Po przesłuchaniu Kamińskiego
Przeciek, żaden hazard
Przesłuchanie przed komisją śledczą byłego szefa CBA, Mariusza Kamińskiego potwierdziło to, co było wiadomo od początku: nie ma afery hazardowej, jest afera przeciekowa, gdzie premier Tusk, zwany dla czasami dla niepoznaki „Kancelarią Premiera”, jest w centrum podejrzeń.

Tak samo było w przypadku afery gruntowej, gdzie nie chodziło przecież o żadne grunta, których zresztą nie było, tylko o ministra Kaczmarka w Mariotcie przed drzwiami znanego biznesmena. Kamiński i trójka śledczych z PiS i SLD – tak to można było odebrać – byli w kwestii przecieku całkowicie zgodni.

Były szef CBA nie powiedział w zasadzie nic specjalnie nowego, ponad to co przedstawiał wcześniej, tuż po wybuchu afery; dodał tylko kilka szczegółów w rodzaju spotkania w lokalu „Pędzący królik” (na pewno nazwa ta trafi do potocznego języka oraz kabaretów), gdzie doszło niejako fizycznie, do przecieku.  

Wyraźnie też próbował włączyć w wir wydarzeń Grzegorza Schetynę (czyżby szykowały się jakieś nowe stenogramy, do których „dotrze” jakaś zaprzyjaźniona redakcja?), który dotąd jeszcze przez PiS nie był wystarczająco eksploatowany. Powtórzył, iż uprzedzał premiera, że sprawa ma charakter kryminalny, a Tusk wielokrotnie wcześniej twierdził, że nic takiego w rozmowie z Kamińskim nie padło. Zapewne powtórzy to przed komisją śledczą. Wciąż mamy zatem słowo przeciwko słowu. Tu się nic nie zmienia.

Przesłuchanie Kamińskiego potwierdziło jeszcze jedno: Tusk nie miał dobrego wyjścia po rozmowie z szefem CBA na temat Chlebowskiego i Drzewieckiego. Był na straconej pozycji, bo jakkolwiek by nie poruszył potem kwestii ustawy hazardowej, zawsze mógłby być posądzony o przeciek. Wystarczyło nagle wykazać  jakiegokolwiek, choćby śladowe zainteresowanie losami feralnej ustawy, aby uruchomić alarm w otoczeniu zainteresowanych osób. Wystarczyło skojarzyć dwa fakty: wizyta Kamińskiego u premiera – zainteresowanie ustawą. A z drugiej strony, jak „ochronić proces legislacyjny” nie zadając żadnych pytań o ustawę?

Tusk nie zasługiwałby na miano wytrawnego polityka jakim jest, gdyby nie zdawał sobie sprawy, że oto wystawiony został na próbę przez człowieka związanego ze skrajnie mu wrogim środowiskiem politycznym. Czy wtedy wezwałby swoich ludzi i powiedział, że coś na nich się szykuje i mają przerwać swoje podejrzane kontakty? Oczywiście, niczego nie da się wykluczyć w stu procentach, ale byłoby to spektakularne, polityczne samobójstwo.

Dlatego zapewne postanowił być formalnie zainteresowany w tym momencie akurat tą wybraną ustawą. Na resztę nie miał wpływu. Mógł jeszcze nie zrobić literalnie nic, tak jakby rozmowy z Kamińskim nie było, i czekać na ruch CBA, ewentualnie prokuratury. Może uniknąłby zarzutów o przeciek, ale wtedy Kamiński, a potem politycy PiS powiedzieliby, że nic robiąc, w istocie osłania swoich partyjnych kolegów, no i „nie chronił procesu legislacyjnego”. W obu przypadkach, jak wiele na to wskazuje, przewidziana była awantura i przeciek stenogramów rozmów „Rycha-Zbycha” do mediów. Tusk miał do wyboru jedynie rodzaj awantury. Można postawić hipotezę, że już w momencie rozmowy Kamińskiego z Tuskiem, przesądzona była komisja śledcza, a od działań premiera zależały tylko główne kierunki natarcia.

Widać wyraźnie, że tu nie chodzi o tych, którzy rzeczywiście mogą być winni w zasadniczej aferze hazardowej, ale o skalp samego Tuska. Po przesłuchaniu premiera, okaże się najpewniej, że publiczność dostanie do wyboru dwie wersje wydarzeń, a to która wyda im się bardziej wiarygodna, będzie zależeć od politycznych przekonań. W sumie - nic nowego.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj