szukaj
Wszechświat zresetowany
„Star Trek” to nie tylko filmy i seriale telewizyjne. To jeden z największych fenomenów kultury popularnej, wpływający także na inne dziedziny życia. Do kin trafia właśnie kolejny odcinek legendarnej sagi kosmicznej.
William Shatner jako Kirk, Leonard Nimoy jako Spock i Nichelle Nichols jako Uhura w pierwszej legendarnej wersji 'Star Treka' Fot. Everett/East News

William Shatner jako Kirk, Leonard Nimoy jako Spock i Nichelle Nichols jako Uhura w pierwszej legendarnej wersji "Star Treka" Fot. Everett/East News

Kadr z filmu 'Star Trek' Fot. Materiały prasowe

Kadr z filmu "Star Trek" Fot. Materiały prasowe

Czterdzieści parę lat temu, gdy Gene Roddenberry, były pilot bombowca i policjant z Los Angeles, wpadł na pomysł „Star Treka”, przyszłość miała jeszcze przyszłość. Przynajmniej w Ameryce. Nauka i technika zdawały się nieść obietnicę szybkiej poprawy jakości życia, a może nawet na skok w kosmos. Była połowa lat 60. i człowiek dopiero za parę lat miał postawić pierwszy krok na Księżycu. Na Ziemi natomiast w siłę rosły ruchy obywatelskie. Nie bez przeszkód, ale jednak. Martin Luther King jeszcze miał sen. Amerykanie łaknęli zaś optymizmu: John F. Kennedy już nie żył, a wojna w Wietnamie wchodziła w krytyczną fazę.

 

Podczas gdy polscy widzowie oswajali demony niedawnej przeszłości, śledząc, jak J23 wykłada na stół „Stawkę większą niż życie” (1967–1968), a „Czterej pancerni i pies” (1966–1970) jadą na Berlin, Roddenberry przedstawił rodakom wizję zjednoczonej, pokojowej, świeckiej, liberalnej – słowem oświeconej – federacji cywilizacji XXIII w., dla której ostateczną granicą była nie żelazna kurtyna, a kosmos. Załoga statku „Enterprise”, dowodzonego przez kapitana Jamesa Kirka (William Shatner), którego wspierał jego logiczny do bólu przyjaciel Spock (Leonard Nimoy), odkrywała nowe światy i zmierzała tam, gdzie nikt (a na pewno żaden producent telewizyjny) jeszcze nie dotarł.

Tak narodziła się legenda i prawdopodobnie najbogatszy w wątki oraz najsilniej promieniujący na inne dziedziny życia fenomen kultury popularnej, powracający w formie seriali i filmów pełnometrażowych. Już jedenastu – Jeffrey Jacob Abrams, okrzyknięty nowym Spielbergiem producent serialu „Zagubieni”, właśnie zaprezentował swojego „Star Treka”. Czy to apokryf, czy może kolejna ewangelia? Co artysta chciał powiedzieć w czasach zarazy i kryzysu, gdy pogoda ducha wyszła już z mody, a przyszłością straszy się dzieci?

Zmechacony diament

Abrams, rówieśnik „Star Treka”, nigdy nie był jego fanem. Byli nimi jego inteligentni koledzy (mówił w wywiadzie dla „Entertainment Weekly”), on natomiast wolał rozrywki bardziej oddziaływające na trzewia, w rodzaju „Gwiezdnych wojen” George’a Lucasa. I bardzo dobrze. Producenci z Paramount Pictures postąpili trochę tak jak stary jubiler, który wielki diament oddaje do przecięcia terminatorowi nieświadomemu wartości kamienia, bo jemu, w przeciwieństwie do mistrza, nie zadrży ręka. Szczęśliwie Abramsowi nic nie zadrżało. Idąc za przykładem Obamy, zresetował cały system – cały wszechświat „Star Treka”.

Reinterpretacja tradycji to akt nie lada bezczelności. I duża odpowiedzialność. Niemal cała powstała po 1966 r. fantastyka naukowa (i nie tylko) nawiązywała lub stała w opozycji do „Star Treka” (vide „Gwiezdne wojny”). Dla fizyków serial stanowił składnicę inspiracji i zgrabnych metafor (podróże nadświetlne, teleportacje itd.). Niejeden filozof poświęcił jej książkę. Niejeden inżynier wybrał zawód, biorąc Scotty’ego za wzór. Pierwszy wahadłowiec nosił imię „Enterprise”, tak jak okręt kapitana Kirka (którego model wystawia zresztą Smithsonian National Air and Space Muzeum).

Miłośnikami przygód „Star Treka” byli (lub są) Isaac Asimov, Martin Luther King (swoim dzieciom zezwalał na oglądanie tylko tego serialu), Frank Sinatra, Ronald Reagan (mawiał, że lubi kłótliwych Klingonów, bo przypominają mu członków Kongresu), Stephen Hawking (zagrał siebie w jednym z odcinków), Collin Powell czy wreszcie Barack Obama (Nimoy twierdzi ponoć, że widział, jak prezydent pozdrawiał go gestem Wolkanów).

Poprzednie odsłony nadwątliły jednak mit. „Star Trek” stał się zmechaconym szmacianym pluszakiem, niegdyś ukochanym, ale teraz leżącym na dnie pudła, wypartym przez nowsze zabawki, pisał Shatner w autobiografii „Get a Life” (1999). Świeżość, optymizm, poczucie humoru oryginalnej serii przykryły warstwy kolejnych, znacznie mniej udanych (patrz ramka). Pierwszą serię „Star Treka” tworzyli ludzie z przeszłością, nierzadko naznaczeni wojenną traumą; ludzie, którzy mieli życiorysy – żyły więc i stworzone przez nich postaci. Kolejne zaś pisali autorzy, dla których głównym źródłem doświadczeń była telewizja.

Rumiany kosmos

Roberto Orci i Alex Kurtzman, obaj trzydziestoparolatki, scenarzyści m.in. „Wyspy”, „Mission: Impossible III” i obu części „Transformers” (czyli tego, co w rozrywce dla chłopców w każdym wieku obecnie najlepsze), a zarazem zapaleni trekersi, śmiało sięgnęli do źródeł, korzystając zarazem z całego instrumentarium nowego, dynamicznego, napędzanego konfliktem charakterów scenopisarstwa i gigantycznego zaplecza technicznego (150 mln dol. budżetu). Wszystko, by opowiedzieć w końcu o tym, jak zaczęła się cała historia, czyli jak doszło do spotkania archetypicznej trójcy bohaterów pierwszej serii: Kirka (figura wojownika), Spocka (mędrca) i McCoya (szamana).

I zagrało. Starych miłośników „Star Treka” ucieszy, że – jak każe tradycja – Kirk pręży muskuły, Spock wykazuje nielogiczność jego działań, a McCoy, niczym chór z greckiej tragedii, opatruje wszystko komentarzem. Przede wszystkim zaś między kapitalnie dobranymi i nieopatrzonymi Chrisem Pine’em (Kirk) i Zacharym Quinto (Spock) jest chemia podobna do tej, która łączyła Shatnera i Nimoya. Zagrażający Zjednoczonej Federacji Planet Romulanie, pod wodzą niejakiego Nero (Eric Bana naprawdę rządzi), są ponurzy i złowieszczy jak trzeba.

Motyw zmagań bohaterów z ograniczeniami narzucanymi przez charakterystyki psychologiczne ras, które reprezentują, zostaje wygrany jak należy. „Enterprise” nigdy nie wyglądał lepiej. Nawet kosmos nabrał rumieńców. To już nie czarna zupa z białymi okami gwiazd, jak to niegdyś bywało, a zachwycająca przestrzeń mgławic i obłoków, których istnienie uświadomiły nam zdjęcia z teleskopu Hubble’a. Na takim to właśnie tle wartko toczy się historia, którą Abrams opowiada z biglem, fantazją, nie łamiąc przykazań pierwowzoru. I tyle. W zasadzie wystarczy, by fani „Star Treka” nie obłożyli reżysera fatwą. Ale chciałoby się więcej.

Bo można. Literatura science fiction, przez wielu znawców literatury zbywana ironicznym uśmieszkiem, jak żaden chyba inny gatunek trafnie oddaje niepokoje i nadzieje epoki, związane z rozwojem wiedzy, i śmie zadawać pytania z rodzaju tych najbardziej fundamentalnych (kim jesteśmy? skąd przyszliśmy? itd.). Już w latach 40. zeszłego wieku stanowiła najbardziej twórczy, innowacyjny i płodny ze wszystkich kierunek literacki, mawia Orson Scott Card (pierwszorzędny autor cyklu o Enderze). Dlaczego zatem nie czerpać śmielej ze skarbnicy kapitalnych pomysłów, zawartych w prozie Asimova, Vonneguta, braci Strugackich, Lema, Dicka, Heinleina, Silverberga, Clarka, Zelaznego, Aldissa, Andersona, Gibsona i wielu innych, również młodszych? Owszem, zdarzały się wyjątki: „2001: Odyseja kosmiczna” Kubricka, „Solaris” Tarkowskiego czy „Łowca androidów” Scotta. Ale kiedy to było? Całe wieki temu (pierwszy „Matrix” braci Wachowskich z 1999 r. tylko potwierdza tę regułę).

Błaha fantastyka

Czyżby pokolenie dojrzałych, wszechstronnie wykształconych, czytających książki wizjonerów wymarło? Częściowo tak. Duże studia baczniej niż kiedyś kontrolują wydatki? Zapewne. Przede wszystkim zdają się nie dostrzegać, że tego rodzaju produkcje mają co najmniej trzy życia, w kinach, w sieciach kablowych i na dvd, z których nie zawsze to pierwsze przynosi największe dochody.

Dokąd więc poszli młodzi zdolni? Do telewizji. Uważany przez wielu za najwybitniejszy serial gatunku „Babilon 5” (1994–1998) Michaela Straczynskiego, niegłupi „Firefly” (2002–2003) Jossa Whedona, a przede wszystkim odświeżona przez Ronalda Moore’a mroczna „Battlestar Galactica” (2004–2009) dowodzą, że w Hollywood jest inteligentne życie. I chociaż nie chodzi w nich o radosną, romantyczną eksplorację kosmosu, a o biologiczne przetrwanie („Battlestar Galactica” rozpoczyna się apokalipsą kilkunastu planet i śmiercią miliardów ludzi), to te seriale, a nie działa w rodzaju niedawnego, nachalnie proekologicznego „Dnia, w którym zatrzymała się Ziemia” Scotta Derricksona, wpisują się dziś najcelniej w naczelną zasadę „Star Treka”: jesteśmy częścią Wszechświata, to zaszczyt, ale i obowiązki.

Wprawdzie w takiej „Battlestar Galactica” jest dość seksu, przemocy, fanatyzmu religijnego i moralnych dwuznaczności, by sprawić, że Roddenberry przewróci się w grobie – pisał Ross Douthat w „The Atlantic” – ale to właśnie jest prawdziwa fantastyka naukowa. Zwrócona w przyszłość, ale czerpiąca z odwiecznych mitów całego świata. Niepokojąca. Drażniąca. Jednocześnie tym właśnie nie jest „Star Trek” Abramsa.

W latach 60. sama obecność na ekranie czarnoskórych (Uhura) bohaterów była manifestem wyższej świadomości społecznej. Obsadzenie kobiety w roli drugiego oficera „Enterprise” także budziło sprzeciw producentów. I jeszcze te jawne komentarze na temat polityki i religii. Zgroza. Czym mógłby być nowy „Star Trek” w dobie kryzysu i rosnących w siłę fundamentalizmów? Pierwszym naprawdę inteligentnym (zważywszy potencjał twórców i nośność pierwowzoru) kosmicznym filmem o zacięciu politycznym albo społecznym, przemawiającym do wszystkich (a szczególnie młodych) pokoleń widzów, na wszystkich kontynentach. Nieodwołującym się – jak „Gwiezdne wojny” – do Mocy, a do potęgi ludzkiego (i nie tylko) rozumu. Mógłby, ale nie jest. Jest natomiast optymistycznym, aczkolwiek raczej błahym, bo pozbawionym tajemnicy i głębszego przesłania, kinem rozrywkowym o dwóch takich, co złych Romulan wrzucili do czarnej dziury.

Z drugiej strony, może na tym polega prosta siła nowych przygód Kirka i Spocka? I może tylko o pokrzepienie amerykańskich (ale chyba nie tylko) serc w nim chodzi, bo żeby móc dokonać zmiany, potrzeba nieco dziecięcego optymizmu. Wiary, że przyszłość jeszcze może być jasna. Po serii przygnębiających „Batmanów” i „Terminatorów” Hollywood mówi Obamie: pomożemy.


17 mgnień Treka

„Star Trek” to 11 różnej jakości obrazów pełnometrażowych oraz 6 seriali telewizyjnych.

  • „Star Trek: The Original Series” (1966–1969) Chociaż chudy, biedny i czasem w niezamierzony sposób slapstikowy, to i tak najbardziej kochany. Pierwsze dziecko Gene’a Roddenberry’ego. Shatner jako Kirk, Nimoy jako Spock, plus dekoracje ze sklejki. Produkcję wstrzymano z powodu nikłego zainteresowania widzów. Ale karmione powtórkami grono fanów powoli rosło. Rodziła się legenda.
  • „Star Trek: The Animated Series” (1973–1974) Epizod animowany. Nie ma grzechu, jeśli nie obejrzany, bo niekanoniczny. • „Star Trek: The Next Generation” (1987–1994) Nowy statek kosmiczny, nowa załoga (w tym szekspirowski Patrick Stewart jako kapitan Picard), ale jeszcze pod pełną kontrolą Roddenberry’ego. Ma styl i klimat, choć w porównaniu do pierwszej serii – bez humoru.
  • „Star Trek: Deep Space Nine” (1993–1999) „Star Trek” minus Enterprise, minus Roddenberry. Nierówny – początkowo kosmicznie wręcz nudny, w późniejszych sezonach intrygująco mroczny.
  • „Star Trek: Voyager” (1995–2001) Dość nieudolnie nawiązująca do pierwszej serii telenowela autorstwa Ricka Bermana, oskarżanego o zbrodnie wobec wizji Roddenberry’ego.
  • „Star Trek: Enterprise” (2001–2005) Prequel wcześniej powstałych serii. Niespójny, odległy od idei i poziomu dyskusji zaproponowanej przez pierwszego „Star Treka”.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj