Tusk we Francji: będzie atom
Przyjaźń, ale nie za darmo
Wszystkim pomysłom można tylko przyklasnąć. Jest jedno ale, niepokojące dla polskiej mentalności. Zilustrujemy je przykładem energetyki jądrowej. Francja, nie oglądając się na współpracę europejską – zapomniana dziś organizacja Euratom była jednym z trzech składników początkowych dzisiejszej Unii – zbudowała największą na naszym kontynencie potęgę energetyki nuklearnej i prawie 80 proc. energii elektrycznej wytwarza w elektrowniach jądrowych. Prezydent Sarkozy na początku roku złożył wizytę we Flamanville, gdzie w 2012 r. ma być zakończona budowa pierwszego EPR (europejskiego reaktora ciśnieniowego, tzw. reaktora trzeciej generacji) i nie ukrywał eksportowych ambicji swego kraju.
W lutym z podobną do polskiej wizyty w Paryżu udał się do Rzymu. Z premierem Włoch Silvio Berlusconim parafowali konkretne porozumienie grup energetycznych włoskiej ENEL i francuskiej EDF o budowie przynajmniej czterech reaktorów EPR.
Elektrownie jądrowe budują konkretne firmy i za konkretne pieniądze. Różnice między deklaracjami politycznymi a kontraktami handlowymi powinny być w Polsce dobrze rozeznawane. Jeden ze stołecznych dzienników tytułuje na pierwszej stronie: „Francja da nam atom”. To jakieś nieporozumienie. Polska, zapóźniona w sprawach energetycznych, musi wiedzieć, że czeka ją wielki samodzielny wysiłek finansowy i organizacyjny, którego medialne deklaracje nie zastąpią. Co gorsza, taka sama reguła obowiązuje przy modernizacji polskiego rolnictwa, polskiej armii i propagowaniu Roku Chopinowskiego.

