Barbara Pietkiewicz
13 lutego 2012

Św. Walenty opiekuje się zakochanymi z Krobi

Włóż spódnicę piekielnicę

Choć św. Walentego ukradziono z Krobi, on nadal się wstawia za miejscowymi chorymi i zakochanymi. W tej drugiej sprawie jest naprawdę skuteczny.

Być może świętych Walentych było dwóch. Jeden był biskupem w prowincji Terni. Wysyłał do wiernych listy o miłości do Chrystusa. Drugi był w Rzymie lekarzem i kapłanem. Udzielał ślubu legionistom, którzy nie mogli się żenić, bo cesarz Klaudiusz II Gocki uważał, że tylko kawaler może dobrze pełnić służbę w legionach. Kazał więc Walentego uwięzić i stracić. W więzieniu zakochała się w nim niewidoma córka strażnika i dzięki tej miłości odzyskała wzrok. Przed ścięciem napisał do niej list podpisując się: twój Walenty, co z pewnością, bo każda miłość jest piękna, miłe było Bogu.

Często przyjmuje się, że obaj kapłani to ta sama osoba. Na obrazach Walenty występuje jako dostojny biskup, uzdrawiający chłopca chorego na epilepsję. W Krobi Wielkopolskiej od niepamiętnych czasów – opowiada proboszcz tej parafii prałat Jan Reszelewski – jest on patronem chorych, zwłaszcza na epilepsję i choroby psychiczne. Patronem zakochanych – mniej. Owszem, w Krobi kupuje się w walentynki kwiaty, wręcza bileciki i serduszka, ale te bzdurne amerykańskie zwyczaje, mówi ksiądz prałat, kultywowane są dość niemrawo i jakby nie mają związku z Walentym, którego relikwie są w posiadaniu parafii.

Nie wiadomo, jak trafiła do Krobi cząsteczka czaszki biskupa, który żył w III w., ani jak cała czaszka na przykład do kościoła w Chełmnie, gdzie święty Walenty nie dzieli kościoła z innym świętym – jak w Krobi z Mikołajem – będąc jedynym patronem. Umieszczona jest w szkatułce mocno zaplombowanej, może w niej tylko proch, a może święte kości w proch się nie obracają, nikt nie widział relikwii, i dobrze, nic tu po ludzkiej ciekawości.

Walenty nie miał zbytniego szczęścia do siedziby w Krobi. Najpierw jego kaplica przy kościele św. Mikołaja została rozebrana, bo cały kościół, osadzony na grząskiej ziemi, trzeba było podbić palami, a kaplica, też w marnym stanie, przeszkadzała w tym zamiarze. Potem łamała się dwukrotnie wieża kościoła, w którym święty dostał ołtarz w bocznej nawie, palił się kościół, popadał w ruinę, wciąż będąc podnoszony.

Nastąpiło najgorsze. W lutym 1993 r. święty został ukradziony w srebrnej trumience, która chroniła go od 200 z górą lat. Było tak. Trumienkę długości 80 cm, z relikwiarzem w środku, na kilka dni przed odpustem przyniesiono z szafy pancernej na plebanię. Nagle rozległ się krzyk. W pokoju stała bliska omdlenia jedna z sióstr elżbietanek, których kiedyś było tu wiele, a teraz tylko dwie, takie czasy. Trumienka znikła. 14 lutego, w dzień odpustu, proboszcz niemal płacząc oznajmił wiernym o kradzieży.

Szukali parafianie, szukała policja i nic. Mógł ją zabrać jakiś chory, sądząc, że święty uzdrowi go mieszkając pod jednym dachem. Albo zakochany, licząc, że bliskie sąsiedztwo z relikwią skruszy serce nieczułej wybranki. Albo pospolity złodziej, skuszony srebrem trumienki, której dotąd nie tknęła ręka świętokradcy.

Na szczęście były w Krobi relikwie zapasowe, nieodświętne, i one dalej noszone są i całowane przez wiernych w odpusty każdego roku 14 lutego, w dzień męczeńskiej śmierci świętego.

Kiedyś to były odpusty, co się zowie. Szli do Krobi piechotą, jechali saniami, przybywali powozami z dalekich okolic, żeby po mszy iść w procesji, a relikwie z nimi. Biły dzwony, powiewały na wietrze kościelne chorągwie. Mrowie ludzi. A po procesji – stragany i wszystko na nich, co być powinno na odpuście. I tak co roku.

Walenty naprawdę pomaga

Tak obleganych odpustów już nie ma. Ludzie mają telewizję i przeceny w marketach. O cudownych uzdrowieniach też nie słychać, a były i spisywano je w księdze, która zaginęła, niestety, chyba w czasie wojny. I nie nazywa się już chłopców imieniem biskupa. Ostatni dostał imię Walentego w 1965 r. Od tej pory taśmowo Filipy, Mateusze, Kamile, odbijane jak sztancą, a gdzie święty?

Względem zakochania Walenty naprawdę pomaga, skoro trzy spotkane krobianki zaświadczyły, że są szczęśliwe w miłości. Pierwsza – Daria. Po studiach rolniczych przyszła do urzędu miasta prosić o pracę. Nie jest o nią łatwo w Krobi. Na stanowisko zarządzającego targowiskiem zgłosiło się 19 osób po studiach. Dlatego młodzi wyjeżdżają za granicę i do dużych miast, jak wszędzie w Polsce. Lecz nie przesadzajmy. Krobia się trzyma. W 1870 r. było w niej 1596 mieszkańców, w 1900 – 2186, a dziś – 4500.

Przychodzi więc Daria na rozmowę o pracę. Po drugiej stronie biurka siedzi Jakub. On ma dziewczynę, ona chłopaka. Jakub rażony od pierwszego wejrzenia. Ale nie śmie zabiegać. Organizują się dożynki. Ważna w Krobi sprawa.

Ziemia tutejsza jest tylko trochę mniej urodzajna niż na Kujawach. Bardzo droga i trudna do kupienia; ludzie nie chcą się wyzbywać. Uprawia się pszenicę, buraki cukrowe, zbiera warzywa i owoce. O rzut beretem stoją słynne Pudliszki, a ich historia jest równie jak Krobi porywająca.

W Krobi i okolicach przechowało się Borynowe przywiązanie do ziemi. Ludzie tu są z innej gliny niż reszta rodaków. Mają własny styl i sposób życia. Serdeczni, lecz nie wylewni. Oszczędni, pracowici i zapobiegliwi. Typowe cechy poznańskie, pomnożone o fakt z dalekiej historii.

Otóż w 1232 r. książę Przemysław II, chcąc pozyskać Kościół dla idei zjednoczenia księstw, na które kraj był podzielony, oddał Krobię i przyległe wsie biskupom poznańskim, którzy władali nimi aż do rozbiorów. Chłopi, na terenach zwanych dziś Biskupizną, płacili daninę właścicielom biskupom, ale nie były to obciążenia tak duże jak w majątkach szlachty. Poczuli się dumni, wyróżnieni. Nie było biedy. Co więcej, w XV w. w Krobi pojawiła się warstwa średnia, ludzie zamożni. Aż 32 młodzieńców pobierało wtedy nauki na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie.

Pod koniec XIX w. Biskupizna odebrana przez Prusaków znów przeszła pod biskupie władanie i tak było, aż nastali komuniści. Nie udało im się rozwalić tej lepszej gliny, z której zrobieni są krobianie. Nadal przedsiębiorczy (w nie za dużej gminie Krobi jest 800 firm, małych i średnich). Spokojni. Burmistrz, rdzenny krobianin, nie pamięta, żeby się tu wydarzyło na przykład morderstwo.

Wracajmy do Darii. W czasie dożynek odbywały się tańce. Jakub zaprosił Darię. Święty musiał maczać palce w tej sprawie. Daria poczuła, że to jest to. Wzięli ślub. Jakub przestał pracować w Urzędzie Miasta i wpadł w depresję. Ale wyszedł z tego, bo jeśli ma się taką żonę, pracującą w promocji miasta Krobi, mamę ich małego syna, wyjść można ze wszystkiego.

Brawo, biskupie Walenty

Albo weźmy historię Anieli Hajduk. Koleżanka zaprosiła ją na ślub i tam poznała swego przyszłego. Widywali się później, ale po koleżeńsku, przynajmniej ona

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail

Autorzy POLITYKI

»

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną