Facebook nie był pierwszym pomysłem, by uspołecznić internet, czyli oddać jego tworzenie samym internautom. Uspołecznienie stało się wielką ideą, która wyciągnęła sieć z zapaści, w jaką ta wpadła, gdy w marcu 2000 r. pękła internetowa bańka spekulacyjna. Giełdowy krach pociągnął na dno tysiące spółek tzw. Nowej Gospodarki powstałych w drugiej połowie lat 90. Inwestorzy na podstawie pomysłów kreślonych na kawiarnianych serwetkach wydawali miliony dolarów, byle w nazwie firmy pojawiło się .com. Rynek ocenił jednak brutalnie te pomysły, niewiele pozostało z tamtej epoki: w Polsce Onet i Wirtualna Polska, na świecie Amazon, Yahoo!, Google.
Nowy cyfrowy człowiek najwyraźniej potrzebował czegoś innego. Tym czymś powitało go nowe milenium. Nadeszła epoka Web 2.0, którą zwiastowały takie pomysły, jak Blogger czy Wikipedia. Polegały one na odkryciu, że internauta nie chce być tylko biernym konsumentem treści, ale pragnie je aktywnie tworzyć razem z innymi użytkownikami sieci, technologia zaś ma mu w tym pomóc.
(…)
Z prostej konkluzji narodziły się pomysły serwisów społecznościowych, czyli platform komunikacyjnych służących już niemal wyłącznie podtrzymywaniu relacji pomiędzy ich uczestnikami. Zanim jeszcze powstał Facebook, dziś synonim internetowego serwisu społecznościowego, w Stanach Zjednoczonych entuzjazm budził Friendster, a w Polsce Grono.net. Dlaczego jednak to właśnie serwis, który ruszył 4 lutego 2004 r. pod nazwą thefacebook.com, stał się po upływie dekady cyfrowym imperium, a jego główny twórca Mark Zuckerberg już po czterech latach został najmłodszym w historii miliarderem?
Prawdziwy początek Facebooka otacza aura skandalu…
Cały artykuł Edwina Bendyka w najnowszym numerze POLITYKI – dostępnym w kioskach, w wydaniach na iPadzie, Kindle i w Polityce Cyfrowej. Polecamy!