. Zaintrygowało mnie wreszcie wzajemne usytuowanie pomników Umschlagplatzu i Poległym i Pomordowanym na Wschodzie.

Co jest nie tak z ich wzajemnym usytuowaniem?
Pomniki funkcjonują w pakiecie tak dalece, że wytyczają coś w rodzaju osi symbolicznej. Trudno nie zauważyć, że tu i tam chodzi o wywózki. Nawet liczba deportowanych jest podobna. Sugerowana symetria wydaje się oczywista. Skrywa jednak faktyczny kontrast między upamiętnionymi wydarzeniami. Nie wszyscy polscy obywatele deportowani przez władze radzieckie w głąb ZSRR ponieśli śmierć. Warunki deportacji były straszne. Jednocześnie większość deportowanych przeżyła. Pomnik Poległym i Pomordowanym na Wschodzie został dobudowany do pomnika Umschlagplatzu, choć można było postawić go w innym punkcie miasta, skoro wywózki radzieckie nie dotyczyły Warszawy.

Pomnik Umschlagplatzu stoi z boku, wyciszony, abstrakcyjny. Pomnik Poległym i Pomordowanym na Wschodzie to naturalistyczny wagon wypełniony krzyżami, który wyrasta na środku węzła komunikacyjnego. Jak się lepiej przyjrzeć, wśród wagonowych krzyży znajdziemy i macewę, i emblemat mahometański, i kilka krzyży prawosławnych. Ale pamięć zbiorowa – pocztówki, Wikipedia, dziecięce rysunki – już ich nie rejestruje. Instalacja martyrologiczna zwana Golgotą Wschodu zdobi dawny plac Muranowski, jedno z emblematycznych miejsc żydowskiej Warszawy.

 

Tam rozegrała się jedna z głównych bitew powstania w getcie, upamiętniona tablicą.
Tak. Przezroczysta tablica z pleksi wtapia się w fasadę budynku przesłoniętego drzewami. Walki Żydowskiego Związku Wojskowego zostały niewątpliwie upamiętnione. Plac Muranowski nosi dziś imię Matki Sybiraczki. Posadzono tam grottgerowskie brzozy, a w 66 rocznicę powstania w getcie warszawskim, w scenerii pomnika Poległym i Pomordowanym na Wschodzie, urządzono rekonstrukcję egzekucji katyńskiej.

To chyba jest działanie podświadome. Przecież nikt nie siedzi i nie koncypuje, jak przykryć upamiętnienia żydowskie upamiętnieniami polskimi.
Jasne, że nie. Chodzi tu zresztą nie tyle o wyparcie czy przykrycie, ile opatrzenie komentarzem, wpisanie w oswojony schemat wyjaśniający. To jest wyraz oczywistości społecznej i większościowych wyobrażeń. I przejaw postawy obronno-polemicznej, która daje o sobie znać, ilekroć mamy się skonfrontować z historią polsko-żydowską. W polskiej opowieści o stosunkach polsko-żydowskich stawką jest wizerunek Polaków. Można to nazwać zbiorowym narcyzmem.

Czy to jest rywalizacja na upamiętnienia?
To się układa we wzór bardziej złożony niż dawne eksponowanie polskiego cierpienia pod hasłem „my też cierpieliśmy” albo „my bardziej”. Teraz wychodzi na to, że cierpieliśmy porównywalnie, a było to cierpienie wcześniejsze niż Zagłada i nie ustało wraz z wojną. Polska w szacie Chrystusa Narodów wycierpiała mianowicie Golgotę od komunistów. „Komuniści” to w Polsce często epitet służący judaizacji osób, o których się mówi, niechby nawet były znane z antykomunistycznych poglądów, okupionych wieloletnim więzieniem. „Żydokomuna” to fragment antysemickiego imaginarium, którego elementy wzmacniają się nawzajem i płynnie przechodzą jedne w drugie: ukrzyżowanie Chrystusa, ateizm, rewolucja, bolszewizm, Judasz zdrajca, mord rytualny, czyli mit wampiryczny, w którego ramach krwiopijca z żądzy niewinnej chrześcijańskiej krwi w razie potrzeby przestawia się na żądzę złota. Na tej zasadzie „duchowi spadkobiercy KPP żyją w nienawiści do polskiego krzyża”, jak ogłosił publicznie ważny artysta, intelektualista i akademik.

Istotą nowego wzoru opowieści byłoby następstwo czasowe i oparty na nim ciąg przyczynowo-skutkowy. Komunizm był pierwszy. A czyż akcja nie rodzi reakcji, ofiara zaś nie ma prawa do samoobrony? Wrogie postawy i zachowania wobec Żydów w czasie wojny, antysemityzm polskiego podziemia niepodległościowego i wynikające stąd zbrodnie – tak, ale to wszystko brało się z pobudek antykomunistycznych, więc rewizja kultury dominującej nie jest w związku z tym konieczna. Za sprawą antykomunistycznego dogmatu następuje dzisiaj przyswojenie problematycznych faktów bez naruszenia polskiej opowieści heroiczno-martyrologicznej. „Wszystko, co wiemy, nic nam nie szkodzi”.

We wstępie do pani książki Bożena Keff

...

[pełna treść dostępna dla abonentów]

Polityka on Facebook

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną