Kto ma szanse na medal na igrzyskach w Vancouver
Justyna i reszta
Mimo że jest się trenerem najlepszej biegaczki narciarskiej świata, przed igrzyskami olimpijskimi warto opanować sztukę robienia uników. Więc trener Aleksander Wierietielny powtarza, że start na igrzyskach jest jedyny w swoim rodzaju, a jego wyjątkowość ma różne odcienie, od paraliżującego do ekstramotywującego. Że choć Justysia jest przygotowana znakomicie, to nie wiadomo, z czym wyskoczą przeciwniczki. Że trzeba trafić ze smarowaniem nart. Że wszystko mogą wziąć diabli, jak na trasie zdarzy się kraksa. I tak dalej w podobnej tonacji. Dopiero zapytany, na którym z czterech dystansów Kowalczyk jest faworytką, zapomina o asekuracji i odpowiada: – Na każdym. A jego głos brzmi pewnie.
Ma powody. W tym sezonie na razie wszystko idzie zgodnie z planem – Kowalczyk i Wierietielnego. Prawdę mówiąc, idzie aż za gładko. Polka prowadzi w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata z dużą przewagą, w styczniu wygrała prestiżowe zawody Tour de Ski. Rywalki usuwają się jej z drogi, opuszczają pucharowe zawody, aby popracować nad formą na igrzyska, a panna Justyna wespół z trenerem decydują, by jednak jechać na nieplanowane wcześniej starty, jak ostatnio ten w Rybińsku. – Uznaliśmy, że przed igrzyskami warto sprawdzić się w biegu łączonym. Poza tym Justysia nie lubi odpoczywać – tłumaczy Wierietielny.
Igrzyska zapraszają biegaczy na trasy w Whistler, ponad 100 km na północ od Vancouver. Kowalczyk zobaczyła je po raz pierwszy w zeszłym roku, nie przypadły jej do gustu i zdania nie zmieniła do dziś. Są dość płaskie i kręte, a ona wolałaby stromizny i łagodnie wyprofilowane zakręty. – Trochę to brzmi jak szukanie alibi na wypadek niepowodzenia. Puchar Świata na razie poszedł w zapomnienie. Justyna pokazała w nim moc, ale z drugiej strony nie deklasowała przeciwniczek. Przeważnie wygrywała z przewagą kilku sekund – podkreśla Edward Budny, trener biegaczy. W przypadku Kowalczyk, na szczęście, powody do optymizmu nasuwają się same. To nie tylko świetna forma biegowa, ale też chłodna głowa i zmysł taktyczny. Kiedyś zdarzało się, że na trasie ponosiła ją fantazja, wyrywała do przodu, ale do mety sił nie starczało. Teraz trzyma się planu, obserwuje ruchy rywalek i odpowiednio reaguje. Jeśli coś jest w stanie zakłócić jej spokój, to komentarze postronnych. Dlatego przed Vancouver stara się trzymać z dala od Internetu. A w wywiadach twardo powtarza, że opiniami innych na swój temat się nie przejmuje, bo w Polsce na biegach narciarskich zna się góra pięć osób.
Pierwszy bieg czeka Polkę 15 lutego, na 10 km. Trochę szkoda, że stylem dowolnym, a nie klasycznym, w którym mocniejsza jest i Kowalczyk, i jej estońscy specjaliści od smarowania nart. Ważne, by dobrze zacząć, bo starty na igrzyskach to wojna nerwów. Jak nie idzie, napięcie rośnie. Budny podpowiada, że trzeba szczególnie uważać na Norweżki i Szwedki, bo w tych krajach bieganie na nartach jest religią, a mistrz olimpijski zostaje bohaterem na wieki wieków. – Dla biegaczy z tych krajów liczy się tylko zwycięstwo. Za wszelką cenę. Potrafią najechać na nartę, przyłożyć kijkiem, zajechać drogę. Trzeba być na to gotowym – uważa.
Odpalić znienacka
Jeśli chodzi o skoczków, rokowania są ostrożne. Nadzieje jak zwykle sprowadzają się do Adama Małysza. Chyba że głos zabiera prezes Polskiego Związku Narciarskiego Apoloniusz Tajner: – Uważam, że już od dawna nie było tak dużej szansy na dobry występ w konkursie drużynowym. Poza Austriakami wszystkie reprezentacje są w rozsypce. Trenerzy mają potężny ból głowy.
W gronie trenerów z bólem głowy jest też jednak Łukasz Kruczek. Nawet niedawno, w Zakopanem, na skoczni, którą znają jak własną kieszeń, jego podopieczni rozczarowali. Widząc, co się dzieje, Kruczek zaordynował Kamilowi Stochowi i reszcie treningi na obiektach w Wiśle i Szczyrku. Pracować jest nad czym, bo skoczkowie są kompletnie rozregulowani. – Najkrócej rzecz ujmując, są szybcy, ale niecelni. Nie trafiają z odbiciem. Czy do igrzysk zdołają wyeliminować błędy? Jest mało czasu – twierdzi Krzysztof Sobański, trener w zakopiańskiej Szkole Mistrzostwa Sportowego. Na pocieszenie dodaje, że są w dobrej formie fizycznej, a z młodymi zawodnikami jest tak, że potrafią „odpalić” znienacka. Tak jak Stoch albo Stefan Hula na ubiegłorocznych mistrzostwach świata w Libercu.
Małysz jak to Małysz. Odpytywany na okoliczność olimpijskich konkursów, uśmiecha się pod wąsem i powiada jak zwykle: – Zobaczymy. Igrzyska w Vancouver prawie na pewno są jego ostatnimi. Niedawno skończył 32 lata, w towarzystwie skoczków jest jednym z najstarszych. Do sportowego spełnienia brakuje mu tylko złotego medalu olimpijskiego. Ale do tego dwa równe skoki, zaklęcie powtarzane przez wszystkich zawodników i trenerów, to może być za mało. Potrzeba błysku. Małysz wierzy w szkiełko i oko swojego osobistego trenera Hannu Lepistoe. A ten mistrza z Wisły nie oszczędza.
Ostatnie próby przed wyjazdem na pucharowe konkursy do Niemiec odbywały się pod hasłem: cała naprzód. Małysz oddawał dziennie kilkanaście skoków. – Problemem Adama od lat jest niższa niż u najgroźniejszych rywali prędkość na progu. Tego nie poprawi ani smar, ani narty. Trzeba pracować nad pozycją dojazdową, nad równomiernym obciążeniem nóg. Z tego, co ostatnio widziałem, jest lepiej – cieszy się wuj i pierwszy trener Małysza Jan Szturc. Podczas niemieckich startów – w Oberstdorfie i Klingenthal – Małysz musiał szukać punktów, które pozwolą mu na awans w klasyfikacji generalnej PŚ. W Whistler listy startowe układane będą zgodnie z pucharową kolejnością. Warto być blisko najlepszych, by startować w podobnych warunkach. Prezes Tajner powiada, że to, czy najlepsi do tej pory – czyli przede wszystkim Simon Ammann i Gregor Schlierenzauer – będą najlepsi również w Vancouver, niezmiernie go ciekawi. – Z doświadczenia wiem, jak ciężko przez tak długi okres utrzymać formę – twierdzi. Jak widać, jego optymizm ma wyraźny odcień patriotyczny.

